Piątunio-Kotunio

17 Feb

A z okazji Dnia Kota życzę każdemu, żeby miał swojego własnego mrauczaka do kochania, który będzie robił do niego notabene ‘miau’ całymi dniami.

Jaro już ma, a Ty? Gdzie Twój oszczybut?

Odezwa o charakterze okołoświątecznym

21 Dec

Wszystkim klientom, którzy przez pół roku nie odpisywali na mojego maila, a potem nagle piszą (cytuję w całości) “proszę o kontakt”, bez podania godziny lub przyczyny nagłego pociśnięcia, pragnę przekazać prezent w postaci KONTAKTU.

Tym, którzy mówią, że “wie Pani, coś mi się pokazało na ekranie, kliknąłem na coś tam coś tam i pojawił się komunikat, że coś, ja kliknąłem, że tak, a potem wszystko mi zniknęło. Czy będzie umiała mi Pani pomóc, żebym wszystko odzyskał?” proponuję…dobra, odechciało mi się proponować.

Kolesiowi, który wydzwania do nas drugi dzień z rzędu chcę przypomnieć, że nazywanie nas szmatami, kurwami i pustymi łbami nie pozwoli nam na weryfikację jego konta, co najwyżej ciężkiego buractwa. Chcemy też podarować mu w prezencie blokadę, żeby zachował podobne uwagi dla siebie, natomiast muszę przyznać, że po mojej rozmowie z tym delikwentem jestem już tak pro, jak policjant Majami z nowego Pitbulla podczas rozmowy z pedałem. Brewka nie tyka mi nawet wtedy, kiedy gość drze się jak histeryczna baba, że jak nie mogę mu zwrócić kasy, to mam mu oddać z własnych pieniędzy. Szkoda, że w pakiecie nie zażyczył sobie pierdnięcia w oponkę i zrobienia laski przez nomen omen druta.

Raperowi, który się jąka (podczas wyzywania jakiejś kobitki, idącej po drugiej stronie ulicy podobno odzyskał władzę w aparacie mowy) pragnę przekazać, że nikt nie kuma jego maili, przy których Marcel Proust i jego opis szamania ciastka, wleczący się przez pół “W poszukiwaniu zaginionego czasu” to po prostu intelektualne M jak Miłość. 

Jaki kraj, taki 50 Cent, w tym przypadku cały czas chcę wierzyć, że to tylko taki eksperyment artystyczny i za chwilę się okaże, iż w istocie napierdalamy w nawijkę z Salvadorem Dalim blokowiska i tłustych bitów.

Wszystkim za to życzę po równo, aby przed telefonem do nas włączyli jakiekolwiek wiadomości z kraju i ze świata, żeby nabrać dystansu do swoich problemów z pobieraniem aplikacji, działaniem Instagrama albo innych takich. 

Chyba że od błędu -11 z aktualizowaniem Whatsappa wolą mieszkać w Aleppo w ruinach swojego dawnego domu, być przejechanym przez jakiegoś fanatycznie zorientowego popierdoleńca podczas popijania z przyjaciółmi grzanego wina na jarmarku świątecznym, lub dla odmiany chcą koniecznie zamienić się z Jazydkami i zostać niewolnikami ISIS, to wtedy SPOKO. Ludzie, plis, lubię swoją pracę, ale za każdym razem jak słyszę magiczne “Mam problem”, to się zastanawiam, gdzie jest granica pomiędzy prawdziwym problemem, a jedynie drażniącym na dłuższą metę bzdetem. 

Mam nadzieję, że kiedyś się dowiem.

Krótka rzecz o Mikołajkach

7 Dec

Pamiętacie te piękne czasy, kiedy na Mikołajki dostawaliście skarpetki w elfy, słodycze, elektryczną kolejkę albo Simsy na CD Romie? (Teraz pewnie hulają na Steamie). Wtedy działo się tak, bo byliście mali. A co dostają dorośli na Mikołajki?

Ja dostałam ból prawego jajnika, Joanna Maria K. gorączkę, a kapitan Vlad wpierdol za zarażenie jej wirusem (oby nie HIV), do odebrania, jak wróci z roboty.

Życie moi drodzy, życie!

Jeb z chujinki

1 Dec

Dzisiaj nastąpił historyczny moment, bo po raz pierwszy w tym roku zalożyłam skarpetki na płetwy, taka była pizgawica. Na ulicach stoją już choinki na sprzedaż, a wielorybie mamuśki ciągają się po sklepach, żeby wypłatosić swoje zasiłki na jakieś artefakty kapitalizmu. Na Malcie w temperaturze 20 stopni weszłam do McDonalda, gdzie leciały piosenki świąteczne, a za oknem szumiało morze, zamiast bałwanków na ulicach krążyły jaszczurki i najebane Angolice.

I pomyśleć, że jeszcze wczoraj odpalaliśmy z Vladem noworoczne fajerwerki, a  za chwilę skończymy ten rok. Moment wcześniej pisałam maturę, jeszcze wcześniej podczytywałam Pana Tadeusza w przedszkolu, a inne bachory nie do końca składały litery.

Wszystko to po to, żeby życie zapierdalało potem z prędkością światła w jakimś korpo i użeraniu się z pajacami, którzy na pytanie, z jakim telefonem mają problem i im nie hula, odpowiadają:”ten, z którego dzwonię, niech se Pani sama zobaczy” (ooo tak, przez kabel) albo na pytanie, za jakie zamówienia chcą dostać zwrot odpowiadają “No jak to za jakie, za te, które zrobił mój syn”, bez doprecyzowania, które to właściwie są bo przeż kurwa przykładam szklankę do monitora i podsłuchowywuję, jak Piotruś przerzuca kapuchę tatusia widłami z tabletu na telefon i na odwrót.

Pozdro idzie dla odmiany dla gościa, który ostatnio życzył mi “wszystkiego dobrego wieczorem” (No owszem, Vlad wrócił wcześniej z roboty, ale…bolała go głowa. Dżender, kurwa!). W sumie jak mi kumpel Vlada opowiadał, jak wyglądają jego zajęcia w szkole policyjnej, na przemian z pokazem, jak gangusy formują kreski koksu, to był istotnie dobry wieczór, więc dzięęęks mejt.

Innymi słowy viva la korpo żywot!


Ten ziomek przypomina mi moje poranne ryło w pracy. Później ryło nadal jest niewiele lepsze.

Fuck Google, ask me

12 Nov

W mojej pracy mamy złotą zasadę-chuj z poniedziałkami, bo są najazdem husarii Cebulandii.Ostatnimi czasy poniedziałki trwają cały tydzień. No bo jak inaczej nazwać coś takiego:

-pani pyta się, czy możemy jej sprawdzić rozkład jazdy pociągu ze Zgierza do Krakowa na poniedziałek rano. Myślała, że dodzwoniła się do wyszukiwarki Google. Niedługo ludzie będą konsultować z nami objawy chlamydii i postanowienia traktatu brzeskiego.

-inna kobitka darła się, że mam do niej natychmiast przysłać elektryków, bo jej pralka zaliczyła zjebson. Nie byłam w stanie jej przetłumaczyć, że nie mogę tego dla niej zrobić, bo to nie moja półka; numer do nas dostała podobno od administracji. Szkoda, że nie dostała numeru do centrum pomocy Jehowych Serduszko Puka W Rytmie Mojego JebJeb W Twoje Drzwi.

– na koniec pewnej rozmowy:

-Czy ma Pan jakieś pytania, czy czegoś Pan jeszcze potrzebuje?

-Tak, Pani numeru telefonu, ma Pani niesamowity głos ( taa, ostatnio faktycznie dowiedziałam się, że brzmię jak kobitka z radia Trójka, mamy podobne R, które na szybkości staje się L). Czy muszę dodawać, że w tle było słychać dziecko delikwenta podczas zabawy?

-Pan, który nie mógł pogodzić się z tym, że nie dam mu kodu karty upominkowej, dopóki nie potwierdzi mi, że jest właścicielem konta, na którym ma wylądować saldo. Dowiedziałam się, że powinnam mieć więcej pokory wobec życia i że powinnam wstydzić się swojej pracy. Sorry mejt, tych 40 zeta za godzinę słuchania podobnych smętów raczej się nie wstydzę.

-Le Redaktor portalu o Androidzie, który upierał się, żeby pisać do mnie po angielsku, a chciał usunąć film ze swojego konta. Dwa dni z rzędu tlumaczyłam mu subtelną różnicę między usunięciem filmu z konta, a z biblioteki. Myślałam, że chociaż mnie opisze na swoim portalu, ale chyba mu się odechciało, jak zacytował mi wpis z forum pomocy Google, który niby potwierdzał, że film da się usunąć z konta, a ja mu odpowiedziałam cytatem z posta napisanego trzy linijki dalej, który jednak potwierdzał moją wersję. Szkoda, chciałam zostać znanym kurwiszonem z Google, który nie zna się na swojej robocie, ale nie wyszło.

-Inny gość myślał, że jak kupuje utwór, to nabywa prawa autorskie do wykorzystywania go w swoich filmikach. Czyli innymi słowy kupując “Aces High”, miał automatycznie zostać Lemmym Kilminsterem. Musiałam przeczytać 15 stron prawa autorskiego, aby go przekonać, że jednak nadal jest Jankiem Kowalskim, kupującym prawo do odtwarzania, ale nie podpisywania się pod dane dzieło. No i chuj no i cześć, skończyło się rumakowanie. I ten krejzi motyw-jednego dnia po zakupie Sonaty Księżycowej jesteś Beethovenem, a drugiego Niemrawym z Rammsteina, który scenicznie pogrywał sobie w chuja.

-Rumakował  za to koleś, któremu nie mogłam zrobić zwrotu na 24 zeta, wykrzykując mi, że mnie za to upierdoli (widocznie posiadł moce Harry’ego z Tybetu, skoro mógł to zrobić na odległość), nagrywa naszą rozmowę (ostatnio coraz częściej to słyszę, czyżby sekstaśmy przestały być trendi?), mam mu oddać z własnej kieszeni (tu prychnęłam w kawę, bo aż szkoda robić miedzynarodowy transfer na 5,5 funta) itepe, itede.

24 zeta. 8 browarów z Żabki albo 0,5 litra orzechowego Soplicy z Biedry. Tyle wygrać od żydomasonów z Google! A moja racja jest najmojsza i najcebulowsza, wy międzynarodowe, oszukańcze szmaty! To mówiłem ja, Cebulosław Pierwszy.

-Miło wspominam rozmowę z kolesiem grającym na weselach-ja mu opowiadałam o koncercie Sabatonu i mamie Vlada, która wojuje na techno trzęsiawkach na Ibizie, a on o zjebanych gustach nawalonych Januszów. Dogadaliśmy się.

