Archive | Prasowka, telewizyja, grafika i figowka RSS feed for this section

Jeśli…

9 Mar

jeśli miałeś/miałaś chujowy dzień, w pracy wkurwili debile, małżonek rozrzucił skarpety po chacie albo małżonka przeputała cały szelest na DVD z Ewą Chodakowską i buty z Chin, dzieciary nie odrobiły lekcji po raz dwudziesty w tym miesiącu i mają wyjebson, pomyśl, że jednak mimo wszystko nie jesteś Polską, która głosuje przeciwko Polsce, motywując to tym, że w przeciwnym razie nie będziesz mógł reprezentować Polski.

Oglądam właśnie wiadomości w Polsat News na przemian z TVN oraz TVP i jakoś tak oczom nie dowierzam.

Advertisements

Slucham Cie, kablu

20 Feb

Kajam sie, bije w piers i posypuje glowe popiolem z najtanszych szlugow. Ostatnio nie ma mnie nie tylko dlatego, ze glupota co niektorych mnie zabija, mam wyjebane, bo zalewaja mnie deszcze (i tak jestem fartowniejsza od pajacow, ktorzy kupili sobie posesje tuz kolo morza i im w pizdu je zalalo. Wsrod takich szczesliwcow jest ponoc m.in. Madonna), wiec wole marynowac sie pod kocykiem z ksiazka i herbata, a poza tym ze wzgledu na zabijajce sztormy moje internety sa kaprysne i musze je lapac w indianskiego lapacza snow albo siate z Biedry. Niedawno odkrylismy tez, ze internety uciekaja po wlaczeniu TV, wiec padla decyzja- wzywac szamana z VirginMedia!

Szaman przybyl; akurat tak sie nieszczesliwie zlozylo, ze to ja musialam go przyjmowac. Do tej pory marnie sie pocieszam, ze przynajmniej nie byl ksiedzem po koledzie (ani tym bardziej przed koleda).

Dzieki niemu dowiedzialam sie, ze transfer danych, potrzebnych do tworzenia internetow w kompie, mierzymy w-uwaga, to wazne, by zrozumiec, czemu nikt nie rozumie Angoli poza nimi samymi-DECYBELACH.

zaiste-zaisty-pomysl-milordzie-pl-ffffff

Ta informacja odmienila me zycie.

O czym szumia Internety, powinien niegdys napisac Goethe, zamiast zajmowac sie jakimis olchami i Werterami.

Do naprawy Internetow powinno sie wolac Szopena albo stroiciela fortepianow.

To jest kara za macenie mi we lbie, bo jak bylam mala i spytalam Joanny Marii K., skad sie biora pieniadze w bankomacie, to zaczela mi truc o malym Chinczyku, ktory siedzi w srodku i wydaje pinindze (niektorzy nawet twierdzili, ze nadal w to wierze. A nieprawda, bo po epizodzie z Podstawami Przedsiebiorczosci zwatpilam w ta teorie, natomiast nadal nie mam jakiejs nowej w tej sprawie). W takim razie na naszym kablu siedzi maly Chinczyk i gra, chociaz podobno Japonczycy fascynuja sie Szopenem, ale Chinczycy pewnie wytocza kontrabande w postaci oryginalnej kopii jakiegos zachodniego muzykanta.

Poza tym wymyslilam nowa teze naukowa, ktora wywroci swiat psychologii i socjologii do gory nogami. Bazujac na moich ostatnich doswiadczeniach z krecenia klipu muzycznego (jakos z tego wybrnelismy, bo Benny’emu jednak udalo sie zebrac w sobie i we wtorek zmontowal klipa), wymyslilam, ze poprawnosc polityczna odbiera moc w jajach.

Za agresje odpowiada testosteron, taaa? Agresja to wkurw miedzy innymi. Poprawnosc polityczna nakazuje jednak, by sie nie wkurwiac, a jak ktos odwali jakis kaszan, to trzeba mu wsadzac palec w dupe i dopytywac, czy jest ol rajt mejt. Wkurwa nie ma, wiec i dochodzi do zaburzenia, czyli duszenia testosteronu w sobie.  Wkrotce poprawnosc polityczna bierze gore i nawet odruch wkurwa zostaje zlikwidowany w rzeczonym osobniku, a wiec i testosteron rozbija sie gdzies po kosciach. Czym to grozi to nie musze chyba wyjasniac- wyeunuszeniem po prostu, na dodatek wlasna reka.

Panowie!Pierzcie sie po ryjach, wyrywajcie sztafety z plotow, scigajcie sie swoimi mydelniczkami spod swiatel, pachnijcie (?) benzyna i czerwonym Marlboro, co ja tam mialam jeszcze dopisac…

…Nie no, dobra, moze bez przesady z ta meskoscio, nie musicie sie az tak rozkrecac, naprawde.

U mnie niektore rzeczy zaczely sie prostowac, na przyklad sprawa praktyk (inne nadal sie krzywia, w ramach rownowagi w przyrodzie). Po tym, gdy milosciwie nam panujacy redaktor naczelny raczyl mi odpisac na moje molestancje, znow raczyl byl zamilknac na wieki. Akurat bawilam w okolicach swojego kampusu, wiec pomyslalam, ze zrobie mu niespodziewanke i zrzuce mu bombe na leb.

Zrzutu zaniechalam, gdy ujrzalam rednacza, (OMG, jak po raz pierwszy przeczytalam to slowo, to myslalam, ze chodzi o jakies plemie indianskie :0), az mi sie go szkoda zrobilo, taki nerd z niego. Zamiast tego trulam mu z godzine, czego od niego chce, co on moze chciec ode mnie, a na moje szczescie ostatnio robilismy e-magazyn i jego kawalki wisialy u mnie na fonie, wiec mialam sie czym podeprzec swoja argumentacje. Kolo cos bredzil, ze nie odpisywal mi od miesiaca, bo zamykanie numeru, bo nowe drogi komunikacji miedzy czlonkami zespolu (nazywanie kolegow z pracy “czlonkami” niejako automatycznie okresla twoj stosunek do nich, nie?), o ktorych raczej nic nie wiedzialam, ale chwilowo zmilcze, bo znowu sie okaze, ze jestem chamska i konfliktowa. No i dupe zawracam.

Przynajmniej sprawa sie wyjasnila przed mom wielkanocnym wyjazdem do miasta W., ktory zamierzalam poswiecic na fotoreporterke smolenska i wpierdalanie sajgonek (apeluje do szanownego kolegi Mufina, by zaplacil mi za logo kurczakami z KFC/ ewentualnie moge zamienic ta walute na pizze Jalapeno z Telepizzy. Polecenie wykonac, szeregowy), raczej nie majac intencji krecenia sie wokol szkolnych spraw.

Zwlaszcza, ze jeden z biznesow, ktoremu zamierzam sie poswiecic jest zwiazany z pewnym jegomosciem, ktory wpadl mi w rece w Walentynki (oprocz przeslodkiego, pluszowego homara o imieniu Larry) Jegomosc nazywa sie Marek, a jak wam go pokaze, to na pewno nikogo nie zdziwi, czemu tak mi przypadl do gustu, choc jest drugi w kolejce do sukcesji tronu i jest juz dosyc dojrzaly.

P.S

Jesli istnieje raj, to pewnie wyglada tak (choc watpie, by Dzizus& Company zgadzali sie na lokowanie czarnego PRu swojej firmy na wlasnej dzielni) Fota z fona, w koncu jestem blogerko.

IMG_20140215_221341

Drzyj sie za wlasne flaki, niespelniony artysto!

8 Dec

Kiedy pytaja mnie, od czego zaczal sie moj genialny pomysl na design, jakies graficzne ubawy i jak to sie stalo, ze studiuje, co studiuje, raczej nie wdaje sie w cala historie zycia, predzej pomrukuje sobie cos o multi- i interaktywnosci wspolczesnych mediow, albo po prostu mowie klientowi, by szedl po flaszke i nie marudzil.

Bedac w Warszawie wygrzebalam jednak swoj p i e r w s z y mega dziwaczny projekt, a jak go sobie przypomnialam, to jebnelam na ziemie z rownoczesnym westchnieciem “o kurwa”.

Ale na przelomie roku 2007/2008 myslalam, ze jestem w chuj zajebista i nawet nie wpadlo mi do glowy, ile moja gimbaza zaoszczedzila kasiory, kazac mi latac i robic fotki do kroniki, zamiast zatrudniac w tym celu kogos nieco bardziej ogarnietego. Ale z drugiej strony bylam w klasie dziennikarskiej i kto wie, moze moje rozne pomysly potoczylyby sie inaczej, gdyby nie to, ze moj polonista jak cos chcial, to doskonale wiedzial, jak to mi wyszarpac z gardla. Tak wiec najpierw zaczynal od rozsnucia sieci pochlebstw nad glowa zakompleksionej M. (“Twoje ostatnie wypracowanie bylo cudowne, Monisiu, lekkosc piora, potoczysty jezyk, tra la la la”), by potem przejsc do konkretu. (“Jak dobrze wiesz, droga Malgosiu, jako klasa dziennikarska tworzymy kronike szkoly i dlatego prosze cie bardzo abys…”. Tak, mowil do mnie na przemian Monisiu/Malgosiu/ Madziu, na dodatek w ciagu jednej konwersacji potrafil wymienic cala mnogosc mych imion, wiec ilekroc ktos mnie sie pytal, jak sie nazywam, odpowiadalam zwyczajowo :”Niewazne jak, wazne, ze zaczyna sie na M.” Byc moze Bogus dal nieswiadomie poczatek M.M)

Mialysmy wtedy z kolezanka z klasy (dzieki ktorej zrobilam tez pierwsze pozowane zdjecia; teraz K. jest modelka, tanczy w Teatrze Buffo, a ja, no coz, wiadomo 😀 ) pierwszoklasny polew z dwoch panien, ktore sluchaly tzw. elektro (czyt. napierdalanie mlotem pneumatycznym w plastikowe krzeslo z uporem, z jakim Ewa Chodakowska przekonuje lachony, ze wpierdalanie czekolady unieszczesliwia. DOBRE SOBIE.), a glownie ze wzgledu na to, ze wozily sie po calej szkole w orszaku zlozonym z innych dwoch panien, z ktorych co jedna to byla lepsza, np. znalam jedna z nich i miala IQ raczej anemiczne. Uwazaly tez, ze ich ulubiona muzola niesie prawdy objawione, chociaz nie potrafie ogarnac jakie.

Za to zupelnie zauroczyl mnie ich sposob ubierania sie, bo zdecydowanie wyroznialy sie na tle calej reszty, ich outfity krzyczaly z oddali kolorami. I to mi sie spodobalo, szczegolnie w otoczeniu gornomokotowskich blokowisk z wielkiej plyty w listopadzie’07. Caly czas siedzialo mi to w glowie, az w koncu pewnego dnia…

Wstyd przyznac, ale wtedy wydawalo mi sie, ze jestem alfa i omega konceptu i gdyby swiat byl w takich kolorach, to bylabym mega szczesliwa. Teraz mysle, ze to byl dobry punkt wyjsciowy do czegos wiekszego, ale jeszcze nie wiem, do czego, moze do jakiejs e-publikacji o Warszawie z jej nieznanej strony? Nie mowie nie.