-Dowiedziałam się od jednego klienta, że “90% ludzi na infolinii to debile” (też tak myślałam, ale teraz wiem, że często głupie i nielogiczne przepisy wewnętrzne danej firmy…), więc pochwaliłam mu się dyplomem zagranicznej uczelni. Wtedy powiedział, że nie miał mnie na myśli. Czyli innymi słowy nie powinnam czuć się urażona, więc zaliczam dzień do udanych.

-Ostatnio przepycham się z panią…psychiatrą z Łodzi, jest kompletnie niewspółpracująca, ma głos Smerfa Ważniaka, nie chce odbierać maili (czyżby nie umiała?) i nie widzi nic złego w odbieraniu telefonów przy pacjentach. Obczajcie taką opcję-gość wbija do niej z depresją, a ona Sorry mejt, idź się powieś, bo mnie tu Gugle jebło. Obawiam się, że po kolejnej serii telefonów ten protest song będzie mi się odtwarzał na dozgonnym replayu w umyśle. Innymi słowy ZBAŃCZĘ.

-Za to było mi miło, kiedy zadzwoniłam do rodziców, których dzieciak narobił zakupów na szacowną kwotę, przy użyciu debetówki, na którą przelewali oszczędności. Udało mi się do nich dodzwonić w dniu urodzin pana domu i powiedzieli, że nikt im nie zrobił lepszego prezentu, pokazując tym samym, że ma poważne podejście do pracy. Chcieli mnie nawet wyściskać przez telefon 🙂

Uff, dobrze, że niebawem urlop-w czwartek nakurwiam salto na Gatwick i lecę na Maltę!!! W ciepełku ostatnie, o czym będę myśleć, to jakieś sfochane świry, lekarzyce i pajace; coś czuję, że tego mi właśnie potrzeba. A czego Wam potrzeba?

Chcecie ptaszka?

20 Oct

No to ptaszek kurwa jeb. Wole ptaszki niz ludzi, robia konkretne dziubki do zdjec.

Memory, find M. i wszystko jasne

4 Aug

1465_Kiler-Rywinski-Memory-Find-Siara-i-wszystko-jasne-smieszny-cytat-z-filmu-HELTER-Graficzne-Cytaty-Filmowe

Tyle tytułem wstępu. Obrazek koszmarny (no naprawdę, Siara i insta filtry? POWAŻNIE?), ale za to trzyma rozdzielczość. I pokazuje, jak niektórzy moi klienci wyobrażają sobie samych siebie podczas dyskusji na temat ich wirtualnych czołgów, skrzyń złota i i jak im się takie coś zatnie i cycki nie skaczą.

Co robię? Otóż pracuję w firmie, która wisi na kontrakcie z Google i zajmuję się obsługą klienta, czyli jest spora nadzieja, że jeśli masz problem z apką z Google Play, to przerywasz mi popijanie kawki i piłowanie pazurów swoim telefonem. Ogólnie praca nie jest zła, w sumie jest dobrym materiałem do różnego rodzaju obserwacji. Wiadomo, elektronika staniała, więc do tabletów i smartfonów mają dostęp wszyscy, zarówno buraczani biznesmeni, jak i dziadki oraz czciciele programu 500+. Ci mniej ogarnięci technologicznie i Janusze software, którzy przerabiają system Androida, a potem mają pretensje, że im nie działa, jak i ci, którzy naprawdę ogarniają temat i to lepiej niż my wszyscy razem wzięci. Jesteśmy więc instytucją demokratyczną, bo każdy się do nas może przytulić ze swoimi gorzkimi żalami. W każdym razie hajs się zarabia i mam z czego oszczędzać, więc jak wypadnę za burtę, to Vlad nie będzie musiał być moim alfonsem.

Przy okazji w moim budynku pracują też inne zespoły, np. niemiecki (wraz z gejem T., który po niemiecku brzmi niemal tragicznie, coś jakby połączenie Rammsteina z Paradą równości i macochem/ojcą Kardashianek),rosyjski (gdzie klienci mają do Internetów jakieś 200 kilometrów ze swojej tundry) brazylijski (jedna z Brazylijek na naszym szkoleniu zupełnie na poważnie dopytywała, co ma zrobić, jak ktoś będzie strzelał do jej klienta podczas rozmowy, bo takie rzeczy to u nich nie tylko na promocji w Lidlu, ale i na dzień dobry) włoski (oh mamma mia, nawet nie rozumiejąc Włochów można usłyszeć, jak się wkręcają i drą się na siebie nawzajem) angielski (Angole to Angole, co więcej można powiedzieć?), od niedawna arabski (jeden z kolesi z tego zespołu uparcie zmienia tapety z samolotami na swoim pulpicie, a ja siedząc za nim cały czas się zastanawiam, czy to nie są aby kolejne cele).

Polskim klientom wydaje się,że siedzimy tuż obok Larry’ego Page’a, a po prawej stronie mamy informatyków, którzy tylko czekają, żeby naprawić ich problem. Niestety, trwa to trochę dłużej, bo w swoich konsultacjach na odległość potrzebuję minimum tygodnia, aż moje zapytanie przejdzie przez wszystkie działy i kogoś zainteresuje. No więc po lewej mam Niemców, a po prawej Arabów, jakby ktoś chciał wiedzieć; zderzenie zaborów z przeszłości z zaborami teraźniejszości, chciałoby się rzec. Wcześniej podlegaliśmy pod team Rosjan, więc jak zwykle jesteśmy Winkelriedem narodów.

Nie wszystko mogę powiedzieć, ze względu na ochronę danych, ale przytoczę najlepsze kwiotki:

  1. Jestem Januszem, wysyłam zdjęcia swojej karty kredytowej bez zasłaniania jej numerów, a potem się dziwię, że ktoś skroił mi półtora tauzena funcików. Komentarz zbędny; gość nie miał u nas konta, ale ktoś miał, nie bał się i zajebał. Janusz nie umiał się dogadać w banku w sprawie odroczenia odsetek za debet, który ktoś mu zrobił na koncie, więc cisnął nas o odszkodowanie za straty moralne i plamy na Księżycu. Po R., który miał wtedy urlop, sprawę przejęłam ja, wyjaśniając kolesiowi, że odszkodowania od nas nie dostanie, bo dostał już CAŁY zwrot kasy. Trzy dni zajęło mi wyjaśnianie mu, że odszkodowanie NIE przejdzie. Rzecz jasna w ankiecie oceniającej moją pracę dał mi najniższą ocenę, ze swoim półtorakiem palącym go w kieszeń.
  2. Zgodnie z wytycznymi Google pisaliśmy maile na “Ty”. Koleś zgłosił się z problemem, więc po przeglądnięciu pięciu milionów kolumienek cyferek z numerami zamówień stwierdziłam, że pisze z niewłaściwego konta, na którym zamówienia nie ma. Napisałam mu, żeby wysłał swoją prośbę jeszcze raz, ale z właściwego konta. Pocisnął mi, że nie życzy sobie, żeby pisać do niego “Ty” i jako przykład do naśladowania podał Play, który tytułuje wszystkich “Szanownymi Panami” (a przy okazji ma na klientów totalny wyjebson, gdy proszą o numery zamówień z Google Play, którymi były obciążone ich rachunki za telefon, więc tyle z tego szanownego panowania), nadmieniając również, że wystaje mi słoma z butów i jestem niewychowana, co uważam już za trochę zbyt grubą wycieczkę osobistą z powodu słowa “Ty”. Nie zapomniał mi dopisać, że Google zajmuje się szpiegowaniem ludzi i inwigilacją. Po co korzystał z naszych usług- tego nie wiem do tej pory.
  3. Mamusie, które dają dziecku tablet do zabawy i rozpaczają, że przecież Piotruś nie mógł zrobić zakupów na ich koncie, bo nie zna hasła. A wylogowałaś się z konta, Boża krówko? Nie, no przecież Piotruś ma tylko 8 lat! Prawda, Piotrusiu, że tego nie zrobiłeś? Piotruś mówi, że nie zrobił. No dobra, tu właściwie jest wina deweloperów, bo dzieciaki myślą, że nie płacą PRAWDZIWYMI pieniędzmi, tylko punktami w grze czy whateva, a mamunie dają im się bawić na kontach, gdzie są ich karty płatnicze, bez zapytania o hasło przed zakupem (którego ustawienie jest dosyć proste). Później się okazuje, że Piotruś naruchał sobie diamentów na 5 tysięcy złociszy. No i wielkie zdziwko, że transfer na konto bankowe kaski z powrotem trwa 3-5 dni, w końcu powinien być przeprowadzony JUŻ. Chociaż większość takich przypadków kończy się tym, że klienci są nam naprawdę wdzięczni za wyprostowanie całej kaszany bez zbędnych problemów, bo nauczeni doświadczeniem z innych biur obsługi klienta czasem nie przyznają się, że dzieciak coś im kupił, bo boją się, że każemy im się walić na cycki.
  4. Dziwaczne maile, które ludzie podają przy weryfikacji konta. Usłyszałam już, że mam wpierdalaćbatoniki@lalala.com, ktoś inny krzyczał na środku pustyni weźmniezerżnij@cośtamcośtam.com, inny gość bez żenady przeliterował mi, że kiedyssiesztopołykaj@imożecojeszcze.pl, inny deklarował, że jest kurwazajebisty@ajak.com, a kolejny to już po prostu wyrażał rozczarowanie życiem, bo kurwaaaamać@dżizusjapierdolę.com.
  5. Poranek, popijam kawkę, otwieram oczy, składam wątki, bo jeszcze nie wiem, jak się nazywam. Pierwszy telefon tego dnia i od razu rzut na glebę:

-Dzień dobry, nazywam się tak i tak, pracuję tu i tu. Jak mogę pomóc?- pytam.

-Bo wie Pani, oni mnie podsłuchują i nagrywają, ale ja do Pani w innej sprawie (…itepe, itede w podobny deseń przez następne 20 minut). Obwąchuję kawę, mam nadzieję, że moje szlorki nic do niej nie dosypały, a przez cały dialog minę mam taką:

86138224

A najciekawsze jest to, że gość nałapał na telefon jakichś wirusów z hotspota, ale rozkmin miał przy tym taki, jakby był dzieckiem z romansu Analtonio Macierewicza i Zbigniewa Ziobry. Niestety, brzoza twierdzi, że to nie jej wina, a Putin nadal milczy w tej sprawie.

6. Przy okazji poszukiwań powyższego obrazka przypomniał mi się klient, z którym rozmawiałam w grudniu. W sumie nijak nie przypomnę sobie jego problemu, coś z muzyką, chyba synchronizacja z kontem nie zgrzytała. A nie jestem w stanie sobie tego przypomnieć, bo przez bite 40 minut nawijaliśmy o muzyce- metal symfoniczny, koncerty, zespoły, ludzie, książki Micka Walla, kondycha Ozziego Osbourne’a, takie tam dla klimaciarzy. Właściwie nawet nie do końca wiem, czy my W OGÓLE rozmawialiśmy o jego problemie. Chyba przez jakieś 2 minuty, ale spoks. Najdziwniejsze jest to, że dzwonił do nas ostatnio i ja odebrałam tele, a koleś mnie rozpoznał!! To było BARDZO miłe, przyznaję.

7. Polska dla Polaków, bura dla buraków. Właściciele małych firm, którzy cisną nas o fakturę VAT za aplikacje i nie potrafią pojąć, że A. zgodnie z prawem europejskim, nie ma u nas pola na NIP, więc opieramy się o info, które podają klienci w momencie zakupu w swoim adresie domowym, ergo B. faktura VAT jest generowana z danymi,w których nie ma NIP, czyli C. chcą faktury korygującej, której nie możemy im wystawić, bo nie mamy uprawnień (usiłowałam przepychać z górą temat zmiany artykułu w centrum pomocy dla użytkowników, żeby mieli możliwość edycji adresu przy prośbie o fakturę albo żeby pojawiła się poprawka o wpisaniu numeru NIP w adresie domowym, bo nie ma na niego osobnego pola, ale jakoś tak nic z tego nie wyszło). Ludzie się o to pienią, a zwłaszcza przedsiębiorcze Seby. Kiedyś taki jeden przetrzymywał mnie na słuchawce z dobre pięć minut, bo wydawał dyspozycyje swojemu pracownikowi, w stylu:

-JAK TO NIE WIESZ, KTÓREGO MERCEDESA MASZ WYPROWADZIĆ Z GARAŻU?!

Westchnęłam. Gdyby kolo wiedział, że za wysłuchiwanie takich grypsów z anusa zarabiam miesięcznie po odprowadzeniu podatku jakieś 6110 złotych polskich (jeśli weźmiemy pod uwagę prostackie przeliczenie funta na złotówkę, bez uwzględnienia kosztów życia itp.), to chyba by sobie gardło poderżnął tym wystającym kółkiem z maski Mesia…No czerstwe to było niczym żelki z Biedronki.

8.Tzw. abuserzy, czyli ci, którzy chcą zwrotów pieniędzy za produkty w grze. Cel jest prosty- w niektórych grach można zachować rzecz, nawet po zwrocie. Świry, które budują wielkie fortece i się z nich nawzajem ostrzeliwują, lovciają taki biznes. Podrzucają sobie na forach powody do zwrotów, aby mieli co wypisywać w swoich formularzach, z których duza część przyjmuje automat, który odrzuca zwrot (wtedy my ciśniemy) albo zatwierdza (wtedy te głąby kupują kolejne dziwactwa) Niektóre powody są w miarę normalne- mały brat narobił zakupów albo mała siostra, ale są też takie, które z grubsza brzmią jak lanie w banię z szydła:

12540812_1091301910901528_8000200168740946058_n

Najdziwniejszy powód, jaki widziałam był bodajże taki, że pies komuś wlazł na tablet i nacisnął łapą przycisk “Kup”. Był też kolega, który chciał przejąć pałeczkę po wróżbicie Macieju (nie mylić z samą pałeczką  wróżbity Macieja) i miał odgadnąć hasło do konta jakiegoś nieszczęśnika- akurat ta sprawa przyszła do naszej kolejki 1 kwietnia i mówi już sama za siebie.

9. Ludzie, którzy wiedzą lepiej i usiłują się ze mną wykłócać. Na przykład koleś, który miał problem z jedną z usług YouTube, więc mu grzecznie tłumaczę, że dobił się do złego działu.

-Ale jak to??!! To Pani do mnie dzwoni (przy wypełnianiu formularza o kontakt, tzw. click to call, klient podaje nr telefonu i nasz system łączy go z nami automatycznie) i Pani mi mówi, że nie może Pani tego zrobić?!

-Przykro mi, ale nie mogę, ponieważ nie leży to w moich kompetencjach,a chciałabym, żeby otrzymał Pan właściwe informacje na ten temat, więc mogę Panu wysłać po naszej rozmowie kontakt do działu YouTube albo przetransferować tą sprawę bezpośrednio do nich.

-Pani sobie robi jaja! Dzwoni Pani do mnie tylko po to, żeby mi to powiedzieć?

-Pragnę Panu powiedzieć, że wypełnił Pan formularz kontaktowy i nasz system połaczył mnie z Panem automatycznie. Jestem ze wsparcia Google Play, więc proponuję Panu kontakt z zespołem YouTube.

-ALE JAK TO?

12524191_10207032026632764_1893848322647276161_n

No tośmy se pogadali.

 10. Ostatnio zainfekowałam jednemu panu tablet wirusami, które zniszczyły softa (zaczęły wyłazić coraz dziwniejsze komunikaty). PRZEZ TELEFON. A czemu? Bo pracuję dla korpo, międzynarodowego korpo, czyli dla Żydów, a Żydzi kłamią.

11. Tak, lubię sobie czasem porozmawiać z klientami o broni atomowej, Brexicie i czołgach, ale naprawdę nie muszą do tego dodawać, że są 11 lat po rozwodzie i dopytują się, jak można się do mnie bezpośrednio dodzwonić. Zawsze mnie to robi upset, bo przecież za siedzenie na słuchawce w sekstelefonie zarabiałabym pięć razy tyle. Inny gość z kolei rozpływał się nade mną, że gdyby wszystkie laski na świecie były takie pomocne jak ja, to świat byłby pięknym miejscem. Ciekawe, czy też by się pogodził z faktem, że bycie pomocnym w tym przypadku równa się piątunio wypłatunio co tydzień.

12. Dla równowagi jeden dżentelmen nie wytrzymał ciśnienia po tym, jak zablokowano mu konto i oznajmił mi, że pierdoli nasze usługi i życzy mi niechcianej ciąży. Z tego miejsca życzę mu, żeby umiał z siebie mieć taki sam polew, jaki miałam ja i mój kierownik po przeczytaniu tego maila.

13. Jeden nadgorliwiec żądał przeprosin dla niego i dla całej Polski, bo na 11  na stronie głównej Google była ilustracja z bocianem. Pan domagał się orła. Reszta Polski do tej pory się nie wypowiedziała, koleś również spasował po mojej odpowiedzi.

14. Naszą gwiazdą byl D.-ziomeczek dzwonił do nas 115 razy, głównie zadając nam pytania egzystencjonalne, np. kiedy będzie otwarty rynek w Elblągu, przeplatając je niekończącymi się pytaniami o apki. Uwielbiałam te telefony-dwie godziny pierdolenia w bambus, kiedy to sprawdzałam kursy walut, poszukiwałam różnych drobiazgów na Ebay, mój kolega D. czytał Przegląd Sportowy, a D. nakurwiał szczęściem, bo miał do kogo zagadać.

15. Do Rosjan wydzwaniali z kolei pacjenci psychiatryka. Bywało, że można się było z nimi lepiej dogadać, niż z synami narodu cebuli.

16. Nie posiadałam się z radości, kiedy wysadziłam w powietrze jakiemuś kmiotowi telefon przy okazji przywracania tele do stanu fabrycznego. Koleś miał problem z jakimś HujaCiagnoMi z Ebaya i nijak nic z Google nie chciało na tym śmigać. Ponieważ kolo prezentował postawę w stylu :”Co mi tu będzie ta kukiełka pierdolić”, z wielką ochotą poinformowałam go, że reset totalny tele to jest to. Jeśli kelner może pluć do zupy, to ja mogę wysadzać telefony w powietrze. Innymi słowy-grzecznie mi tu, kurwa!

17. Krejzi 15stka, która znudzonym wokalem dopytywała mnie, czy ja w ogóle ogarniam, co to Tinder. Poczułam się jak dinozaur,choć bardzo chciałam ją spytać, czy umawia się na robienie loda przed odrobieniem pracy domowej z chemii, czy tuż po. Ogólnie większość dzieciaków, które do nas dzwonią są milutkie i trochę speszone, ale im przechodzi, jak im opowiadam o łowieniu Pokemonów w parku. Nastolatki dzielą się strategicznie na młodocianych dziewiców i pyszczące lachony.

18. Panowie z żonami w tle-ja naprawdę słyszę, jak mówicie do nich “Cicho kurwa, Stacha/Graża/Boża, ja tu z panią rozmawiam”.

19. Im głośniej się drzesz, tym mniej chce mi się tłumaczyć, że nie podam Ci zapomnianego hasła do konta, bo sama go nie znam, a wykorzystywanie przewagi cywilizacyjnej pt.”Ja mogę kurwamaciować, a ona nie, hehe” jest z dupy.

20. Klient umawia się na tele, dzwonię o podanej godzinie. Nie odbiera, a w mailu tłumaczy, że był telefon z Irlandii/Kalifornii (zależy, przez którą centralę nas łączy). Zaczyna odbierać, jak odpisuję, że telefony do nas i od nas są darmowe.

21. Kwiat polskiej emigracji w jednym dialogu:

-Niestety, karta podarunkowa nie zostala aktywowana przez sprzedawcę, musi pan wrócić do sprzedawcy, żeby to zrobił.

-KURWA! WIEDZIAŁEM, ŻE COŚ BEDZIE DO DUPY! Mieszkam w Niemczech i tam brałem te karte! GŁUPIA PIZDA COŚ MÓWIŁA, ALE ZABRAŁEM JEJ KARTĘ I WYSZEDŁEM!!!

-….

-Te, Franek!WRACAMY TAM, TRZEBA ZAJEBAĆ DZIWKĘ!!!!

-yyyyy….

22.Jeśli apka nie działa, w ramach grzeczności możemy zrobić zwrot kosztów (tak naprawdę powinien robić to twórca apki, ale oni z reguły mają na to wyjebson), jeśli była kupiona w ciągu ostatnich 48 godzin. I tak nie przeszkadzało to jednemu ziomkowi w straszeniu mnie sądem, bo nie mogłam mu zrobić zwrotu za apkę kupioną w 2013 roku. Chciał się procesować o zabójczą kwotę 4.99 PLN.Słownie:mniej niż kosztuje mózgojeb Siarczysta Wisienka z rogu Ząbkowskiej i Dworca Wileńskiego.

23. Uwielbiam ten moment, kiedy ludzie się cisną, że chcą rozmawiać z kierownikiem/menadżerem, na co z uśmiechem i Miedzynarodówką w uszach informuję, że owszem, ale rozmowa może być po angielsku. Nagle koguciki tracą piórka, a ja rysuję kolejną kreskę na ścianie po kolejnym zatopionym bucu.

Mimo wszystko, lubię tą robotę, bo robię w niej różne rzeczy, łącznie z konsultacjami małżeńskimi dla zagubionej duszy, która śledziła męża za pomocą apki namierzającej  i codziennie trafiam na nowego zjebusa. 