Jesli chodzi o wyzwania, to chyba niechcacy Benny rzucil mi rekawice, bo w piatek rzucil haslem, ze jego znajomi biora slub i potrzebuje drugiego foto do pomocy. Zeby bylo smieszniej, dzien wczesniej obiecywalam sobie, ze chocby sie walilo i palilo, to nie dam sie wciagnac w taka szopke w wykonie Joanny Marii K. i Flafiego (gdyz poniewaz udalo im sie zareczyc w Egipcie, a ja czekam z otwartymi ramionami na serie pytan w wykonie durnych znajomych bab pt.” A u ciebie Monisia JAK ZWYKLE NIC? Oh. Hihihaha.”), bo po pierwsze nie mam flesza, po drugie moja optyka jest za ciemna na zmierzenie sie z kontrastem garniturka i-Elo Hi, miej mnie Jahwe w opiece-sukni slubnej. No i do tego mam srednie wyczucie tematu, przy “gorzko” bezstresowo poszlabym do barku, bo wtedy nikogo nie byloby przy wodopoju i nie byloby kolejki do drina.

Poza tym wszystkie sluby kojarza mi sie z bialymi purchawami i ta piesnia:

No ale co zrobic, dzienniczek praktyk sam sie nie zrobi. Kto wie, moze jak sie na to zalapie, to otworze w swoim zyciu nowy rozdzial, fanpejdz na fejsie M.M Wedding Photography i bede trzepac kasiore tytulem sezonowej chaltury dla przyszlych kucht domowych i impotentow. Podobno ostatnio sa trendi sesje z nocy poslubnej; to moglby byc hardcore, jakby jasnie para zazyczyla sobie czegos w guscie Arakiego-> do ogarniecia po zalozeniu googli na oczy, niestety, nie ma to nic wspolnego z trzymaniem sie za raczke. Ale z drugiej strony jakos dziwnie zatrzymuje widza przy sobie, kaze sobie zadac pytanie, czym tak naprawde jest bycie czlowiekiem i czym jest perwersja.

P.S. Youtube reklamuje mi przed oczami strone dla zydowskich singli. Nawet moj gupi komp sie na mnie poznal. Teraz to juz na pewno nie znajde przyzwoitego, katolickiego chlopca, by zawrzec z nim piekne malzenstwo w Bogu (raz mnie wiosna zaczepila jedna neofitka i sprzedala mi taki tekst), coz za podle zycie!

Jesli nie podszedles wystarczajaco blisko to znaczy, ze jeszcze zyjesz

17 Nov

Historia, ktora kryje sie za kupnem tej ksiazki wydaje mi sie zabawna, a siega Walentynek 2012 roku. Jak na szczesliwego singla przystalo, sama sobie kupuje prezenty walentynkowe, wiec i tym razem poszukiwalam jakiegos artefaktu. Ciuchy? Eee, nie. Perfumy? Dziekuje, kupie w UK. Kosmetyki? Nein. Ksiazka? Prosze bardzo.

Szlajajac sie wzdluz Nowego Swiatu wpadlam do Matrasu i tradycyjnie przepadlam wsrod ksiazek. Zlapalam za „Podrecznik projektowania graficznego” (w chujze romantyczna lektura), po czym odlozylam go na chwile na polke, by polukac za czyms wiecej. I to byl moj blad, gdyz mimo mojej ostroznosci zobaczylam, jak na zwolnionym tempie ksiazka zwala sie na druga, ta na inna, by potem w tym szalenczym domino kolejna spadla na album z obrazami Rembrandta, ciagnac za soba reszte. Co tu duzo gadac-Rembrandt po tym dzezie mial na sobie dwie wampirze dziury i raczej nie nadawal sie do sprzedazy. Zaczerpnelam dechu, bo byl to Rembrandt wielkosci zacnej i cegla ta kosztowala 1,5 tauzena (nie zmuszajcie mnie do skomentowania tego, prosze). Za chwile zjawil sie pracownik tej ksiegarni, ktory na moje oko byl w moim wieku. Zaoferowalam sie, ze pomoge mu ogarnac ten bajzel i po wielokroc przeprosilam, na co stwierdzil, ze nie trzeba. OK; przy okazji w ramach niejakiej rekompensaty wzielam w koncu romantyczny i zmyslowy „Podrecznik…”.

A wtedy do akcji wkroczyl szef instytucji krzewiacej kulture pisana, z wygladu i zachowania niestety warzywo pastewno-korzenne, czyli burak. Zaczal wymachiwac mi lapami przed oczami, drzec ryja i ogolnie spowodowal, ze sie zjezylam, stojac juz przy kasie i placac za swoj nowy nabytek. Przy czym jego lojalny pracownisio przybiegl do niego i oznajmil mu, ze „ta pani nie byla nawet laskawa przeprosic!”. Tu juz kurwica mnie ogarnela, a ze w ksiegarniach nie mam zwyczaju wkrecac sie w napierdalanki- no chyba ze to Empik albo inny fast-food czytelniczy- to wbilam caly moj wkurwiczny wzrok w obydwu chujoglowych, po czym syknelam:

-Panie, idz pan sobie ukladac te ksiazki tak, zeby przynajmniej nikt sie o nie nie zabil nastepnym razem. I ladnie sie tu obchodzi z klientami, do widzenia- a te dwa ostatnie slowa podkreslilam partykula w postaci porzadnego pierdolniecia drwiami.

Od tamtej pory konsekwentnie omijalam ta ksiegarnie, az do wrzesnia 2013, kiedy robilismy z P.sesje zdjeciowa pt. „Jeste hipstere”, ktora nie mogla sie obyc bez wizyty w Starbuniu, a jej wspolczynnik hipsterskosci podkrecila lokalizacja. P. Uparla sie, zebysmy wpadly do Matrasa, ja natomiast dalej rznelam focha, ale jakos dalam sie wciagnac. Teraz musze pamietac, zeby za to pocalowac P. W czolko przy najblizszej okazji.

No coz, w rozmieszczeniu ksiazek dalej nic sie nie zmienilo, wiec wciagnelam powietrze i wywalajac oczy jak karp koi mialam nadzieje, ze nie dokonam nastepnego epickiego rozpierdolu. Az tu mym oczom ukazal sie wieeelki kosz z ksiazkami na wyprzy. I na samiusienkim szczycie, 15 cm od mojej rasi ksiazka, ktora stala jak byk trzy lata z rzedu na mojej muszmieciowej liscie. Wzdychalam, myslalam, kombinowalam, ale te 9,90 PLN i pozycja, w jakiej knizka sobie zlegiwala, wskazywaly na jedno- ta wystepna pani bardzo chciala isc ze mna do domu. Zabralam ja, a do towarzystwa dorzucilam jej hologramowa zakladke z pawiem, bylam tez obsluzona przez bardzo mila pania, wiec wspolczuje jej, jesli tamten buraczan nadal jest kierownikiem przybytku.

Ksiazka zwie sie „Czekajac na Roberta Cape” i jest fabularyzowana jakby-biografia najslynniejszej pary w biznesie fotograficznym, czyli Andre Friedmanna i Gerdy Pohorylle, znanych szerzej jako Robert Capa i Gerda Taro. Ktoregos pieknego dnia przeczytalam o nich artykul w bodajze „Przekroju”, bo tam byla kolumna na ostatniej stronie prezentujaca wybrana foto-ikone. Najbardziej zastanowilo mi to, ze owym tekscie bylo napisane, ze calymi dniami nie wychodzili z lozka, moze nie tyle z pobudek erotycznych, co raczej ekonomicznych.

Historyja ogolnie ksztaltuje sie w ten sposob- jest ona, polska Zydowka, ktora uciekla przez Niemcy do Francji i tam chce zaczac nowe zycie, przy czym nadal wzdycha do obrazu, a raczej do fotki swojego narzeczonego. Wlasciwie wiadomo, ze sprawa pojdzie sie ganiac, bo oto na scene wkracza juz znany, chociaz artystycznie golodupczy Friedmann. Tez Zyd, ale dla odmiany wegierski- dodam do tego, ze firme Kodak zalozyl niejaki Eastmann, dlatego w pelni sie zgadzam z tym, ze Zydzi rzadza swiatem i tak ma kurwa byc i juz. Za Talmudem panny sznurem.

Ich drogi krzyzuja sie przypadkiem, bo jak to w Paryzu bywalo, w cieniu rewolucji ustrojowych wszelkie nedze artystyczne spedzaly wspolnie czas po knajpach, wiec przez przyslowiowych wspolnych znajomych poznaja sie. Pozniej rzecz sie rozwija; ona wymysla mu nowa tozsamosc i na potrzeby wszelakich redakcji wymyslaja Roberta Cape, fotoreportera, ktory strzela z migawki na wojnach, a przy tym prowadzi zycie na full. Friedmann powoli staje sie Capa, a u jego boku wyrasta nie tyle konkurencja, co dopelniajaca go w jego nowym alter ego polowka. Zycie sie kreci, mylosc kwitnie, ale co ciekawsze caly czas mialam wrazenie, ze czytam o dwoch osobach, ktore sa w swoich swiatach, po to, zeby sie zetknac na chwile-krotsza lub dluzsza-i wrocic do nich z powrotem. Trudno powiedziec, czy dochodzilo tu do jakiejs rywalizacji zawodowej, bo byly to dwa rozne podejscia do fotografii, ale tez gdzies w polowie sie zazebiajace.

Oczarowalo mnie to, ze akcja jest prawdziwa, doslownie i w przenosni, ksiazka dobrze oddaje zycie poswiecone temu nieuchwytnemu czemus, za czym sie gania, niewazne za jaka cene, by potem okazalo sie, ze po zdobyciu nieuchwytnego jest sie postawionym pod sciana, bo przed toba nie ma juz nic. W przypadku Capy mialo to byc zdjecie „Padajacy zolnierz”- obojetne, czy pozowane, czy nie( choc teorii na ten temat wiele, no ale z drugiej strony Analtonio Maciarewicz tez ma mnostwo teorii), napedzilo mu kariere, a przy tym dobrze wiedzial, ze nic chocby odrobine podobnego juz mu sie nie trafi, wiec moze ten pierwotny entuzjazm ustapil miejsca sposobowi na zycie, bo juz innego sobie nie wyobrazal. Zycie w biegu, w emocjach, w adrenalinie, bez zbednego przywiazywania sie do czegokolwiek. Ktos moze powiedziec- do dupy z takim zyciem, jesli za chwile mozesz umrzec, pojebawszy? A wlasniez nie- bo niby kiedy indziej jest sie blizej zycia niz w sytuacji jego zagrozenia?

Przyzwyczajonych do potoczystego (czyt. nudnego do wyrzygu) stajla Sienkiewicza musze przestrzec, gdyz Fortes napisala ksiazke jezykiem krotkim, szybkim niczym migawka w Canonie 1Ds mark IV, tak jakby chciala przekazac za posrednictwem slow nie tylko to co j e s t na zdjeciu, ale j a k i e ono jest, jakby ogladala caly plik zdjec z ludzmi i sytuacjami, o ktorych pisze-od ugotowania papugi Gerdy w ramach antysemickich protestow sasiadow po moment rozstania sie Capy i Taro, oraz cale tlo polityczno-historyczne tamtego okresu. (po czjem do sie zawrocili, czyli cierpieli na niezdecydowanie.) Ostrzegam tez wrazliwych dziewicow praworzadnych, ze w ksiazce sa tzw.momenty- chyba nawet kurwa lepsze niz w 50 Ryjach Greya. W razie co miejcie pod raczka Pisma Zebrane Red.Terlikowskiego i Szymona Holowni.

Ktos, kogo fotografia interesuje bardziej jako obrazek do zalajkowania niz sposob na zycie moze byc z lekka poruszony i uwazac, ze to grafomania, tak gloryfikowac nakurwianie fotek na automacie. Kiedys tez tak myslalam, az do 2005 roku i teraz jestem w opozycji, ale nie zna zycia ten, ktoremu pewnego pieknego dnia nie otworzyly sie oczy i nie zobaczyl 10 razy wiecej rzeczy dookola niz zwykle. Jak sie tego nijak nie czuje, to sie potem pierdoli, ze to jest niepowazne, niepotrzebne i ogolnie rzecz biorac dziwaczne.

Capie udalo sie przezyc piec wojen, w tym wojne domowa w Hiszpanii, ktorej niestety nie przezyla Gerda. W zwiazku z tym zakonczenie jest bardzo poruszajace, moze nie bede do konca go zdradzac, ale powiem, ze Bob Capa przezyl ja o 17 lat i tulal sie po swiecie chyba jeszcze intensywniej niz wczesniej, jeszcze bardziej nie majac juz niz do stracenia.

Nawiasem mowiac to Taro zmarla w wieku 27 lat, a my tu sie uzalamy nad jakims Klubem 27, zlozonym z przecpanych na smierc muzykow ery progresu, grundge i ostatnio nawet para-jazzu. Za to nie wspomina sie za czesto Gerdy Portohylle, ktora zmarla na „sluzbie”, swiecie przekonana o slusznosci swojej misji, ktora niejako nadal kontynuuja kolejni fotoreporterzy. HELOL, o co tu kaman?!

Ciekawi mnie swoja droga, co by taki Capa powiedzial na Instagram, wyzysk fotografow przez redakcje- a raczej zastepowanie ich pajacami, ktorzy robia zdjecia za darmo-ktoremu sprzeciwil sie, zakladajac agencje Magnum; co bys zrobil, drogi Jewreju, gdybys teraz mial  przeciwko temu zaprotestowac?

Teraz z kolei bede poszukiwac dlugo i namietnie „Capa. Szampan i krew”, „The decisive moment” i „Slightly out of focus”, bo cos mi sie widzi, ze moj jebiec na punkcie decydujacego momentu wlasnie sie poglebil. (tak, ja nadal pamietam, ze za ta teoria stoi kolezka Capy, Henri Cartier-Bresson. Tez byscie to pamietali, jakbyscie komus w dwa tygodnie napisali o tym prace magisterska) A przy tym na dniu otwartym naszego uniwerku pragnelam zabic krzeslem jasnie szefunia wydzialu Global Media Practice, ktory uwazal, ze krecenie poltoragodzinnych filmow jest „przestarzale”, bo przypomnial mi tym samym moje bitwy w liceum z nauczycielami od pozal sie Boze plastyki, ktorych nijak nie szlo przekonac, ze fotografia to sztuka.

Mam nadzieje, ze przyblizenie TAKICH zyciorysow rozjasni nieco przynajmniej paru pustoglowiom ich pernametna pomrocznosc mozgowa. Jesli nie, to sorry, ale bilet na Kamczatke jest oplacony tylko w jedna strone.

P.S

Pare godzin po przeczytaniu tej ksiazki w Warszawie zaczal sie strajk generalny roznych profesji I protest zwiazkow zawodowych z calej Polski. Kiedy sie o tym dowiedzialam, bylam na Sluzewiu, do domu pobieglam w pol godziny.

Tylko po to, zeby zmienic buty na wygodniejsze I wziac aparat.

EDIT: Dnia 22 pazdziernika,  Robert Capa obchodzilby setne urodziny, do ktorych niemal udalo sie dociagnac jego kolezce Bressonowi. Osobiscie nie wyobrazam sobie, zeby dozyl takiego sedziwego wieku, bujal sie w fotelu i opowiadal nastepnym pokoleniom fotografow o swojej pracy, nie z tym typem osobowosci, ktorego wymagala fotoreporterka wojenna. Z tej okazji ma byc nawet jakas wystawa objazdowa fotek Capy w kolorze, mam nadzieje, ze dotrze do Londynu; wtedy zapierdalam w podskokach podziwiac opus magnum. Ja jednak nie o tym.

Ja mam po prostu nadzieje, ze gdziekolwiek by sie nie znalazl, to jego Gerda na niego czekala i najpierw dala mu w ryja za romanse z Ingrid Bergman, a potem poszli szukac dobrych kadrow.

Polsko-angielskie awantury z grubej rury

14 Nov

Dzisiaj mialam przyjemnosc przetransportowac sie na uniwersytet, bo mieli tam dzien otwarty i wszyscy, ktorzy maja dziwna fantazje pojscia na trzeci rok na uniwersytet (w tym i ja, choc tak naprawde ciezko mi ocenic, co tez wyjdzie z tego wielkiego pomyslu) przytaszczyli sie na przedmiescia miasta B.

Tak naprawde oprocz posluchania polgodzinnych smedow na temat kierunku Global Media Practice mialam inny cel. Otoz wyjebujac kota za plot postanowilam wbijac sie do zespolu redakcyjnego naszego magazynu studenckiego, gdyz przekonuje sama siebie, ze bedzie cool i zajebiscie, bo zalicze praktyki zawodowe przy okazji i kto wie, moze jak zalicze poslizg z wybitnymi osiagnieciami naukowymi, to chociaz ktos mi podbije karte w fabryce azbestu. Usilowalam zalatwic sprawe polubownie, czyli napisalam mejla, co zrobic, zeby sie wkrecic w ta cala dzialalnosc. Otrzymalam odpowiedz, zgodnie z ktora postapilam, po czym dzien w dzien jak dzieciak z Bangladeszu sterczalam i czekalam na kalendarium spotkan redakcyjnych. Przyslowiowy fallus. Wyslalam wiec kolejnego mejla z nieco mniej grzecznym zapytaniem, co sie kurwa dzieje, ze sie nic nie dzieje. Na ta zaczepke nie dostalam juz odpowiedzi. Tak wiec uznalam, ze musze wbic sie wraz z drzwiami do zwiazkow studenckich. Akurat nadarzyla sie okazja, wiec po pieciokrotnej zgubce w kretych korytarzach i wyjsciu na pub studencki, Starbucksa i inne burdele dobilam sie do centrali mediow.

Calkiem latwo poznac, ze kanciape zamieszkuja przedstawiciele czwartej wladzy, bo znajduje sie ona miedzy dwoma knajpami, a na korytarzu dowalala muzola na full zicher. Wiec przybywam, staje w drzwiach, a tam bankiet na calego z rozpierdalaniem sie na biurku naczelnego wlacznie i opowiesciami z ostatniej imprezki, ktore krazyly glownie wokol jakiejs panienki, ktora chodzila na tejze cyrklem. Of kors wszyscy maja mnie w dupie, wszyscy sa plci meskiej, a w powietrzu wisi zapach jakis maczo perfum pomieszany z aromatem blyszczacego papieru. Bomba! Ale dalej maja wyjebane, oprocz jakiegos zwyrola, ktory zaczal mnie uwaznie obserwowac. Zwyrol sie spytal, czy jestem olrajt, wiec zgodnie z prawda odpowiedzialam, ze nie, bo poszukuje redaktora naczelnego, ktory nie nauczyl sie jeszcze obslugiwac skrzynki pocztowej. Wtem uslyszalam, jak red-nacz smieje sie za moimi plecami, siedzac przy biureczku. Tlumacze ciolkowi, ze czekam na terminy spotkan redakcyjnych jak na miting z Michnikiem pod tecza i czuje, ze ktos tu wbija chuja. W zamian otrzymalam natentychmiast karteluszek z osobistym mejlem rednacza; jakas nowa forma podrywu albo co, chociaz teraz pewnie rwie sie laski na adminowanie fanjpejdzy na fejsie. Tak oto niepoprawnosc polityczna znowu wziela gore nad konwenansami spolecznymi.

Natomiast wielu moich znajomych- co ciekawsze tych z doswiadczeniem fotoreporterskim tez- odsadza mnie od czci i wiary, gdy oglosilam, ze wybieram sie w przyszlym roku do Warszawy na robienie fotek podczas Dnia Niepodleglosci. Wali mnie, ze fruwaja wtedy kostki brukowe, ze mozna zrobic sobie kuku- ilekroc widze ten event w telewizorni, to ciezko rozpaczam i przezywam przez nastepne pare dni, ze mnie przy tym nie bylo.

Mysle, ze kazdy, kto zlapie szmergla na punkcie fotoreporterki powinien przezywac to samo, zamiast sie beznadziejnie spuszczac nad niebezpieczenstwami i chlipac nad niewychowaniem nazioli. Wejscie w dziki tlum i strzelanie do niego z migawki daje takiego kopniaka adrenaliny, ze wierzcie mi lub nie, ale nie liczy sie poza tym NIC innego. Mnie takie sytuacje napedzaja, im wieksze ryzyko, tym glosniej sie smieje i czuje, ze zyje. Gdyby wszyscy byli tacy zachowawczy, to ciekawe, czy uslyszelibysmy o niejakiej agencji Magnum- fotoprasowym marzeniu wielu narwancow, w tym niestety i moim. A to tylko ten najslynniejszy przyklad. Niektorzy twierdza, ze to promocja dla faszystow, a ja uwazam, ze to jest ZYCIE, w jego wszystkich odcieniach i aspektach, czarno-biale, z czego wiekszosc to szarosc. Gdybym nie sfocila ich ja,albo ktos z gazety, to zrobilby to ktorys z ich kolezkow, wrzucil na jakiegos Red Watcha i zgarnal +milion do lansu, wiec o czym tu opowiadac? Niektorych do zycia napedza milosc, a innych pojscie na pierwsza linie frontu. Milosc to placz i zgrzytanie pochwy, jak to mawialy bohaterki filmu “Lejdis”, a fotka zycia z zamieszek to kolejny punkt do samorealizacji, chociaz niebawem napisze tu o ksiazce, opiewajacej pewnego czlowieka, ktorego ponoc fotka zycia nie uczynila szczesliwszym.