Zawsze mam też na uwadze, że mogłam wylądować w większym bajzlu, a tymczasem siedzę sobie przy biureczku, walczę z brazylijską nocną zmianą o słuchawki, które mi zabierają i kleję bekę z pracy, zamiast przynosić korpo  do domu.

Idź Pan w chuj z taką robotą i przenieś się do korpo

14 Jun

Uff, szarpałam się z wywołaniem opcji formatowania w adminie chyba z pół godziny, to wszystko wina Żydów i masonów zapewne. Ale ja nie o tym, a o moim zatrudnieniu, co rozpocznę pewną anegdotą, by jak zwykle zgrabnie i z wdziękiem przejść do meritum, którego w moich postach zazwyczaj nie ma.

Otóż kapitan Vlad dostał niedawno awans i został kierownikiem popołudniowej zmiany w swojej fabryce cudów takich jak głowice rakiet, śruby do stacji kosmicznych i jakieś części samolotów, w które można schować ruski trotyl. Jednym z jego podWŁADnych jest niejaki J., który został wydalony z USA, Kanady i paru innych miejsc za dilowanie prochami, próbę gwałtu i wyścigi z policją (zanim poznam tego gościa muszę się dowiedzieć, czy jestem w jego typie, bo inaczej szykuje się widzenie przez szybę). Gdy chłopcom nie chciało się pracować, jeden z nich zaproponował przywleczenie miejscowych prostytutek, które by za nich pracowały.

-Ale bejbe, one za jeden dzień pracy wezmą tyle, co wy w miesiąc!-zaprotestowałam.

-J. powiedział to samo- stwierdził Vlad.

Tak oto moje myślenie o biznesie jest zbliżone do kombinacji angielskiego handlarza prochami. Idąc tym tropem powinnam cisnąć kapuchę we wszystkich możliwych nominałach, ale chyba u mnie to działa na opak.

W każdym razie wasza wiedza o mojej pracy zatrzymała się tu i tu (Jezu, ale mi spodobały te hiperlinki, będę Was teraz męczyć nimi do porzygu i zapętlać dygresje), więc Wam opowiem, co się stało jakieś 3 miesiące po moim rozpoczęciu pracy. A stało się to, że przyjechał nasz menago od HR, czarny jak sadza (“No pięknie, jestem murzynem Murzyna”-pomyślałam) i oznajmił, że zwija biznes, bo kierownictwo centrum handlowego chciało nas przenieść w inne miejsce na czas remontu naszej parcelki; miejsce do którego żaden Angol by się nie zapuścił (byliśmy ulokowani tuż przy wejściu od strony zajezdni autobusowej, a chcieli nas wepchnąć na piętro, na które nie hasał nawet koń Rafał z przetrąconą girą) i do tego 2x droższe i 2x mniejsze.

Byznys is byznys i tak oto mój kolega D. całkiem bezwstydnie szukał nowej roboty w godzinach pracy, odbierając milijon telefonów i wypisując coraz to nowsze aplikacje, G. zwinęła się jeszcze wcześniej i to w dosyć dziwny sposób, a mianowicie najpierw biorąc urlop, by na chwilę przed jego rozpoczęciem oznajmić, że właściwie nie wraca- mam pewną teorię na ten temat, ale nie miałam nigdy okazji jej potwierdzić lub zaprzeczyć, więc zatrzymuję ją dla siebie. J., jak przystało na Angielkę z dwojgiem dzieci stwierdziła, że życie na benefitach nie jest złe, K. została menago innej kawiarni.

Ja z kolei zapodziałam się w innym punkcie naszej le sieci, która chciała być drugim Starbucksem, Nero czy Costą, a nie została nawet Biedrą. Punkt w innym centrum handlowym na dzielni słynącej z kwaterowni Polaków (bo tanie mieszkania) i bycia kanałem przerzutowym prochów na całe hrabstwo (bo ból życia na zasiłkach i z mózgiem przeżartym cukrem-pudrem i sajdrami zabija). Centrum kulturalnym na dzielni B. są paznokciownie, gdzie mamuśki na benefitach trzaskają sobie szpony w kształcie łopaty (jako fanka ładnych manikiurów mam konwulsje na ten widok., natomiast to jest totalna boskość i zajebistość nie tylko do sześcianu, ale i nawet do bryły platońskiej)  oraz Aldi, gdzie można wyhaczyć takiego sajdra oraz ulica, po której czasem turlają się poważniejsi handlarze swoimi furami na spotkanie zarządu.

No i weź tu Panie bądź mądry i rób flat white na sojowym mleku (np. na życzenie dwóch kolesi typowo waginosceptycznych, którzy ochoczo cisnęli do mojego kolegi F.). Ale ja chciałam, bo wiedziałam, że z trzymiesięcznym doświadczeniem w pracy wiele nie zwojuję, a bilety autobusowe na uniwerek same się z drzewa nie ruchają. Tak oto zaczęłam martyrologię gdzie indziej.

W kontrakcie miałam zapisane 8-10 godzin w tygodniu, co całkiem mi pasiło, choć bywało różnie, gdy do biletów autobusowych dorzucałam gazetę i colę. Moja nowa menago rodem z Rumunii podchodziła do sprawy dosyć swobodnie, a właściwie na pełnym wypierdolu dawała mi 2 godziny tygodniowo (w PL rządzą umowy śmieciowe, a tu kontrakty typu zero godzin- raz walisz 60 godzin w tygodniu, a raz 2). Dodatkowo w tej okolicy pomieszkiwał Vlad, więc widywaliśmy się po mojej pracy, gdzie łapiąc Wi-Fi w KFC oznajmiałam mu, że znowu dojazd do pracy będzie zajmował mi więcej czasu niż sama praca, po luknięciu w grafik. Menago twierdziła, że na razie tylko tyle godzin może mi dać i już. No to skąd wzięło się 8-10, którymi HR mnie zanęcił? Nie wiem. Skąd mam załatać dziurę budżetową, jeśli zarabiam 18 funtów tygodniowo, a wydaję jakieś 40? Tego też nie wiedziała.Teoretycznie mogłam szukać drugiej roboty, ale wtedy byłabym rozjebana jak kamienica po blitzkriegu albo rzucić tą robotę i wrócić do punktu wyjścia, czyli wisieć na czyimś garnuszku, co tak chętnie wypominał mi Flafi.

Po dwóch tygodniach ugodowego załatwiania sprawy stwierdziłam, że mnie to nieco wkurwia i napisałam maila do HR, zostawiając im kwestie matematyczne do rozkminienia i oszacowania, czy ja jestem może niczym budżet Polski, żeby się tak żyłować nie wiadomo po co. HR nie był hapi i w końcu godziny się dla mnie znalazły. W ramach ciekawostki powiem Wam, że zjeb musiał być niezły, skoro moja menadżerka prawie do ostatniego dnia pracy wspominała ten event z wielkim oburzeniem, bo przecież m o g ł a m do niej przyjść i porozmawiać pokojowo w tej sprawie. Nie potrafiła sobie przypomnieć, że przecież, kurwa, przychodziłam.

giphy-facebook_s.jpg

Patrz, jak bardzo mnie to chuj obchodzi.

W ogóle ta dama to przypadek klasycznego Rumuna w UK, który wziął się z dupy świata, ma z tego powodu kompleksy, więc usiłuje udowodnić wszystkim, że jest KIMŚ. Problem w tym, że bycie menadżerem jakiegoś lokaliku to jeszcze nie jest bycie KIMŚ; niech świadczy o tym fakt, że zarabiałam jakieś 6.50/godzinę, a ona z tego co kojarzę 7/godzinę, więc bez przeginy, prawdziwi menadżerowie poważnych firm po takie pieniądze nawet się nie schylą. Lubiła naginać fakty, szczególnie w przypadku osób, które studiowały (ja i dziewczyna z Rosji, która robiła magistra w UK i do późna ślęczała przy swojej pracy magisterskiej, więc prosiła o zmianę godzin. I jak myślicie, czy zostały zmienione? Taaa. Dostała ich jeszcze więcej) i udawać, że o niczym nie wie, a poza tym to jest zajęta- głównie siedzeniem na fejsie i podładowywaniem swojego AjFona Rumun Edyszyn w naszych firmowych gniazdkach, co mogło się skończyć np. wyjebką tele w surowe ciasto na mufiny, kręcące się w mikserze.

Ale gdzie tam, lepiej ścigać kogoś o 5mm-we paznokcie, które na okrągło są czyszczone i zabezpieczone rękawiczkami przed wpadnięciem komuś do jedzenia i odwalenie cyrku pt. masz tu M. funta na cążki do szponów i je obrzynaj (akurat tego dnia były Walentynki, więc trochę je zapuściłam, żeby nie wyglądać jak oderwana od pługa) Już nie mówiąc o tym, że jej gadka była tak chaotyczna i zapętlająca się w niekończącym loopie, że po 5 minutach nie miałam pojęcia, o co jej właściwie chodzi, gdy snuła swoje monologi z kosmosu. Pod tym względem o wiele bardziej ceniłam jej vice, Węgra F., który był krótki i konkretny, przy czym zazwyczaj robiliśmy sobie też polewkę, bo wiadomo, że Polak z Węgrem zawsze się dogada. Lubiła podkreślać, że na urodziny ma ZWYCZAJ kupowania sobie czegoś DROGIEGO, najlepiej zegarka lub torebki, co moim zdaniem świadczyło o tym, że koniecznie chce się wybić na tle swoich znajomych, którzy zostali w Rumunii i pokazywać wszystkim, co to nie ona, co zazwyczaj kwitowałam pół-uśmieszkiem, bo po prostu śmieszą mnie takie akcje, również z punktu widzenia osoby, która na tle swoich rówieśników w PL jest w wymarzonej sytuacji finansowej, ale nie odjebuję z tego Jeziora Łabędziego dla Albańców.

Meanwhile_91e562_3016433

I z czym do ludzi, ja się pytam.

Aha, cudna G. lubiłą też nas poganiać i wprowadzać atmosferę jeszcze większego rozpierdolu; jak to się wszystko kulało w godzinach lanczowych to właściwie nie wiem. Starałam się jak mogłam, ale tej dalej było źle, wolno i szybciej, migusiem, migusikiem. Mistrzostwem świata było, kiedy poprosiła mnie, żebym z nią została i pomogła jej ogarniać bajzel po godzinach mojej pracy i też miała pretensje, że robię to za wolno. Inna sytuacja, kiedy w niedzielę byłam sama z F. na zmianie, który zdychał na kaca, więc właściwie miałam roboty za dwoje, decydując się na krycie mu dupy w razie niespodziewanej inspekcji naszej zrytej area menager, jako że on starał mi się też nie robić pod górkę. G. przylazła wtedy z tragarzami z Misia i też cisnęła, że się nie wyrabiam, na co już wywaliło mi pianę na pysk, bo trudno być w czterech miejscach naraz, ale widocznie z niej była taka Łonder Łumen, bo umiała zalogować się na fejsa i udawać, że robi zamówienia przy firmowym laptopku równocześnie, wow, wow, uszanowanko. W sumie znosiłam to wszystko, bo coś mi podpowiadało, że sytuacja może ulec zmianie i wtedy do śmiechu może być komuś innemu.