Nie wiem, czy to sluszne, czy nie-pewnie ze wzgledow zdrowia i bezpieczenstwa nie- moze szukam okazji do wpierdolu, moze ganiam za niedoscignionym, ale w sytuacji, gdy ogladam zamieszki niepodleglosciowe (juz pomijajac kwestie patriotyzmu w wykonaniu czystorasowych ryjow, bo to horror i cofniecie sie cywilizacji w kierunku, jaki bylo juz dane jej przezyc w czasach aryjskich panow) czuje, ze bedac w UK jestem w niewlasciwym miejscu i powinnam byc tam.

A dzisiejszego, 69- tego posta w mojej karierze- sponsoruje taki wlasnie stan:

39f8e18ceafe8b49a50f98422d4303df

Lechu ogarnia temat+dewianctwo dodane liczby 69 i jaaazda, hej hej.

Warszawska fotoszopa

10 Nov

Wpisalam te dwa slowa i od razu wpadl mi do glowy dwa miejsca.

Pierwsze to Stodola, bo w Stodole co niedziele po wysprzataniu zwlok zgonujacych fanow Czeslawa Mozila albo innego Heya jest gielda foto. Z tym miejscem wiaze sie jedno z moich milszych wspomnien, kiedy to w 2007 roku za wlasne, zarobione pieniadze polecialam i bezrefleksyjnie kupilam sobie Canona Powershota S5, bo wczesniejszym zmacaniu egzemplarza mojego wuja, po czym zostalam nadwornym foto swojej gimbazy. Dzieki temu mialam np. /nie/przyjemnosc focenia premiera Marcinkiewicza vel Kaziu Kochasz Mnie Bardzo. Sama miejscowka bardzo klimatyczna, bo w srodku sa neonowe, azteckie malowidla na scianach (przynajmniej na korytarzach), co mialo sie kompletnie nijak do tel, statywow, swiatel i aparatow porozstawianych na stoliczkach, ale tak jakos zawsze wpadalo mi w oczy.

Caly czas marze, ze moze w koncu uda mi sie tam zlapac w pazury Canona F-1 i juz nikomu nie oddac. Niestety, przy okazji mojego ostatniego pobytu w Wawie w niedziele w godzinach 9.00-13.00 zwykle spalam/odsypialam gry i zabawy towarzyskie/bylam na etapie psychicznych przygotowan do zczlapania spod Cmentarza Zydowskiego do domu. Moge nawet odrobine zalowac, bo moze wtedy czekalo na mnie moje niedoszle analogowe bejbe. Coz, jakos tak wyszlo, ze raczej nie, poza tym mam do tej pory pewien respekt przed tym miejscem, chyba jeszcze nie nadszedl odpowiedni moment.

Drugie bylo znane, ale sie schowalo miedzy night clubem, antykwariatem, trampkami bananowej mlodziezy a kawka bananowej mlodziezy, czyli fotoplastikon w Alejach Jerozolimskich.

Kolejna miejscowka, ktora ominelam szerokim lukiem, natomiast haniebnie pierwsze poltorej godziny 21-wszego roku zycia spedzilam, jezdzac z moim inteligentnym inaczej przyjacielem Mufinem dookola tzw.Zlotego Trojkata( taka moja swiecko-epicka tradycja) . Tam wykonalismy trzy kolka wokol pani z pieknymi nogami i pani z dlugimi skarpetkami i sandalami- cos dla normalnych i dla perwersow pielgrzymkowych, czyli agencje towarzyskie trafiaja w grupy docelowe na propsie. Straszylismy tez policje “Ona tanczy dla mnie” i palilismy szluga pod generalem Jaruzelskim (gdyz poniewaz jego slynna willa jest niedaleko mojej proletariackiej chudoby), wiec sami rozumiecie, nie bylo czasu na artystyczne uniesienia i wsadzanie oczu w lornete wielkiej machiny, wyswietlajacej fotki gdzies w bramie.

Ale za to….

IMG_4584a

Scigalam swiatlo…

IMG_4751a

…Rzucalam pawia i mu jeszcze ekshibicjonistycznie zrobilam fotke…

IMG_4774a

Poszukiwalam tez miesiwa na sajgonki. Swoja droga to zolta kartka dla Joanny Marii K., bo byla laskawa zostawic mi nie do konca ostrzacym makro i pojechac z 18-55, tez nie do konca ostrzacym, ale w nieco mniejszym stopniu. Jahwe, uslysz mnie kiedys i obdaruj dobra optyka z nowojorskiego Boro Parku! Wiadomka, Izraelici maja najlepsze sklepy foto w NYC.

IMG_4709a

Oto moi drodzy demokracja parkingowa w Polsce wlasnie.

IMG_4790a

Chyba sie starzeje, albo glupieje, albo jedno i drugie, gdyz nieco podciagnelam pod HDR tenze obrazek. Ogolnie HDR mnie brzydzi, zwlaszcza taki pojechany na maxa po suwaczkach i do tego- o ja jebie- na portretach. Nie, nie, portrety z bialymi, aureologicznymi krawedziami (chociaz bardziej pasuje tu “fallicznymi”) i przekontrastowane, czarne linie zamiast zmarszczek- jestem BARDZO na nie. Ale zdumiewajaco w przypadku architektury i krajobrazu HDR dziala dobrze.

IMG_4791a

Zastanawialam sie tez, czy “Polska to ta ojszczana klapa”…

IMG_4787a

…By sie potem urodzinowo wystraszyc zblizajacego sie nowego.

IMG_4801a

Jak to mawiajo prawdziwe blogery, a nie jakies jarmarczne M.M pokraki- instagramove love ( a tak powaznie to photoshopowe) dla mojej stolycy, elo, elo. I gdzie jest kurwa moje latte na spienionym, sojowym mleku?!

Nie no, tak naprawde to chuj z kawa, zadam dobrej optyki, chociaz tak naprawde nie wiem od kogo.

Edit-znalezione na Canonie 50D; musze sie do niego dobrac nieco dokladniej i wygrzebac z jego czelusci foty celebrytow wiejskich, zebyscie sie dowiedzieli, jak wyglada oslica Klapcia i jej kompan Leo, a na razie dorzucam fote w stylu niejakiego WeeGee’ego, praojca paparazzi. Legendy glosza, ze za czasow Wielkiego Kryzsyu jezdzil po NYC samochodem, w ktorym urzadzil ciemnie i strzelal fotki zakazanym zakamarkom miasta, po czym od razu je wywolywal, zeby byc pierwszym w kolejce do hienowania. A tu ja sobie skromnie przylapalam burzuja na proletariackich rozrywkach. BTW- te numery na blachach w kontekscie miejscowki, czyli slynnego warszawskiego trojkata, naprawde wiele mowia. A teraz sie zacieszajta do obrazu:

bentley_nightclub

Lumpy,telewizornia i nerdy

30 Jun

Angielska telewizja- wymysl szatana, zaiste. Coraz bardziej utwierdzam sie w przekonaniu, ze odpowiada po prostu na potrzeby tego narodu, a ze sa to potrzeby niewygorowane, to na swoj sposob daje rade. Z calego tego jazzu najlepsze sa reklamy, o wiele bardziej pomyslowe niz nasze, bo ktos tu kuma, ze do reklamowania zupki w proszku albo batona nie potrzeba szczesliwej rodziny 2+2 i kury domowej.

Wlasciwie ta telewizornia w wiekszosci przypadkow jest przedluzeniem gazet tabloidowych, ktorych jest tu zatrzesienie. Pewnie sie zdziwicie, ale sa jeszcze bardziej oglupiajace niz Super Express czy Fuckt. Pytacie sie- jak to mozliwe, w koncu SE& Fuckt to Himalaje tumanizmu.

Coz, nie przypominam sobie, zeby w wyzej wymienionych periodykach kiedykolwiek pojawil sie tekst pt.”stracilam noge podczas uprawiania seksu” jak to bywa w angielskich, choc mama Madzi na koniu i gosciu trzymajacy kredens wyrabiaja norme, narzucona przez standardy “Axel Springer presents”. Utrata nogi nastapila w wyniku otwartego zlamania i zakazenia spacerowki, do ktorego doszlo, gdy szczesliwa pani domu spadla ze schodow na wysokich szpilkach, potraktowanych wczesniej jako akcesorium erotyczne.

I widzicie, czytalam o tym piec lat temu, a do tej pory pamietam, czyli tekst spelnil swoja funkcje, a mianowicie jebnal mna o glebe i zmienil me zycie, gdyz od tamtej pory zakladam obcasy tylko na dole, a po schodach laze w skarpetkach. Nawet SE nie ma takiej funkcji poznawczej!

Wracajac do telewizji, to sie frustruje, bo nie moge juz odnalezc tego pasma, na ktorym lecialy stare filmy, za to na jakims innym kanale leca dobre filmy o 21; ostatnio widzialam “Szeregowca Ryana”. Udalo mi sie tez zlapac Top Geara, niestety tylko raz, bo nigdy nie potrafie sie wstrzelic we wlasciwy kanal, co jest chujnia z grzybnia, bo jak mam nie ogladac TG w UK, to gdzie mam je obejrzec?! Na Ksiezycu z Janem Twardowskim serwujacym popcorn?! A poza tym  TV leci klasyka gatunku, czyli filmami dokumentalnymi o:

-nastolatkach, ktorzy uprawiaja seks kolo frytkarni; jeden taki Don Juan mial 14 lat (!) i wnoszac po proporcjach na tele 42 cale o polowe mniejszy ode mnie, a jednak zaliczyl. Jego mamusia powiedziala mu tylko, ze ma nie zrobic swojej milosci bachorka, czyli przyjela postawe stoicka. Z kolei 15-letnia laska przejmowala sie opinia, jaka dostanie na swojej dzielni, bo zaliczyla, ale nie chce zaliczac  obecnego mena, bo potem bedzie, ze sie puszcza i co ludzie powiedza…Drogi do swietosci w XXI wieku prowadza wyboistymi drogami.

Glownie przez portfele podatnikow, zmuszonych utrzymywac dzieci tych bachorow, ktore nie wiedza, ze Durexy moga kupic w funciaku, Xboxa na Amazonie, a w szafce babci jest syrop na kaszel z efedryna, ktory mozna zwinac na melanz i miec pozniej w dupie jakiestam seksy.

-poradniach chorob wenerycznych, zwanych tu w totalnie obrazliwy dla mnie sposob  STI!!

Jebac wyprawy krzyzowe przeciwko muzulmanom, trzeba odbic honor Subaru Imprezy WRX STI z rak zarazonych syfem, kila, chlamydia i rzezaczka!!!

Swoja droga w UK choroby przenoszone droga milosna sa duzym problemem (podobno w przedziale wiekowym 18-24  nawet 49% stanowia zasyfieni i ja sie pytam- co robiliscie na WDZecie, dekle?! ), wiec rok temu na dniach integracyjnych na collegu oferowano nam przebadanie sie na chlamydie. A teraz wyobrazcie sobie taka scene- idziecie do bankomatu w drugim departamencie szkoly, a tu lapie was jakas panienka i mowi, ze jak nasikacie jej do sloiczka, to was przebada na syfa. Moj irlandzki kumpel Chris poszedl na ten numer, bo w zamian pani dawala breloczki w ksztalcie plemnikow, wiec Chris dumnie przyszpilil go sobie do plecaka, a wszyscy sie z niego smiali, ze jest syficzny.

-gosc z 10-kilogramowymi jadrami- no coz, ten pan ma jaja po prostu. Mam nadzieje, ze o mnie nikt nigdy tego nie powie,choc kazdy endokrynolog na widok tego, co sie dzieje w mojej krwi zlapalby sie za glowe i spytal, czy pozyczam kiecki od poslanki Grodzkiej.

-Kiedys juz pisalam o “Come dine with me”, czyli czterech opasach, ktorzy robia sobie nawzajem zarcie, a najlepsza kolacja wygrywa tauzena. Coz wiecej dodac? Moze to, ze te kolacyjki nie maja nic wspolnego z niczym jadalnym, bo sa angielskie?

I wreszcie pora na moich ulubiencow, skrajnie roznych. Oba to cykle dokumentow. Jeden nazywa sie “Skint” i traktuje o grupie wykluczonych z zycia spolecznego patologicznych lumpow, ktorzy zyja sobie w jakims miescie fabrycznym,  “zblizniaczonym” z Ostrowcem Swietokrzyskim.

Normalka- fabryka, komin dymiacy na cala okolice i mnostwo pajacow, ktorych tutejszy system socjalny nauczyl, ze moga chlac i cpac, a i tak beda do przodu. Mieszkaja sobie w mieszkaniach socjalnych, a jak jedno zdemoluja lub doprowadza do stanu nedzy i rozpaczy, to dostaja drugie. Nie maja kasiory na dzialke? Luz, zawsze mozna sie zastawic w miejscowym lombardzie i plakac do kamery, ze nie ma pracy i jest beznadziejnie. Albo zrobic sobie kolejne dziecko, zeby miec podkladke do pobierania zasilkow.

Dzieki Skintom odkrylam pewien fenomen ekonomiczny,gdy jeden bezrobotny wynajal drugiego-swojego sasiada- bezrobotnego, by ten umyl mu okna na pietrze. Na dodatek mu zaplacil! Skad i jak, oto jest pytanie, ktore powinna im zadac Unia Europejska, a ta zatwierdzila ostatnio budzet 8 miliardow ojro na ratowanie mlodych przed nyndza i bezrobociem. Eurodarmozjady parlamentarne powinny isc na przeszkolenie do Skintow, bo u nich tez pieniadz jest wirtualny, a jednak krazy w przestrzeni, o czym swiadcza walajace sie w kadrze flaszki po sajdrach.

Co znamienne, w zadnym z pokazywanych domow nie bylo nawet ulamka slowa pisanego, zadnej gazety ani ksiazki. Null total, zero.

Za to wszyscy mieli telewizory, a jeden cwaniak zainwestowal nawet w TiVi 42 cale.

Druga seria opowiada o dzieciach-geniuszach, czyli malych nerdach i kujonach, ktorych sie niegdys wysmiewalo na podworku, a teraz pokazuje sie w telewizji, jak zubry. Kamera towarzyszy im i ich popierdolonym rodzicom w przygotowaniach do eliminacji do Mensy. Dlaczego popierdolonym ? Bo chyba nie mozna miec litosci w sobie, zeby zmuszac dzieciaka do kilkunastogodzinnej szychty dzien w dzien na rzecz nauki wszystkich mozliwych przedmiotow, uczenia sie encyklopedii na pamiec i literowania ( tzw.spelling to nie wiedziec czemu wazna umiejetnosc w UK, zwlaszcza w urzedach) “mitochondrium w aspektach ponadnormatywnych” wspak. Bachorki nie wiedza, na czym polega prawdziwe zycie, za to beda wiedzialy w wieku 10 lat jakie przesla stosuje sie w  budowie mostow. Jak kogos to interesuje, to OK, niech poglebia ta wiedze, ale jesli jest cool inzynierem, to nie musi juz byc wspanialym poeta, wiec dalej nie kumam, po co ich zmuszac do bycia idealnym we wszystkim.

Z tego byca idealnym w przyszlosci beda mieli co najwyzej wpierdol od kolesi z klasy, ktorzy beda uwazali ich za mega leszczy. Albo depresje, bo beda mieli za wysokie kwalifikacje i nikt ich nie bedzie chcial przyjac do roboty. Zaprawde, powiadam wam, ambitnym mozna byc, a nawet trzeba, ale czasem lepiej przygrac debila, zeby ujawnic sie w odpowiednim momencie i nie wyciagac wszystkich kart na wierzch. A jak ktos chce leczyc kompleksy, to niech idzie zrzucac sadlo, a nie robic z dzieciaka nieszczesnika, ktory nie odnajdzie sie ani wsrod rowiesnikow, ani wsrod starszych; choc zdumiewajace bylo to, ze bachory recytowaly z pamieci jakies dziwne okreslenia biologiczno-medyczno-prawnicze (pytanie tylko, czy ze zrozumieniem…), by chwile potem poleciec do swojego pokoju i wyciagac z niego mlodsze rodzenstwo za nogawke albo bawic sie misiami.

Na tym wlasnie polega misyjnosc angielskiej telewizji- na pokazywaniu obywatelom, jak bardzo sa pojebani.

P.S. Bylabym zapomniala o cyganskich weselach (czy tez- zgodnie z poprawnoscia polityczna- weselach podroznikow. Przykro mi mowic, Wojciechu Cejrowski, ale Rumun wtedy z ciebie) Z lekka mnie przerazilo, ze panienka wychodzi ze swojej przyczepki w sukni slubnej wielkosci Burj-Al Arab i w wieku lat 15 daje sie omotac wiezom malzenskim, ale z drugiej strony sa tez tacy, ktorzy twierdza, ze to ja jestem nienormalna bez bojfrenda, wiec to chyba kwestia przekonan i zapotrzebowan.

P.S2 A dzis na ulicy widzialam wilkolaka, a potem goscia ubranego w rozowo-czarna kiecke, ktory byl przykuty kajdankami do…liliputa( olbrzymi inaczej mial zielona peruczke i kubraczek rodem z cyrku) i razem sobie zgodnie szli w nieznane. Pytacie o co kaman? Coz, sezon na wieczory kawalerskie rozpoczety!

Mauzer,Chrzescijanska Unia Jednosci i Franz Maurer

19 Apr

Wszyscy znacie ten film.
A jak nie znacie, to znaczy, ze przelezeliscie pod lodem  ostatnie 20 lat razem z Ozim. Wlasnie ogladam go po raz drugi na przestrzeni ostatnich 10 dni i choc dobrze wiem, co stanie sie za minute, dwie i dalszych sto, to i tak wpatruje jak urzeczona w ekran. Albo jak niejaki ganster Krakowiak, ktory mial w zwyczaju codziennie ogladac CALA trylogie “Ojca Chrzestnego”. Jak to zrobil, ze przez bite 9 godzin nie bolala go dupa, to nie wiem, natomiast zainspirowany Vito Corleone i spolka kazal sie tytulowac “ojcem chrzestnym” oraz calowac w pierscien. 9 godzin seansow filmowych, sen…Chyba musze isc do Krakowiaka na szkolenie z zarzadzania czasem, bo jakos ten gosc musial wyluskac Zeit na krecenie swoich biznesow.

Ale ja chce tu posmedzic przede wszystkim o “Psach” Pasikowskiego, do ktorych wielokrotnie mniej lub bardziej posrednio sie odnosilam. Chyba nie bede ani odkrywcza, ani oryginalna, ale jest to film pokolenia przelomu transformacyjnego. Chociaz ja urodzilam sie w roku 1992- czyli tez wtedy, kiedy opus magnum Wladyslawa P.- a po raz pierwszy obskoczylam tenze w wieku lat siedmiu.Doprawdy, mega to odpowiedni wiek na ogladanie goscia motelu bez oczu, a sama fabula wydawala mi sie cokolwiek dziwna, zwlaszcza watek zarabiania milionow, ktorych juz po denominacji nie pamietalam. No i wielkie halo Andzeli o BMW Franza-  ja nie moge, toz chlopcy scigajacy sie spod swiatel kolo Telewizji maja fajniejsze beemice, a w dzisiejszych czasach popsuta mlodziez pewnie mysli, ze zajazd Wartburgiem pod Teatr Wielki swiadczy o daleko idacym jebaniu mainstreamu i hipsterstwie.
Ale za to moi mili od pierwszej chwili ( ze tak se ziomalska nawijka polece, jol, men) bylam zauroczona Franzem Maurerem. Konkretnie, krotko i bez przepraszania za to, ze zyje- strzelil do kpt. Nowaka, bo gosc odstawial schizy na dachu, a do Ola, bo kto umarl, ten  nie zyje. Zwlaszcza nie zyje ten, ktory pierdoli kobiete Franza (akurat ten zwrot nijak mi nie pasi, bo sugeruje bardziej uzycie niz przezycie, ale z drugiej strony kto sobie wyobraza w momencie egzekucji Ola text w stylu “Uprawiasz…uprawiasz stosunki plciowe z moja kobieta !” ? Sorry, Boguslaw L. moze i gral pozniej ksiedza Robaka, ale to raczej nie ta pora i nie to miejsce na wspinanie sie na wyzyny grzecznosci.
Wzor asertywnosci i meskosci, no sie jaram sie juz trzynasty rok z rzedu, zreszta dziwnym trafem chyba wiekszosc podziwianych przeze mnie panow ma wspolny rys z Maurerem, wlasnie taki maczyzm, ale nie maczyzm kurczaka przystrojonego w kogucie piorka do walki, bo Franz kiedy trzeba bylo, umial tez wykrzesac z siebie nieco glebszego uczucia, czy tez nawet zagubionym byc.
O fabule raczej nie ma co pisac, gdyz to relikwia polskiej kinematografii znana kazdemu, choc jak na standardy “kina sensacyjnego” (pff, albo jestem krzywa umyslowo, albo zwyczajnie pierdolnieta, ale ” Psy” to bardziej kino obyczajowe) jest zaskakujaco sensowna- ubecja po przeksztalceniu w policje nie bardzo moze sie odnalezc w nowych warunkach pracy( bo i niby jak, skoro ich robota byla wzglednie malo anagazujaca ), grzecznie pukajac w drzwiczki figuranta dostaja ostrzal na lby. Ci ktorzy nie przeszli weryfikacji- a noz cos umknelo przed wysypiskiem?- robili interesy na boku z amfa w tle.