Nasi klienci mimo lokalizacji w sercu patoli hrabstwa Dorset nie byli źli, zwłaszcza ci stali, którzy nas kojarzyli i znali nasze imiona, np. sympatyczne dziadki albo babcia, która mówiła na mnie “aniołku”, chociaż byłam od niej wyższa ze 20 cm. Był też koleś rozmiaru szafy gdańskiej, z dziarami i miną żołnierza Pruszkowa, który zawsze zamawiał duże, karmelowe latte; robił na mnie posępne wrażenie, ale któregoś dnia usłyszał, jak nasza area manager piłuje dziób na naszą nową Hiszpaneczkę A. i-co dosyć niezwykłe na Angola- wtrącił parę słów od siebie o charakterze zjebującym pod jej adresem. Wśród stałych klientów był tez regularny zbok, który lubił mnie dopytywać, co będę z nim robić wieczorem, na co ja któregoś dnia oparłam się o kasę, spojrzałam się na niego, westchnęłam i spytałam:

-Ej, a co powiesz na trójkącik? Ja, ty i mój facet, dwa metry wzrostu, sto kilo wagi. Bardzo chciałby cię poznać, bo trochę o tobie słyszał.

F., który robił obok kawę, mało się nie zaksztusił, głównie ze śmiechu, co było moim szczęściem, bo gdyby gość się bardzo uparł, to mogłoby się okazać, że to ja go molestuję (bez przesady, nawet w lubowaniu się w starszych facetach miewam granice), a nie on mnie. O radości politycznej poprawności! Za to jego syn był zawsze do rany przyłóż, może był od mleczarza czy listonosza. Zbok dał sobie spokój, za to ja za każdym razem mu salutowałam, na co zwykle wyglądał, jakby miał na końcu jęzora jakiś dziwny gryps.

Polacy, którzy do nas przychodzili, dzielili się głównie na tych, którzy po angielsku umieli powiedzieć:” Wanilia ajskim, plis. Kurwa, Zbyszek, tak to się mówi?”, na co ja przechodziłam na polski w momencie wydawania reszty, bądź na ambitne mamusie, które szczebiotały do swoich Brajanków, Alanków i Nikolek po angielsku, utrwalając im w głowach swoje błędy językowe i pal licho że na wakacjach w Polsce dzieciaki nie dogadają się z dziadkami, mają być naturalizowanymi Angolami i już. A poza tym cała galeria postaci, które miały pretensje, bo nie wiedziały czego chcą lub gorąco mnie zachęcały, abym wracała skąd przyszłam, gdy ich zamówienie nie łapało się do promocji i Cyganie, których dzieci robiły sobie tabor na naszych stolikach. Kiedy F. grzecznie spytał jednej z takich ore ore mamusiek, czy mogłyby uciszyć swoje mini panny młode, usłyszał co następuje:

-To idź i je uduś, jak Ci się nie podoba!

F. był profi, więc zacisnął zęby, wziął po mini mufinku dla każdego bachorzęcia i powiedział, że im je da, jak się uciszą. Tu nastąpiła cisza rodem ze stepu astrahańskiego, co F. skomentował przechodząc koło mnie (miałam akurat lancz) tymi słowy:

-Jebani Cyganie!

No i masz, wywołał mi przed oczami tą scenę (od 1:55).

Moim ulubionym zajęciem w czasie mniejszego ruchu było rozkminianie, co tu można zrobić, żeby wypromować naszą miejscówkę, bo na tle konkurencji było różnie i wymyślałam plan kampanii, głównie dla własnej rozrywki, bo coś trzeba  było robić przy pucowaniu talerzy. Przy zmianie identyfikacji wizualnej odpadłam, bo nasz gejowy dizajner odwalał kaszany, które nijak nie miały startu do świątecznych edycji kubków na wynos Costy (tu klik do Costy, a tu do ewolucji świątecznych Starbuniów) W sumie w kawiarniach głównie chodzi o lajfstajlowe pitu-pitu i żeby liczba lajków pod fotą takiego kubka na Insta się zgadzała, więc sama nie mogłam się nadziwić, czemu ten element został pominięty, bez kompletnej świadomości faktu, że promocja to opieranie się w kulturze obrazków o przyciąganie czyichś gał, a za tym hajsów.

Myślałam o zmianie menu i wprowadzeniu różnych promocji przy mopowaniu podłogi (czynność, która jest wybitnie z dupy, czyli oblewanie podłogi wodą, aby za chwilę mop był syfiasty i rozprowadzanie syfu po jeszcze większej powierzchni) i łapaniu targetu przy wycieraniu kurzy. Nie ma to jak wybitne rozrywki intelektualne. Co innego robić, kiedy mamusie przewijają swoje dzieciątka przy stolikach, gdy łazienki znajdują się 50 metrów dalej? No chyba tylko tyle.

Tak się to wszystko kręciło, dopóki nie zmienił nam się area manager. Nie wiem, czy we franczyzach w Polsce też jest taka funkcja, ale area manager to ktoś, kto kupuje dany punkt i nim rządzi, kontroluje zyski (jakąś ich część wysyła do firmy-matki, część zabierają opłaty, a za resztę zazwyczaj może iść kupić sobie waciki, raczej te tańsze) Na miejsce laski, którą podczas roku pracy widziałam góra 3 razy, przyszła inna, T. T. miała głos, który sugerował, że niejedną flaszkę obróciła pod sklepem, bo co ma się szczypać i taszczyć ciężkie siaty do domu, a patrząc na nią, miałam zawsze wątpliwości, do którego kibla może chodzić. W każdym razie była KOSZMARNA. Przychodziła do nas dzień w dzień i zawracała dupę minimum 3-4 godziny, co w porze lanczowej było co najmniej niewskazane. Gdy nie mogła przybywać osobiście, nasyłała na nas swoich znajomych i rodzinę. No OK, pewnie jakbym miała własny biznes, też bym chciała wiedzieć, jak się kręci, ale np. instalowanie kamer i oglądanie podglądu z nich na swoim telefonie CAŁY CZAS to już jest obsesja; mało jej było kamer z naszego centrum, potrzebowała jeszcze swoich. Gdy ktoś wyrażał swoją opinię- niekoniecznie narzekając, ale po prostu mówiąc, co mu się w danym pomyśle nie podoba-w odpowiedzi słyszał, że jak mu się nie podoba, to może nawet nie tyle się zwolnić, co spierdalać (jakie to konstruktywne).

Żałuję, że gdy przychodziłam w soboty, to się mijałyśmy w drzwiach, bo któregoś razu mogłabym nie wytrzymać i powodując się na kodeks pracy spytać jej, czy za takie texty będzie ją w zamian stać zapłacić komuś odszkodowanie za mobbing, do którego takie popierdywanie śmiało się kwalifikuje. G. wybrała opcję rumuńskiego rozwiązania problemu, czyli zamiast posłać ją do diabłów, wsadzała jej palec w dupę, wychodząc z założenia, ze jak T. będzie zadowolona, to nie będzie się czepiać. Na nic próby uświadamiania jej, że jest granica między byciem chamem (co w przypadku kobity już w ogóle rozjebuje, kiedy próbuje się przyfrantować, jaka jest silna i niezależna, a wychodzi z niej zwykłe chamstwo i kołtuństwo) a byciem świadomym, czego się chce i wymagania od siebie i innych przestrzegania pewnych zasad.

T. wymyśliła też, że mamy sobie sami płacić za jedzenie, które bierzemy na lancze (wcześniej każdy miał swój limit, zależny np. od godzin, które pracował danego dnia i np. w ciągu zmiany 8 godzin mógł wsunąć bagietkę/tosta i mufina z napojem, w ciągu 3h samego mufina i napój, co i tak było spoko bo starczało i dla nas, i dla klientów, a często organizowałam mufiny też dla Vlada, żeby nie poszły do śmietnika), co już było parodią, bo pytałam wszystkich dookoła, którzy pracowali/pracują w gastro i nikt nie musiał płatosić za swoją szamę, natomiast T. wyraźnie szukała pieniędzy nie tam, gdzie trzeba.

Na spotkaniu, gdzie opowiedziano nam o zmianach w naszym trybie pracy samej pomysłodawczyni tychże zabrakło, a mogliśmy poczytać jedynie wydruki z maili wymienianych między G. a T. i spytać G., jak czegoś nie kumaliśmy, co jakoś mnie nie urządzało, bo na takim spotkaniu oczekiwałam raczej konfrontacji z kimś, kto te bullshity wymyślił. Koniec końców podpisałam papier, że zapoznałam się ze zmianami, mówiąc jednak, że taki system wzmożonej kontroli nie spowoduje niczego dobrego, bo zestresowana załoga nie przyciągnie ludzi, ale jakoś przeszło to bez echa.

Pomyślałam, pokombinowałam, kończyły mi się studia, więc tak czy inaczej potrzebowałam pełnego etatu, a nie zabawy w dom na podwórku. I to był moment na odejście z tegoż przybytku rozkoszy wątpliwych. Początkowo myślałam o swojej branży, ale po zakończeniu roku obłożenie na jedno miejsce na staż było takie jak na fuchę ordynatora w Leśnej Górze. Miałam też propozycję pracy w PL, która była jednak dosyć niepewna. W końcu znalazłam robotę, w której jestem do dzisiaj (i o której będzie następny post, bo jest dosyć zabawna) i  z niekłamaną satysfakcją złożyłam wymówionko. Gwoździem do trumny był pewien piątkowy wieczór, kiedy kładłam się z myślą, że następnego dnia mam po raz pierwszy od jakiegoś czasu wolną sobotę, gdy nagle słyszę trurururu nad uszami, bo dziecko G. zachorowało, są w szpitalu, drama, Panie, drama, więc miałam przybyć na godzinę siódmą rano. No dobra, składam soracze i pobudka piąta rano. W ciągu dnia przybył do nas starszy latorośl, z jakże dziwnym pytaniem, czy zastał mamunię. Wyłapałam zonka- mieszkają wszyscy razem, no to chyba kumał, że matka w szpitalu z młodszym? Najwyraźniej jakoś mu to umknęło. Albo jej. Przynajmniej przekonałam się, że te dwa tygodnie wypowiedzenia miną mi wesoło.

Później w nowej pracy spotkałam kolesia z Dominikany, który pracował w funciaku i często do nas przyłaził smędzić po hiszpańsku albo umierać na jednej z naszych sofek na weekend. Oznajmił mi, że wszyscy właściwie się pozwalniali, z G. na czele, bo mieli dosyć pomyslów wspaniałej T.

Właściwie to czemu ja nie jestem wróżką?

 

 

Może i mam Cię w dupie, ale mam za to piękny zegarek

3 May

Siemson! Nie było mnie tu od dawien dawna- zrzucanie lorda Flafiego ze schodów, zmiana pracy i wreszcie posypka mojego lapka i przeprąciowa jesień i zima (które w UK są totalnie jednym i tym samym, czyli porą nieustającego monsunu w scenerii, w której Werter zabiłby się po wielokroć) chwilowo mnie uciszyły. (dobra- nie chce mi się robić backupu całego lapka przed dokonaniem lecznicznej procedury, znanej jako :”Gdy Ci smutno, gdy Ci źle, jebnij format dysku C”). W międzyczasie wolałam kupić parę płyt/książek/whatevs, pojechać na koncert Sabatonu w Southampton (lovelovelove111!!!) rozkminić symbolikę Iron Mana, przywitać się z mumiami w londyńskim muzeum i pojechać do Polski, co ma też swoje konsekwencje, ale to opiszę inną razą.

Wybieram się też na siłkę (słyszysz to, moja durna babo od WFu z podstawówki? Przyjadę do PL z bicami a’la Marit Bjoergen i Ci pokażę, jak skakać przez kozła, lol), bo zmiana trybu pracy z “zapierdalaj, gdy Ci Rumun każe” na “siedzę, nic się nie dzieje i czekam na multum telefonów”jakoś mi nie posłużyła; pewnie wypluję serducho na siłowni i jakaś Ewa Chodakowska je zdepcze i ani przez chwilę nie zapłacze po jakimś tłustym baleronie. W planach mam też coś, na co szykuję się od dawna i mam nadzieję, że ta sytuacja zilustruje powiedzenie “wjechać komuś na chatę” i nie wiem czemu uważam, że to będzie najlepszy soundtrack tego wydarzenia: Deadpool Rap.

Miałam Wam napisać, jak wyfrunął od nas lord Flafi, ale czy ma to znowu sens? Zgodnie z moimi podejrzeniami okazał się być bardziej zjebany od audycji Lata z Radiem, prowadzonej przez ojca Dyrektora lub sesji topless w Playboyu posłanki Pawłowicz. No więc jednak Wam to opiszę, bo po pewnym czasie ma to wymiar komiczno-tragiczny, choć na początku było czystą porachą. Nie wpuszczać Angola za drzwi, zwłaszcza, gdy to świadek Jehowy lub komandos RAFu, proste.

Że Lord miał rozrywki w stylu darcie na mnie japy albo zastanawianie się, czemu papier toaletowy nie jest rwany wzdłuż perforacji, ale w poprzek, to już wiecie. Stopniowo jednak te rozrywki pogłębiały się, aż doszło do sytuacji, kiedy Flafiego drażniło WSZYSTKO. Oprócz jego telewizora (właściwie to był NASZ telewizor, ale nie omieszkał go ze sobą zabrać, zostawiając gruza), z tym mógł wziąć ślub. Kiedy wychodziłam z pokoju, gdzie urzędował, z talerzem kanapek w ręku, dostawał szału, bo jada się w JADALNI. A zęby zmienia się w kielni.

Flafi miał też inny powód do zmartwień; wymyślił, że zadając się z Vladem wpadnę w narkotyki, bo jego córka miała starszego faceta, który miał swój własny startup z dużym ROI i targetem skierowanym do fanów hardkor umcyk-umcyk i pudrowania nosa (tekst Flafiego o wciąganiu w dragi wspominaliśmy czule z Vladem podczas palenia zioła) Nijak nie szło go przekonać, że nie każdy tak robi. Jego agresja narastała, a łysy łeb przybierał kolor wiśni i miał coraz więcej pretensji o COŚ. Nie wiadomo o co; w każdym razie było mu najcudowniej, kiedy wszyscy dookoła byli dobici lub kiedy można było odstawić pokazówkę nie wiadomo o czym i po co, np. przy swoim pedalskim synusiu, którego kiedyś lubił podduszać (baronie Mindhauzen, gdzie jesteś?). Tak mu się Vlad nie spodobał, że zanim go poznał, już wymachiwał mi nożem przed oczami, krzycząc, że obetnie mu jaja. Czemu moje oczy pomyliły mu się z jajami to nie wiem, w każdym razie Flafi po ujrzeniu Vlada był w stanie ponownie przybrać kolor wiśni i…tyle. Mam dziwne wrażenie że podobny, równie zjebany typ osobowości mają też hejterzy internetowi, przy czym hejterzy publicznie są zryci, a Flafi dla publiki był do bólu słodki. Tym bardziej należy mu się stopione żelazo na leczenie hemoroidów.

Kiedy już się wyprowadzał, to już nie byłam “bezużyteczna”, tylko byłam kochaniem i skarbeczkiem i w sumie czemu nie dałam mu w ryj, to nie wiem, chyba szkoda piąchy. Przy wyprowadzce zwinął połowę rzeczy, w tym moją i Vlada formę do pieczenia, gdzie zrobiliśmy pierwszą wspólną rzecz, która miała ręce i nogi i nie była murzynkiem, a plackiem ze śliwkami- bądź po wielokroć przeklęty i rżnięty w swój angielski ryj!

Joanna Maria K. była na tyle miłościwa, że po sprzedaży Mazdy RX8 (Zwanej też “Bajo”) kupiła Lordowi BMW…BMW…no jakieśtam BMW; w wieśniakowozach nie robię, nie odróżniam jednej BMWu od drugiej. (Natomiast muszę się poważnie zastanowić nad sobą, bo Vlad deklaruje miłość do Mitsubishi Evo Lancera i prawdę mówiąc nie wiem, jakby skończył z takimi deklaracjami na początku naszej znajomości. Na razie mamy Audi A6 o imieniu “Niewyżyta Niemra”, na cześć Katarzyny II z pieśni Jacka Kaczmarskiego). Do BMWu są potrzebne kluczyki, a tych nigdzie nie można było znaleźć, bo jaśnie Pan gdzieś je zwinął, zapewne mając na myśli zrobienie tego z całością urządzenia.

Wpadłam na genialny (jak zwykle) pomysł, by zmelinować wózek, gdy Lord nie będzie patrzył i w międzyczasie załatwić sprawę; wg angielskiego prawa bowiem właścicielem jest ten, kto wykłada hajs na furę, niekoniecznie ten, który nią jeździ. Joanna Maria K. najpierw sie opierała, by tydzień później wydzwaniać do Vlada, bo wpadłą na pomysł, by schować BMW, a więc popełniła plagiat. (nie umiem jej nazywać po jej pseudonimie “Becia”. Becia, bleeee. BEEEEEE-cia. Nieładnie to brzmi.) Kluczyki też się znalazły, pod materacem. Trochę po starowiejsku, ale się nie znam, więc może to kul i trendi- Flafi jako fan Szanela, Armaniego, kilograma złota na każdym paluchu i hawajskich koszul pewnie wiedział lepiej.

Aha- to pudło rzeczy Flafiego, które pomagałam mu wynosić- naprawdę wypadło mi z rąk przez przypadek. Cały czas żałuję, że te wszystkie noże i talerze nie wyjebały mu się na łeb, ale biedny ma zawsze pecha.

Flafi długo za nami nie płakał, bo niebawem szukał już nowych ofiar na portalach radkowych, wypisując, że jest drugim Dżejmsem Bondem, skacze na bungee (niestety nadal z linką), spadochronem, a przy okazji wiąże buty i pięć razy ziewnie. Nie wiem, jaka laska może polecieć na kolesia, który potraktuje ją jak przyrząd do wycierania butów, po czym następnego dnia będzie cmoktał, że jest miłością jego życia i tak w kółko, niemniej jednak angielskie panie z tego co wiem szybko traciły zainteresowanie. Może orientowały się, że takie życie jest do dupy, albo po prostu nie miały jak ciągnąć z niego kasy (fun fact: angielskie laski są wybitnie interesowne), bo mocium Pan przy okazji swoich wybuchów złości został też przeniesiony do jakiejś dupy świata, bo wszyscy mieli go dość.

W każdym razie życzę chuja koło dupy kolesiowi, który mówił, że traktuje mnie jak swoje dziecko i usiłował brać na łzawe historyjki, jak bardzo mnie lovcia (szkoda mi w takim razie jego dzieci….), a tymczasem doprowadził do sytuacji, w której uciekałam z domu byle jak najdalej, a kiedy zamachiwał się na mnie z łapami, to było mi już totalnie obojętne, czy rozwali mi łeb, poderżnie gardło czy może zrobi coś jeszcze innego. Niestety, osobowości narcystyczne nikomu nie mówią hejoo i nie ma się co łudzić, że kiedykolwiek będzie inaczej.
BTW- chuj koło dupy, bo Lord Flafi ma w posiadaniu dildo analne, którym się bawi, relacjonując takie upodobania nowo poznanym laskom (obczaj taką scenę: podchodzi do Ciebie Ktoś i mówi:”Siemankoo, jestem ktoś i mam dildo analne.Fajnie, nie?” N.I.E). Śmiało więc można powiedzieć, że to co innych cieszy, on ma po prostu w dupie i niech to będzie podsumowaniem krótkiego pobytu Flafiego w moim życiorysie.

 

Wiktor Lima Alfa Delta, idz kup marchewke

2 Jun

No to tak se wrocilam w styczniu, ze wracam teraz. Studia+pobudki o piatej rano i powroty do domu okolo 21+praca zatlukly moja chec do robienia czegokolwiek bardziej tworczego niz zurek z torebki niczym tego komara, ktoremu wszyscy klaskali podczas jego pierwszego lotu.
Dlugo rozkminialam, jak zaczac przedstawienie nowej postaci na scenie dramatu ciagnacego sie od niemal 23 lat, az w koncu dzisiaj przybylo natchnienie.
Dzizus, kurwa, co ja pierdole, jakie natchnienie, po prostu tak jakos wyszlo. Zreszta przybycie tej postaci tez „jakos wyszlo”.
Przedstawie Wam moi drodzy mego chlopa, co zem se go zaciagnela na warsztat. Jesli czyta to jakas singielka- nie martw sie, dla Ciebie tez jest jeszcze nadzieja, skoro taka rozwora jak ja kogos znalazla! I nie szukaj swego szczescia po rynsztokach, bo to sie konczy zabraniem kanapy, telewizora i polowy tubki pasty do zebow, co udowodnie w kolejnym poscie. Chlop jest narodowosci polskiej, a jak wiadomo wyczesanie takiego w UK trudne nie jest.