Do tego jakze typowe, narodowe obrazki, jak Wencel, ktory zawsze jest w komisjach, a pozniej konsumuje posily z wyjetym spod prawa bylym ubolem, major Bien, ktory nazywal sie major Bien (och, ta tytulomania w PL, no bym raz czy drugi powiedziala takiemu lachonowi w sklepie, ktory podaje mi buly, zeby sie nie wyglupiala z paniami, bo pewnie razem do jednej podstawowki chodzilysmy, tyle ze ona zrobila sobie bachora z miejscowym rycerzem ortalionu, a ja nie do konca) i opozycja, ktora byc opozycja przestaje, czy tez prokurator, ktoremu nawet na lozu szpitalnym (czyli prawie jak na lozu smierci) chce sie podskakiwac, kto to on nie jest. Az przerazajace jest, ze chyba to przestaje ruszac, tak jak powinno, bo to “normalka”.
Wszystko to razem+ zdjecia Pawla Edelmana dalo klasyka kina, ale nie tylko. Tu raczej nie zabili go, zeby potem uciekl, bo jest to tez przypowiastka o przyjazni w trudnych czasach, ktora konczy sie tam, gdzie zaczynaja sie dupy i pieniadze. Przynajmniej w przypadku Ola i Franza, bo jak wiadomo zaczyna sie tu przyjazn Nowego z Maurerem, ktora bedzie potem jedna ze skladowych “Psow 2″. Swoja droga  Nowy jest postacia dramatyczna, bo chcial wprowadzac rewolucje i wiatr odnowy, wiec mu w zamian wyrzucili pieknego Canona. Moze mam fanaberie rodem z dupy, ale to scena, przy ktorej zawsze zaslaniam oczy, bo o ile rany, strzaly i amputacje sa keczupem i jazda na silikonie, to aparat ucierpial naprawde.

Swoja droga to Pazura niezbyt mi pasuje do roli Mlodego, predzej Lubaszenko, ktory przez chwile petal sie po ekranie, zeby dac sie postrzelic. A scena w szpitalu, gdzie Pazura odstawil komedie, zainspirowala zapewne Zbigniewa Ziobre do slynnego ” Nikt juz przez tego pana zycia pozbawiony nie bedzie” czy jakos tak( skladnia tego zdania wali na cycki, a potem w ryj) dzieki “ nikt juz przez ciebie nie zginie, ty ubeku pierdolony“. Zbysiowi, mimo bycia schizolem, mozna pogratulowac chwilowego rozjasnienia umyslu i tak gornolotnego wzorca do nasladowania. I niech mi kto powie, ze w “Psach” to tylko same kurwy leca. (“– Kim ty kurwa jestes?- Kurwaaaa…, a wy?”)

Hollywood to raczej nie jest (i bardzo dobrze), wiec moze dlatego Andzela jest odrobine ladniejsza od diabla i zaiste ma cechy godne corki ksiedza. W Fabryce Snow Andzela bylaby pewnie Kim Kardashian, Franzem Brad Pitt ( o kurwa, to mnie nawet przerazilo), a wszystko skonczyloby sie wybuchem Cadillaca na autostradzie. Moze dlatego do ciezkiej kurwicy doprowadza mni rekonstrukcja cyfrowa filmu, bo panowie niosacy na drzwiach poleglego na libacji alkoholowej w kantynie wygladaja jak po retuszu, i owszem, ale na okladke “Vogue”, a te przygladzone oblicza i brak ziarna/ rysek z kliszy maja sie do wymowy obrazu, jak ja do listy stu najseksowniejszych pan swiata. Ciekawi mnie, czy rekonstrukcje czarno-bialych filmow to tez chujnia po tych samych pieniadzach, stworzona na potrzeby HD ( o niczym innym cale zycie nie marzylismy, tylko o ogladaniu sobie wlosow w uszach w Haj Definiszyn. Dzieki, Koreance, lepiej juz byscie zrzucili ta bombe na USA), czy moze cos znosniejszego.

Mysle, ze w jakis sposob tropem Pasikowskiego i brutalnego realizmu pracy policyjno-wszelakokryminalnej podazyl Patryk Vega,, kiedy flancowal “Prawdziwe Psy” na “Pitbulla”, gdzie panowie policjanci nie wstawiaja dretwych gadek a’la “Teraz pokazuje odznake i prosze polozyc raczki na maseczce” i raczej nie przebieraja w srodkach perswazji. No i Smarzowski.

Aha, jeszcze jedno- soundtrack. Powiem jedno-imponujacy.

A tak poza tym :

5026_0
Jesli nie wiadomo, o co chodzi, to pewnie chodzi o polska szkole plakatowa- w tym przypadku dzielo Jakuba Erola. Siedzialam, siedzialam, rozkminialam, coz autor ma na mysli, az w koncu najprostsze, co mi przyszlo na mysl to fakt, ze te stwory sa takie same, a stoja po dwoch stronach barykady, czyli jakby nie bylo do fabuly sie odnosi. Jak widac, wersja anglojezyczna- az mnie ciekawi, co by na to powiedzial Lord Flafi, choc podejrzewam, ze jako przedstawiciel nonkorfomistycznej i poprawnej politycznie Europy Zachodniej moglby nie do konca zczaic, na czym rzecz polega.

P.S.

Mialam pisac teksty o planetach do mojego szita flashowo-photoshopowo-adobowego, a wyszlo “jak zwykle”. Ale nie ma chuja we wsi, postawilam sobie za punkt honoru, ze jutro poleze na konsultacje z moim tutorem Trevorem (tak mile panie, pozdrowie go od was i pocaluje w lusterko jego BMW M3, hehe, o ile po calej przeprawie nie bedzie mnie mial dosyc i nie krzyknie “A kysz, dziwolagu wschodni! Wracaj do swojej Rosji!”) zeby zalaczyc sie w odpowiedni tryb motywacyjny, gdyz teoretycznie do poniedzialku nadal mam przerwe wielkanocna (!), jak widac nikomu sie tu z niczym nie spieszy. Trudno, pewnie i tak obudzi mnie o 5.55 czyjes szczanie, wiec moge rownie dobrze podziubdziac cos z rana.

O czterech kolkach po rastafariansku

31 Mar

Pewnie juz mysleliscie, ze mnie wilki zjadly na odludziu zwanym Dorchester- co ciekawsze, odludzie to ma nawet prawa miejskie, wielgasny parking ( o ktorym moze Joanna Maria K. i Krzysztof Jarzyna wiedza cos wiecej jako ex-mieszkancy tej uroczej nory-?) i kino. Przynajmniej tyle wywnioskowalam z pobieznej obserwacji po zmroku.

Wstajac rano pomyslalam- na dobry poczatek dnia- “o kurwa, ale wyladowalam w murzynskiej dupie” przypominajac sobie za pomoca facepalma, ze mam jeszcze do obskoczenia angielskie zadupie, bo tam mieszka i tworzy jedna z postaci naszego filmu, czyli konstruktor skejtowych desek.

Ide do rzezni, a tam tradycyjnie okazuje sie, ze na poranne zajecia tylko mi udalo sie przywlec. Fakje. Dlaczego nikt mi nie da za to Virtuti Militari? W PL nikogo to nie jebalo, czy zyje czy nie, mialam isc do szkoly i juz. A tu jest to traktowane jako przejaw zboczenia chyba. O, przybyl moj szkocki kolezka E, to juz mamy 2/3 ekipy filmowej.

Problem z kolezka E. jest taki, ze to zamordysta-ordnungowiec i o ile my z Bennym bujamy sie na falach kreatywnosci, opierdolu i czego tam jeszcze, to E. lazi za nami jak Ribentropp bez Molotowa. W sumie to dobrze, ze kreci sie za nami taki porzadkowiec, ale z drugiej strony jak przychodze potem do domu i slysze niesmiertelne pytanie w stylu “Kto zjadl groszek?” to mam ochote posadzic jednego z drugim na krzesle elektrycznym i opiekac z obydwu stron. Az do uzyskania zlocistej, chrupiacej skorki.

Smichy-chichy zaczely sie na etapie wypierdalania ze szkoly, az kurz za nami fruwal, bo mielismy w planie ponowne molestowanie kolesi z miejscowego skejt sklepu. Wtedy to Benny przekazal mi pod opieke swoja deske, zeby mial wolne rece do krecenia fajka. Ide, ide, a ta deska zaczyna ni to skrzypiec, ni to jeczec. Stanelam wiec w pol drogi z dosyc dziwna mina, bo stwierdzilam, ze zwid zwidem, ale przemowa skejtowej deski to juz za wiele. Przystawilam ja do ucha, z czego E. mial calkiem niezly ubaw.

– Co ty znowu wyczyniasz?!

-Bo ta deska chyba do mnie mowi. Albo sie zjebala.

-I co ci mowi?

-Zebym kopnela cie w dupe!

Szczesliwy wlasciciel spojrzal na swojego skarba, popatrzyl w niebo (“Ja pierdole, z Benny’ego to chyba szaman jest“) po czym pokrecil jednym z koleczek i znowu zaczelo gwizdac. Aha, decha laczy sie z baza, gwizdac przy podmuchach wiatru, zajebioza.

Zonk-skejtowy sklep w poniedzialki zamkniety na cztery spusty. Panowie pewnie w poniedzialki maja kociokwik polaczony z wyjebizmem. Jako ze rozumiemy i szanujemy taka postawe,to pozostalo nam sie niecnie cieszyc, ze zwinelismy sie z budy o wiele wczesniej, niz zakladalismy.

A teraz pytanie zasadnicze- kim trzeba byc, zeby zgodzic sie na lapanie pociagu o 17.30, kiedy to w Anglii Poludniowej pizdzi ze w chuj? Trzeba byc mna, niestety.

Nie martwcie sie-wam to nie grozi. Of kors bylabym sie spoznila, bo tak zajebiscie chcialo mi sie wylazic spod cieplego kocyka, ze niemal wygrywalam z grawitacja mojego wyra. Komu w droge, temu nazaretanski osiolek.

Uznalismy, ze jazda wprost do Dorchester jest dla lamusow, bo dojechalismy do Weymouth. Tak naprawde to po Dorchester Poludniowym- po ktorym wedle informacji zasiegnietej u pani w kasie winien byc Dorchester Centralny i Dorchester Wydumany-wjechalismy “jak zwyciezca, jak bohater” do Weymouth. E. emocjonowal sie niemozebnie i sial bulwers, natomiast my z Bennym jako wytrawni podroznicy w czasie i przestrzeni bylismy nastawieni raczej stoicko. Benny zadzwonil do swojego kolezki, by wytoczyl kolka swej deski w kierunku Dorchester Wydumanego, a ja stwierdzilam, ze skoro pociag jechal do Londynu, to minac sie dwie stacje z wlasciwym celem podrozy nie jest jeszcze tragicznie.