3b62ddbd0f7ae6e775faf58bb06d20b1

Przynajmniej juz nie jemy labedzi z parku. BTW- tak czy inaczej pomimo cebulanctwa i tak chichramy sie z tych, ktorzy zarabiaja 5 razy mniej w PL i wydaja 5 razy tyle, rachunek heheszkow wyrownany.

Za to wyczesanie takiego, ktory wozil swoje gesi w maluchu, bo sprawialo im to radosc i wesolo gegaly, juz tak.
Znalezienie takiego, ktory wybieral sie do Hongkongu po pijaku z grupa kolegow i zabukowal sobie na lotnisku bilet w jedna strone do podrobionego raju to jest swego rodzaju osiagniecie. Dla ciekawskich- lot sie nie odbyl, bo kompania z nadmiaru wrazen zasnela na lotnisku niczym menelownia z okolic Targowka.
Wydlubanie takiego, ktory wybral sie maluchem do Poznania, a skonczyl podroz trzy dni pozniej w Paryzu tez raczej damom nie wypada.
Wygrzebanie takiego, ktory na imprezke techno w swoim miescie przybyl w asyscie kolegow przebranych za grabarzy, a sam wytoczyl sie z trumny (ilu manieczkowcow bylo swiecie przekonanych, ze to kiepski trip po dopalaczach Bog jeden raczy wiedziec) to juz musiala byc moja dzialka, bo czyja by inna.
Odszukanie takiego, na ktorego 18-stych urodzinach bawilo sie 300 osob, a policjanci mysleli, ze to dozynki, tez nie bylo najlatwiejsze. Moje 21-ste urodziny ze straza miejska pukajaca do bram raczej wypadaja przy tym blado.
Moi mili, oto Kapitan Vlad w kilku zdaniach, i to tych bardziej cenzuralnych. Moze zachowam dla siebie, dlaczego Vlad doglebnie kocha matematyke (bo w tym kontekscie „cialo pedagogiczne” nabraloby nowego znaczenia) czy tez czemu identyfikuje sie z postacia Kornela z „Testosteronu”, wiec przejdzmy do meritum. Aha- Vlad, bo Wladyslaw, czyli chyba w sumie Vladimir (+100000000000000 do nabokovskiego fanatyzmu)

Capture

Vladimir Nabokov to lajkuje.

Po ostatniej wycieczce do Polski wrocilam 20 kwietnia 2014 (buuuu, ja chce do Warszawyyyy), a 21 kwietnia o szostej rano Joanna Maria K. Stoczyla mnie z wyra, oznajmiajac mi, ze dziecko naszego znajomego B. I jego przemilej dziewczyny E. spotka sie z Batmanem, czyli bedzie chrzczone. Szczesliwy tatus rozjebiuszyl swoj aparat, albo i ladowarke, chuj go tam wie, poniewaz B. Jest zdolny i wiem co mowie, bo znam go od 2008 roku, zas jego pseudonim „Hehe” wiele mowi o jego stosunku do zycia. Kto robil zdjecia? Ja.
W kosciele zaintrygowalo mnie to, ze na ekranie wyswietlano teksty piesni koscielnych, co kojarzylo mi sie z karaoke, a jak karaoke, to moja psiapsiola P., u ktorej rownanie alko+karaoke=striptiz i wycie „Bad Romance”, wiec wciaz ciezko zdziwiona faktem przybycia z PL do UK (powaznie, to mnie zawsze rozbija na elementy pierwsze-„Przeciez jeszcze kilka godzin temu bylam w swoim domu, o co tu kaman”) przypomnialam sobie ow fakt i podduszalam sie ze smiechu.

Po czesci z pingwinem nadeszla pora na to, co w chrzcinach i innych slowianskich obrzedach najwazniejsze, czyli chlansko i papu, kolejnosc dowolna. O papu zadbala mama B., ktorej sernik nawiasem mowiac wypierdala z kapci.
Zasiadlam z goscmi, a E. Pyta mnie, jak mi sie udala wizytacja na moich starych smieciach. Zgodnie z prawda powiedzialam, ze jeszcze 12 godzin temu walilam wino pod Mostem Swietokrzyskim, wiec uwazam, ze wizytacja udana w pracie. Goscie w smiech, a ja rejestruje smiecho-zgrzytniecie z prawej strony. Siedzialam przy A., ale kolo niej siedzial nie kto inny, tylko me przeznaczenie obok swojej owczesnej dupy, S. Z tym ze ja wtedy o tym nie wiedzialam, zatrybilam tylko, ze dwumetrowy men i dlugowlosy. Z rozkminem godnym Kubusia Puchatka, ktory im bardziej szukal, tym bardziej nie bylo, probowalam skojarzyc, skad znam to oblicze, skoro czlowieka pierwszy raz na oczy widze. Piaskownica? Wspolny pochlaj? Pamiec do twarzy przy ignoracji nazwisk to cienizna. Z nagla mnie olsnilo z wielkim JEB- brat E. W postaci zywej, wielokrotnie wspominany przez sama E. Jako „zjeb” albo”uciekinier z wiaderka aborcyjnego”.
Najpierw dzielilo nas krzeslo A., ale A. Skoczyla do klo, a my w nawijke. Ze wstydem przyznaje, ze chyba polecialam na telefon Kapitana Vlada i od osmiu miesiecy probuje sobie przypomniec, jaka to funkcje mi pokazywal, gdy wywiazala sie rozmowa na temat naszych tam-tamow; w kazdym razie kojarze, ze moj Samsung tego ni mo, a Sony Xperia ma. Przysunelam sie wtedy blizej i tak bicie piany trwalo ladnych pare godzin, z jakimis tam wtraceniami od S., ktora poczlapala do kibla, a my dalej w nawijce. Po przyjsciu z wuceta byla kwasna, wie mogla zjesc Snickersa, zeby poluzowac albo…oskarzyc mnie o odbijanie jej bojfrenda i uprawianiez nim szybkich numerkow przy wspolnym stole pelnym gosci(!), gdy byla zajeta laniem w banie.

Wybrala to drugie, o czym poinformowala mnie jakis czas pozniej, a ja zbieralam szczeke z podlogi z wrazenia. W koncu oni sobie poszli, a ja bankietowalam do 23, by w koncu Hehe ze swoim bratem zaciagneli mnie do domu, jak na niedobitek melanzowy przystalo.
S. uparcie twierdzila, ze jest zainteresowana fotografia, a jako ludzie XXI wieku pozapraszalismy sie nawzajem na swoje ryjorejestry, wiec jakos przy ktoryms moim zdjeciu wyplynal temat. Poniewaz moj Marek jest N.I.E.T.Y.K.A.L.N.Y, nawet nie proponuje, ze go komukolwiek pozycze, ani za kaucja, ani bez kaucji, ani gdy jestes papiezem Franciszkiem, ani gdybys byl Nergalem. Za to Joanna Maria K. Pozyczyla pannie S. Swojego rupiecia (heheszki, jej rupiec przynajmniej sam sobie czysci matryce, zas moj Marek wola mnie o to coraz glosniej) Panie poszly na browara, ja dolaczylam przypadkowo.

Tu slowo na niedziele- panna S. Miala rozum godzien fistaszka, 19 lat i pare innych atutow, ktorych z milosierdzia nie przytocze. No wiec jebla mnie na dzin dybry:
-A wieeesz, ja bylam zazdrosna o cieeeebie, bo myyyyslalam (H.I.H.I.H.A.H.A), ze podrywasz Vlaaada
O-em-dzi”-mysle sobie, patrze na Joanne Marie K. W stylu „siostro, kaftan bezpieczenstwa raz”, ona ja wysmiewa, pozycza jej s w o j e g o rupiecia w m o j e j torbie Canona. Nic to, przelykam motyw i zapowiadam sie, ze go odbiore wtedy a wtedy.
„Wtedy-a-wtedy”dziwnym trafem byl konkurs Eurowizji , na ktory Conchita Wurst polozyla chuj na tyle koncertowo, ze go wygrala. Jako ludzie mhroku i rocko-metalu toczylismy z Vladem beke z tego zacnego szol, co byc moze urazilo dume S. Albo nie mogla sie odnalezc w naszym zrytym humorze. Tym razem skonczylo sie na tym, ze gdy kierowalam sie ku wyjsciu, udalo mi sie powiedziec „Do zo S.,” szybko zamykanym drzwiom z fochem przytupnym. Vlad machnal na to reka, ja wyszlam.
Gowniana burza za 3…2…1…Teraz pewnie 99% czytaczy mysli sobie, ze zeby mi na plecach wyrosly i ostatecznie zabawilam sie w odbijanego, ale musze niektorych rozczarowac-nei. Caly czas konwersowalismy jak znajomi, z tym ze S. Byla demokratyczna w swojej schizie, bo kolegow Vlada tez oskarzala o to, ze go posuwaja za jej plecami (???!!!). A. Zreszta tez byla jego rzekoma kochanica. Nie zdziwilabym sie, gdyby w opinii S. Nawet jego siostra byla na linii strzalu, przy czym uparcie zawracala mi dupe na privie, ze przeciez on ja kocha, a najbardziej wtedy, kiedy sie rozstali. No i rzecz jasna ma nadzieje, ze nic do niej nie mam, ale tak poza tym zyczy mi, zebym przejechala sie na tej znajomosci jak najszybciej. W sumie standard, czyli jak jest komus dobrze, to niech bedzie chujowo, bo jak jest chujowo, to jest dobrze.

ludzie-ja-pierdole-en-ffffff

Aleksander tez nie ogarnia, skad sie biora takie fraglesy.