Mowie to ja, postac znana z tego, ze ktoregos pieknego razu nocowalam na londynskiej Victorii. A dookola bezdomni Polacy, Turek, ktory szukal panienki, podejmujac sie prob lansu na “mam bogata sponsorke i dala mi Jaguara”, facet, ktory japonskim tuszem i piorkiem machnal moj calkiem zajebisty portret, z ktorym pozniej raczo spierdolil no i creme de la creme, czyli dwoch uciekinierow z Libii, ktorzy spiesznie oddalili sie od ojczyzny w nieco bezpieczniejsze strony po tym, jak ich pobratymcy raczyli skumac, ze rezim Kaddafiego nie byl ol rajt. Kiedys napisze o tym pare slow wiecej, bo z roznych wzgledow byla to jedna z ciekawszych nocy mojego zycia.

Ale przychodzi mi z Londynu przeniesc sie z powrotem do Dorchester, gdzie jest zimno, ciemno- a wiec warunki do robienia fotek do mojej ulubionej czesci zadania, czyli papierow, ktorych nikt nie bedzie czytal ( no to niech chociaz obrazki maja ladne) raczej suabe. Do tego specjalne podziekowania dla debili, ktorzy wypozyczali przed nami kamere i zapomnieli o sformatowaniu kart pamieci, w zwiazku z czym mielismy memorki na 40 minut. “Ludzie, spinajta sie, bo dubla nie bedzie”- wyplynelo z otchlani umyslu, a jak wiadomo, sekwencja ta w “Nic Smiesznego ” skonczyla sie tym, ze Adas spierdalal z planu filmowego w podskokach, bo  wlasnie nauczyl latac glowny rekwizyt filmu-drewniany most.

Do tej pory kolesiow zwiazanych uczuciowo ze skejtingiem odroznialam od reszty swiata tym, ze nosili ciuchy rodem z pomocy dla powodzian, prowadzali sie krokiem raczej swawolnym, ich aktywnosci zyciowe zaczynaly sie dopiero po blancie I zalozeniu czapki do tylu daszkiem, a wszystko to w rytm murzajskiego rapu. Jako mylosnik graffiti nie utozsamiam skejtow z graficiarnia, bo moze I laczy sie to jakos ze soba, ale nie do konca.

Obserwujac tych gostkow I ich ewolucje (a niektorzy byli blizej polamania kregoslupa niz im sie wydawalo) zaczelam znajdowac uklad odniesienia do moich ulubionych rozrywek akrobatycznych, zawierajacych sie w pojeciu “cztery kolka” Panowie sami sie przyznali, ze czuja, ze zyja, kiedy moga spasc na leb ze swoich desek, a cala zabawa sluzy walce z szara rzeczywistoscia. Brzmi jakos dziwnie znajomo jak dla mnie…

Miejsce, w ktorym krecilismy, bylo prawdopodobnie jakas stara hala handlowa, czyms w rodzaju dawnej gieldy warzyw I roslin, gdyz bylo to duza, zadaszona przestrzen, otwarta z obydwu stron I otoczona czyms w rodzaju magazynow, za ktorymi panowie chowali sie z jaraniem, gdyz z sobie znanego powodu co chwila dokurwialy patrole na sygnale. Ogolnie klimacik a’la spotkanie mafiosow z mafii mokotowskiej w latach 90. I mieszane swiatlo, cieple od zarowek na zadaszeniu I zimne z zewnatrz, po prostu kurwa wybitnie. Ku mojemu zdziwieniu, fotki z reki I w takich warunkach wyszly calkiem w porzo, spodziewalam sie wiekszej kaszany, ale dobra matryca jest gut, bo jest good.

Zachwycila mnie koordynacja niektorych tych chloptasiow, zwlaszcza jednego, ktory podczas jazdy na desce nawijal przed telefon, od czasu do czasu stosujac przerywniki w stylu” czekaj, braachu, wlasnie robie<tu nazwa jakiegos zrytego tricku>”.

Najwieksze wrazenie z nich wszystkich zrobil na mnie mistyczny konstruktor desek. Przed jego przybyciem wszyscy mowili o nim tak, jakby krol tuteszych wlosci przybywal na audiencje z pospolstwem.

Krol byl moze nie tyle nagi, co 51-letni I zapierdalal na desce na rowni z mlodzieza. Znaczy sie oni wszyscy nie jezdzili na jednej, chodzi o to, ze bawil sie tak jak oni (nie, nie musicie mi nic mowic, wiem, ze predzej czy pozniej ktos by sie do tego przypierdolil; a najpewniej ktos, kto sam jest polanalfabeta)

Na czym polega dowcip z konstruktorem? Otoz faciu ma podobno jakas mega unikalna metode produkcji; deski z masowej dystrybucji sa z plyty wiorkowej,  sklejanej warstwa po warstwie, a facet produkuje z oryginalnego drewna, skladajac je znowuz w poprzek. Podobno dzieki temu caly biznes jest wytrzymalszy. I wyglada jak deska do surfingu, wiec mialam centralny mindfuck- deska do surfingu z kolkami z tylu. Jeb na asfalt I wyplywamy w morze.

Szkoda tylko, ze przy okazji nikt nie wpadl na to, zeby zaczac robic kolka do desek z uzyciem technologii produkcji prawdziwej opony- na deszczu ich kauczukowe koleczka(mozna wybrac kolor, oh ah) traca przyczepnosc I chlopaki zabijaja sie o wlasne sznurowki.

I centralnie jest totalnie- w powietrzu unosil sie zapach zielska, panowie byli rozmowni,mimo tego, ze rozjebalismy nasze sprzety wszedzie gdzie sie dalo, to nikt nie zaliczyl z nimi kolizji. Ale:

-E. wywiadowal ta cala halastre, jakby usilowal nawijac z Barackiem Obama o obydwu Koreach. Zasugerowalam mu, zeby po prostu z nimi rozmawial I nie atakowal pytaniami o drewnie poprzecznie prazkowanym, bo tych ziomow najbardziej bawi, jak ktorys z ich kumpli sie wykrwawia, albo kreci jointa, a nie to, czy drewno jest w prazki czy w groszki. Z wlasnego doswiadczenia wiem, ze jak czlowieka przypiluje na watki ekstremalne, to zjedzie z Big Bena na nieheblowanej desce, byleby sie cos dzialo. E. chyba myslal, ze padlo mi na banie. Ale za to lyknal ode mnie pare zapytan.

-Mam zdeko inna wizje montazu, bardziej dynamiczna, wiec czuje, ze niebawem zlapiemy sie za lby.

P.S. W drodze powrotnej z Dorchester nauczylam E. nastepujacego zdania-“ Jestes tak brzydka, ze az lustro peka na twoj widok”( z kolei on nauczyl mnie slangowego okreslenia na wacka) Me talenta pedagogiczne oniesmielaja mnie.

Najbardziej mnie jednak oniesmieli, jesli okaze sie, ze E. wyjechal z tym tekstem do swojej dziewczyny, rodowitej krakowianki, gdyz zapomnial znaczenia slowa “brzydka”-bardziej pociagalo go slowo “pekac”.

Porzuccie nadzieje ci, ktorzy ogladacie TV po 22

11 Jan

Flafiemu zamarzyla sie brytyjska telewizornia.

My mamy dekoder Polsatu, wiec dotychczas byl skazany na ogladanie Polsat News. Podobno mu pasi; oglada z duzym zainteresowaniem i dzieki temu odkryl, ze w Polsce mamy samochody, prad i zelbeton. Poznal tez slowo “zabawa”, “reklama” i “niedziele”, choc gdy wymowil to ostatnie, to nie mialam bladego pojecia, o co mu kaman. Po ustawieniu telewizorni na angielski odkrylismy, ze niektore filmy pykaja sobie po angielsku, co go ucieszylo, choc twierdzi, ze lubi lampic sie na przebitki z Wawy.

Kupil wiec jakies dziwne sprzecicho, ktore ma umozliwiac odbior wiadomosci od kaplanow scjentologii i brytyjskie TV. Instalowal, wlazil na drabinke( wyszlam z domu, zeby nie patrzec na to widowisko, zwlaszcza na moment, gdy usilowal wycierac dupa szybe), zapocil sie, bo moze przy okazji skopal pana.

I odbieramy.

Saudyjska lige pilkarska ( zapewne kopia gale w kierunku Mekki), arabskie seks-telefony (nie uwierzylam, dopoki nie uslyszalam- co prawda moja znajomosc arabskiego jest ograniczona, ale smiem podejrzewac, ze leca klasyka gatunku dostosowana do realiow rynku, czyli :”Ooooh, habibi, dzwonisz w porze popoludniooowej moooodlitwy, ah, oooh…Jestem ubrana w sexowny czador….Jest baardzo wycieety…Widac mi kawalek nosa!”. Swoja szosa to mozemy smiac sie albo i nie z damskiej konfekcji po islamsku, ale czy to, co jest ukryte, nie jest przypadkiem bardziej intrygujace?) i Radio Jasna Gora ( ktos tu dobrze wie, na czym  trzepie sie pieniadz!) Mamy tez kanal z disco-polo, co cieszy Flafiego. Gdy uslyszal lokalnych maczo, to zaczal podrygiwac, gdyz taki rodzaj gwaltu muzycznego-obojetne, w jakim jezyku-bardzo do niego przemawia. Bym powiedziala, ze malpa na drucie tez sie cieszy, gdy uslyszy disco-polo, ale tego nie uczynie. Pewnie przy okolicznosci o tagu “wesele nudne, ze w chuj” i po odpowiednim ladunku wszelakich paliw sama lazilabym za wodzirejem i pilowala go o jakiegos hiciora do podrygu. Zwlaszcza, gdy w gre wchodzi podryg na wsi u wuja Wawrzonka, gdyz wuj Wawrzonek pieknie spiewa, zarowno piesni o koniu w dloni, jak i piesni religijne.

Dobra, tak naprawde to spiewa dupnie, ale nie mowcie mu o tym.

W sumie to nie wiem, po co Flafiemu brytyjskie TV. Moge sie zgodzic z postulatem o TV Four i BBC, ale reszte mozna odpuscic. Ilekroc ogladam inne brytyjskie kanaly oprocz wwymienionych ogarnia mnie uczucie, zwane “yyy…ee”.  To cos jak “WTF”, ale pozwolilam sobie na wlasny uzytek tak to nazwac.

Zycie familii Kardashian. Ze wzgledu na plonne nadzieje obejrzenia backstage z produkcji sex-tasm Kim zaczepialam oko o ta patologie (najwieksza patola tego wybitnego show jest ojczym Kardashianek, ktory na drugie ma chyba Botox Sylikonowicz) Kurwiczki Playboya sa bardziej przekonywujace w swoich zgrzytliwych chichotach panienek z Alabamy, ktore dziadek Hef uratowal przed oskubywaniem drobiu i pakowaniem go do ciezarowek Pulkownika KFC.