A prawda jest taka, ze to ona wystawila go do wiatru. Moglabym tu napisac, ze hipokryzja, grzmiec o kurestwie, wykrzykiwac, ze morale, ze standardy, ze kregoslup moralny, ze plamy na Ksiezycu, ale litosciwie stwierdzam, ze to bardzo mile z jej strony, ze uwolnila go od siebie- w koncu jej strata moim zyskiem (*smiech zloczyncy*).
Minal jakis czas, rzucilam jakies haslo o spotkaniu w szerszym gronie, nadmieniajac, ze wiem, iz towarzystwo S. Jest raczej na cenzurowanym.
Skonczylo sie to tym, ze historycznego dnia 29 wrzesnia, po wymianie lawiny wiadomosci i wymianie telefonow przybylam do Vlada na przyslowiowa flaszke. Poniewaz nie nastawialam sie na zadne podrywanka i inne tego rodzaju dziwactwa, mialam pewne waty, czy pakowanie sie na kwadrat do faceta jest aby dobrym pomyslem, wiec z sobie znanego powodu przywdzialam na pletwy moje buty na grubym obcasie- a nuz w celu skuteczniejszej wyplaty kopa.
Tu wypada wspomniec, ze „u Vlada” oznaczalo pokoj, w korym mieszkal po wyprowadzce od S. W domu partnera jego mamy, rodowitego Angola, wlasciciela starego Mustanga i poteznej kolekcji whiskaczy*. Niestety, nie zrobilam na tesciu dobrego pierwszego wrazenia, poniewaz po znieczuleniu sie polowka Finlandii dosyc ekspresyjnie ocenilam zdolnosci intelektualnie Angoli jako ogolu, bazujac na przykladzie Flafiego. Posiedzenie bylo mile, choc milion telefonow z domu i wizja Flafiego przeczesujacego kazdy milimetr hrabstwa Dorset w poszukiwaniu dosyc najebanej mnie nieco burzyl ten radosny obrazek. Z tego co kojarze-ironicznie- na pelnej najebce oznajmilam Vladowi, ze jak chce sie nastawiac na podryw, to nie, bo zadnych zwiazkow ani ograniczen. W zamian uslyszalam to samo, wiec uznalismy, ze jestesmy kwita. Rycersko odholowal mnie na autobus, co zajelo nam dobre cztery godziny, a ja na paluszkach skradalam sie do pokoju, choc performance Flafiego w roli Kojaka napawal mnie pociesznym zacieszem (a im ciszej na najebce musicie wracac do domu, tym glosniej sie smiejecie, taka dziwna prawidlowosc).
Nastepnego dnia nie tylko nie chcialam byc w zwiazku z Vladem, ale nie chcialam miec z nim nic wspolnego- doswiadczenie to nauczylo mnie jednakze, ze kac-morderca zdarza mi sie raz na dwa lata (2012,2014), wiec jest skurwysyn przestepny. Z osiagniec tego dnia kojarze, ze pojechalam na uniwersytet na zajecia, ktorych nie bylo. Opiekunka mojego roku na moj widok chyba wiedziala, o co cho, choc staralam sie doprowadzic do ludzi. Najzabawniejsze mialo jednak nadejsc w domu.

6607874-hipsterski

Czo ja tak z to lewico, chyba mi sie Ogorkiem odbijaA tak poza tym to sie Lesiu nie wydurniaj, bo nie poprawiales Finlandii samogonem.

Flafi.
Flafi, ktory weszyl, gdzie popadlo.
FLAFI KURWA JEGO MAC.
Niestety zakumal, ze przybycie ze spacerku o trzeciej nad ranem w stanie totalnej dewastacji to nie jest zwyczajna sprawa, nawet w polskim wykonaniu. Zadal wyjasnien, na co zaswitalo mi, ze w swoich paranojach posuwa sie za daleko. Czemu mialam sie tlumaczyc obcemu facetowi? Bo sie martwil? Taaa, martwilo go, ze zniknelam i wrocilam, a nie martwilo go to, ze wbija mnie i Joanne Marie K. W glebe dzien w dzien.
Bo facet starszy od ciebie, Moni-ish-siu.(Tak! Widocznie cierpie na nekrofilie.) Bo wciagnie cie w seks, alkohol i narkotyki. (ohoho, zeby chociaz) Bo facet mojej corki tez byl starszy i ja wciagnal. Tu jeblam-laska miala 16 lat i spetala sie z dilerem dragow, gdyz malo przewidywalnie miala dosyc tatusia. Ja mialam 22 i wg Flafiego widocznie nie wiedzialam, ze istnieje na swiecie molestowanie, gwalty i caly ten przemocowy syf, wiec jakby mi cos we Vladzie nie pasowalo, to i tak bym u niego siedziala, zamiast go zatrzaskac. Pewnie po to, zeby go nie robic upset, hlehle.
Flafi na poparcie swoich argumentow wygrzebal z szafki kuchenny noz i wymachujac mi nim przed oczami po ciezkiej dyskusji oznajmil, ze jesli Vlad bedzie chcial mnie skrzywdzic, to urwie mu jaja. Czemu jaja Vlada pomylily mu sie z moimi oczami, tego nie wiem, w kazdym razie sytuacja w zasadzie z dupy. Ale to jest temat do rozwiniecia, w kazdym razie nie bylam w stanie go przekonac, ze sie z Vladem koleguje. Nie i chuj, on dybie na mnie jak jakis Nosferatu, a on, doswiadczony zyciowo jasnie lord Flafi, wie lepiej i juz.
Mialam dosyc. On wiedzial lepiej, ja zreszta tez, wiec zrobilam to, co uznalam za wlasciwie i prawidlowe, czyli mialam jego zlote porady Kim Ir Sena w glebokim powazaniu. Tak oto po wyjsciu z pracy (Vlad mieszkal niedaleko mojej oazy zatrudnienia) przyczlapywalam do Vlada (po re-akceptacji A. I mamy Vlada. Nawiasem mowiac moja premierowa wizyta u Vlada obrosla legenda, gdyz poufne zrodla z pracy Joanny Marii K. Doniosly jej-nijak nie swiadkujac domniemanemu wydarzeniu- ze wyzlopalam wszystke alkohole A. Szkoda tylko, ze szanowne zrodlo nie wie, ze nie lubie whisky,a sama jedna nie podolalabym armii flaszek odpowiadalacej kadzi alko) przez jakies 2 miesiace. Albo udawalam, ze cwaluje do kolezanki, zeby pomoc jej wypelniac dokumenty. Schiza? Schiza.
Czy mielismy sie ku sobie? Pewnie tak, ale jak przystalo na prostackie cwoki raczej nie zdawalismy sobie z tego sprawy. Z pewna doza zazenowania dostrzegam w tym pewien czynnik romantyczny do porzygu- na przekor przeciwnosciom losu, niemal w ukryciu i ukradkiem spotykalismy sie ze soba. Jesli nie po pracy, to-uwaga- na przystanku autobusowym- ja czekalam na busa z Edynburga, pycacego na moj uniwerek, a Vlad lapal autobus do pracy. Zeby Was totalnie zaslodzic, to powiem, ze przynosilam na przystanek Dumle, kupione w Southampton w polskim sklepie, bo w naszych okolicach Dumli nie majo, a Vlad lubi- przynajmniej pol kilo, zeby i jego kolesie z pracy zaznali slodyczy.
Ktoregos razu A. Zaprosil nas do wspolnego stolu i przy wieczerzy zdeczko sie znieczulil. Postanowil przyprzec mnie do muru i wypytywal, czemu nie chce byc z Vladem, ze przeciez on widzi, jak go czochram, ze nie jarzy, o czym mowimy, ale widzi co widzi itepe. Reszta to juz rozmemlane “M jak Milosc”, czyli typowe rozkminy +/-.
W koncu bylo tak, ze Joanna Maria K. I Flafi pojechali na urlop. Majac w pamieci, ze Flafi wywrzaskiwal mi, ze Vlad ma bana na wizytacje, ledwo sie za lordostwem zamknely drzwi, a ja za telefon i tak oto robilismy sobie kolacyjki z noclegami (wierzcie mi lub nie, ale bylam swiecie przekonana, ze Flafi zalozyl monitoring i alarmy przeciw-Vladowe, gotowe pizgac na widok Vlada, poki Flafi nie wyloni sie z fal i nie przebije go trojzebem), a mama Vlada skwitowala to krotko-„To w takim razie do zobaczenia za 10 dni, synu”. Przy tej okazji ocknela sie tez S. I nekala Vlada telefonami, wiec ja jebie, co za wenezuelski szajs dla kucht.
W miedzyczasie doszlo do spotkania obu panow i nagle okazalo sie, ze Flafi moze i chce urywac jaja, ale najlepiej na odleglosc. Spasowal tez przy naszych smichach-chichach i nastawial wtedy coraz glosniej muzyke, zeby udawac, ze nas nie slyszy. Biedaczek czul sie napastowany nasza dzialalnoscia na tyle, ze az sie szybciej wyprowadzil.
Z dziwactw- Vlad umie wybierac kiecki, jest fanem wszystkiego, co lata i jest z metalu (a ja mam lek wysokosci, wiec powodzenia sobie zycze przy wspolnej podrozy samolotem), ma symulator lotow, a tytulowy „Wiktor Lima Alfa Delta” to nic innego jak Vlad zglaszajacy sie wiezy lotow. Symuluje tez jazde TIRem po Europie i swoja farme, ktora obsiewa kukurydza. Odgraza mi sie, ze kiedys kupi sobie Mitsubishi Lancera Evo i na tym polu i owszem, wyklocamy sie, bo jako zaciekla Subarumaniaczka mowie takiej zniewadze bardzo NIE.

Pewne detale zostawie dla siebie, aczkolwiek stwierdzam, ze we dwoje lepiej. No chyba ze nie umyje patelni, to wtedy wkurw.
Vlad jest z Wielkopolski, a ja jak wiadomo chlubie sie warszawskim rodowodem, wiec bywalo, ze nie bylismy w stanie sie porozumiec. I tak oto kiedy domagal sie pieciu skipek, nie mialam bladego pojecia, ze chodzi o kanapki/kromki. Kiedy brzdakal o bulce chleba, przed oczami stawala mi jednostka a’la SWAT zlozona z prof. Bralczyka i prof. Miodka. Kiedy stwierdzal, ze widzial kogos na waleta, pytalam jak to mozliwe, skoro na waleta mozna sie wprosic komus na krzywy ryj. Tu konfuzja, bo „na waleta” jest tez nago. O ile bylam osluchana z gwara pomorska,w ktorej slowo „wtedy” zastepuje ½ slow wystepujacych w zdaniu, tak Vlad swiruje z „aby”, wiec tez musialam sie osluchac, zeby zrozumiec 20 roznych znaczen spojnika „aby”. O zwracaniu sie do kogos w liczbie mnogiej rodem z PGRu nie wspomne. Doprowadzal mnie na skraj rozpaczy slowem „cipke”, oznaczajacym…”troche” (np. cipke za daleko), bo ile calkiem swobodnie sypie kurwami, chujami i stosami jebniec z towarzyszeniem kilku pierdolniec, to owo podle slowo na C nie jest w stanie wyjsc mi z gardla.
A i tak nie moge pojac, jak do kurwy ciezkiej nedzy mozna mowic TEN ODMIAN, zamiast TA ODMIANA. Przekracza to moje zdolnosci percepcyjne.

PS.Vlad jest tez wlascicielem wirtualnej linii samolotow.

Pieniadze z tego procederu tez sa wirtualne.

6324553-520-313

Bujanie w oblokach na poziomie “niech cie chuj”.

*A. jest rowniez fanem hardcore techno. Kiedys nocowalam u Vlada, a towarzystwo A. wpadlo na wspolne posiedzenie ludyczne. Obudzilam sie o piatej rano-oni w melanzu. Godzina dziewiata rano-melo trwa. O jedenastej przed poludniem posiedzenie dopiero dogorywalo. Srednia wieku melanzownikow- 45+. Poczulam sie jak mastodont.