Podoba mi sie program, w ktorych czterech dziwakow z lapanki pichci zarcie dla siebie nawzajem, a najlepsza kolacyja wygrywa tauzena. Zawsze znajdzie sie w nim jelopa wieksza ode mnie, a to zawsze jakies pocieszenie w tej marnej egzystencji. Jest tez program, ktory z grubsza przypomina mix kina moralnego niepokoju, kina drogi i jakiejs bardzo skurwionej formy Monty Pythona- kilka par jedzie busem w nieznane na kemping ( dosyc popularna forma rekreacji w UK, a kto ogladal Top Geara to wie, ze polega na szczaniu do wiadra w miejscu, gdzie krzywo rosnie trawa i popelnianiu samobojstwa z nudow za pomoca zatrutych kielbach) Obowiazkowo musi sie tam znalezc para homo, by reszta mogla kwekac, ze za glosno uprawiali seks, albo para ze 30 lat starsza od innych, by mozna bylo narzekac, ze sa brzydcy i nie wiedza, co to “lajk” na Facebooku i para burakow, ktora uprzyjemnia kompanii podroz bekaniem, ktore podniosloby Lazarza z grobu. Nie czaje przeslania tego programu- ze niby wycieczki masowe sa do dupy? Noo, to juz wiem, w koncu skads musialo sie wziac slowo “MASOchizm”. Nie, dziekuje, przelaczam sie na dekoder Polsatu. I jest godzina 23 polskiego czasu, a to wazna informacja, gdyz…Dzieci, zaslaniac oczka, Stefan z 5B sciagnie wam wszystkie omawiane filmy na torrentach, wiec mozecie wypierdalac na dobranocke.

Pamietacie, ze jednym z moich pomyslow zawodowych jest rezyseria pornosow? Nie zartuje.  Branza porno- czy jest kryzys, czy go nie ma, czy Polska jest zielona wyspa, czy pod posredniakami stoja kolejki- ma nieustanna erekcje finansowa i wytryskuje milionami nomen omen pierdolonych biletow platniczych. Bilet platniczy kreci swiatem i zlapac go w  kieszen nie jet moim marzeniem ze wzgledow kolekcjonerskich. Owszem, umiem oszczedzac na black hour i jakies zmyslone cele- ale wole, by podnosily moj standard zyciowy, niz marynowaly sie po sloikach i ziemskich bankach( jak na prawdziwego Polaka przystalo, nie powinnam oddawac moich PININDZY Zydom i masonom, tjaaa?). Do czego zmierzam? Otoz od czasu do czasu ogladam sobie produkcje spod znaku rozowej landrynki ( pamietacie Rozowa Landrynke? Robila mi dziecinstwo na rowni z adasiami ze swiecacymi lampeczkami, Stadionem X-lecia i kapitalizmem uprawianym na lozkach polowych). Swego czasu bylabym w stanie polecic wam cykl pt.” Instytut rosyjski” lecacy na Polsat Cafe, gdyby nie to, ze:

– Fabula. Juz slysze wasze durne smichy-chichy, ze niby czego ja chce od pornosa i chuj sie znam. Fabula jest taka, ze Instytut to szkola dla panienek, ktore rzekomo sa Rosjankami, choc wiadomo, ze w tym biznesie kreca Czeszki. Przyznaje, raz Insytut mnie rozjebal i to bynajmniej jakas szczegolnie skomplikowana asana-podczas sceny z nauczycielem muzyki dwie panienki zaczely spiewac LULAJZE JEZUNIU (nie, nie bylam wtedy bardzo pijana albo upalona- byla to niedziela i szamalismy sobie wszyscy gromadnie kolacyjke) Po czym odebraly mikrofon od swego belfegora.

Uczennice sa wyglodniale erotycznie, ale ze im wszystko jedno, to kazdy men w zasiegu wzroku jest dobry do zmaltretowania. Obojetne, czy to wozny, koles z kotlowni albo zlodziej, ktory nakurwial salto przez okno z zamiarem okradzenia golych w dupe panienek (raczej doslownie niz w przenosni). Laski czynia wszystkie akcje pospiesznie, gdyz dookola krazy sep milosci, czyli dyra, ktora  ma potrzeby, ale jak przystalo na stare sepiszcze- sama nie skorzysta i innym nie da.

Wszystko milo i fajnie, tylko uczennice w dzisiejszych czasach graja w sloneczko, a zlodziejowi przywalilyby z karata w jaja i na tym jego wielka kariera ograniczylaby swoj rozmach. Poza tym mam wrazenie, ze taka formula, czyli mnostwo napalonych panien w jednym miejscu, tak naprawde narzuca ograniczenia i w pewnym momencie pomysl sie wypala…Nie da sie tych lasek zabierac na wycieczki w poszukiwaniu mineralow na lekcje geografii czy jak?

-Uczucie. To mnie kladzie na lopatki, bo brak tu takowego. Nawet bracia Mroczek probuja wkladac serce w swoje dziwaczne kwestie, wiec sorry- da sie. Tymczasem mam wrazenie, ze te lachony sa jeszcze bardziej znuzone swoimi wyczynami niz potencjalny, myslacy widz. Trudno sie dziwic, bo The Russian Institute leci takim schematem- pojawia sie wacek na nozkach. Zaczyna stosunki miedzyludzkie z lachonem. Drugi lachon przebudza sie i zaczyna sie onanizowac, majac przy tym taka mine, jakby rozkminial, czy zrobic na obiad kapusniak, czy jebnac cos z mrozonki. Moze powinno sie tym paniom pozwolic naprawde robic sobie dobrze, to sie nieco ozywia. Potem dolacza do akcji glownej, macajac obrabiana kobitke po dupie- dalej z nieszczesliwa mina. Glowna gwiazda tego trojkata- zamiast kazac jej uczyc sie “Wojny i pokoju” na pamiec, bo ja dekoncentruje- poddaje sie tym manipulacjom z takim oddaniem z jakim moja kuchenka pozwala sie macac po pokretlach. Facet nie zwraca na calosc uwagi, bo ma wyjebane. Zreszta mysle, ze za chlopem w takiej sytuacji moglaby wybuchnac bomba atomowa, a ten dalej z flaga na maszt. Jesli to ma podniecac odbiorce, to …ja pierdole, chce sie rzec. Jesli mam byc podniecona, to ciuchy maja fruwac w powietrzu, pazury, bicie brzeszczotem po jajach, no niechzesz COS SIE DZIEJE!

-Swiatlo. Slyszalam, ze musza byc trzy zrodla swiatla- key light (podstawowe, chyba) back light (swiatlo z tylu, ktore czyni obraz bardziej trojwymiarowym i glebszym- do obejrzenia na barokowych malowidelkach) i fill light, czyli cos, co w fotografii chodzi jako blysk dopelniajacy, a polega na rozpraszaniu najbardziej wkurwiajacych cieni.

Oswietleniowiec w ekipie Instytutu Rosyjskiego- o ile gdzies sie krecil, bo fundusz mogl byc wyjebany na calkiem ladna lokalizacje i trzeba bylo ciac po kosztach-kuma, ze trzeba uzyc zarowki. Odkrycie to doprowadza do tego, ze jak widze jakies ekszyn, to moja uwage pochlania cien za plecami ofiary zarlocznej nimfomanki. Jawi mi sie to jako zryta odpowiedz na “Upiora z Opery”- niby go nie ma, a ktos tam jednak pociaga za sznureczki, ehee. Ciekawe, co bym powiedziala o tym cieniu po jakims tlustym blancisku.

Jestem rozczarowana- IR to co prawda soft porno, ale jesli soft ma oznaczac “opadl mi z nudow”, to musze przeniesc kierunek badan na RedTube. Wstyd powiedziec, ale akcje erotyczne sa lepsze w Tudorach ( a podejrzewam, ze i u Borgiow niekiepskie, bo to same dymacze byly), niz w filmach z gatunku stricte przeznaczonego do podziwiania wygibasow. Pfee, mamusia sie za was wstydzi. Nie ma porywajacego sexu, nie ma ciasteczek.

Tu z pomoca sluza inne kanaly i zanim moja wiara w boga TeFala upadnie, a wraz z nim odbiornik, zdolam resztka sil doczlapac sie do pilota i zmienic kanal. Uff, przezylam.

Kino Polska- jak nie powtarzaja Jancia Wodnika, to trafiam  zazwyczaj na cos dobrego- kiedys w lato/bodajze w 2010/lecialy filmy z lat 60. i zakochalam sie totalnie w tej epoce polskiej kinematografii. “Do widzenia, do jutra”, “Jutro Meksyk” czy “Niewinni czarodzieje” i jestesmy w domu. Fun Fuckt About M.- Zbigniew C., zwany tez Zbyszkiem Cybulskim i wszystko mi sie wtedy zgadza. Nawet wtedy, kiedy krzyczy “MARYSIA!” i tupie nozka. Poza tym  porucznik Borewicz- Joanna Maria K. jara sie Klossem, ale Kloss to cienki bolo, bo nie robil wywiadu srodowiskowego wsrod dziwek z hotelu Victoria, nie popylal Polonezem i nie scigal dewizowych. Zena, Kloss, zena. Pamietajcie, ze oprocz “Kac Wawa” i komedii romantycznych mamy w zanadrzu pare naprawde swietnych produkcji!!

TVP Kultura- tak, jestem stara panna i jednym z osmiuset widzow TVP Kultury. Chyba zrobie kiedys taka grafike i kaze ja sobie zaprintowac na jakas koszulinke. Tzn. widzem TVP Kultury jestem wtedy, kiedy nie dopierdalaja jakiegos koncercicha na tysiac i jeden puzon. Kiedys podano do stolu koncert bodajze Paco de Lucii ( albo Johna McLaughlina- w kazdym razie ktoregos z kolezkow od “Friday Night in San Francisco”) i to uradowalo mi buziunie. Jesli ktos lubi zagadki intelektualne, to moze podlaczyc sie pod kroplowke kinematograficzna oferowana przez Kulture, ale pod warunkiem, ze nie lata w Marszu Niepodleglosci w pierwszym rzedzie. Obawiam sie, ze film o dwoch chasydzkich Zydach, ktorzy mieszkaja w malym miasteczku, a jeden z nich jest rzeznikiem (heej. Znacie sposob na expresowe ukoszernienie miesa? Trzeba zwinac Gazete Wyborcza w trabke i pouderzac nia scierwo- w ostatecznosci sluzy tu NIE, hihi) Maja ze soba romans, wbrew lokalnym obyczajom i religijnym zasadom. Krazy mi po glowie, ze film nazywal sie “Oczy szeroko zamkniete”, ale sprawdze i dam znac, zebyscie mogli mnie zelzyc za podsylanie takich paskudztw, oh, ah. Placzcie gorzko, ze nie mozecie rzucic we mne kamieniem, krzyzowce. Zwlaszcza, ze drugi film, ktory zapamietalam z takich nocnych sesji, tyczy sie interwencji wojskowej Izraela w Bejrucie ( a propo- czy ktos moze mi polecic DOBRA ksiazke o kampanii szesciodniowej i bitwie o wzgorza Golan? Rozejrze sie jeszcze po uniwersyteckiej bibliotece, ale  jak bedzie thrilling, to chcem miec na wlasnosc) nazywa sie “Walc z Baszirem” i kiedys skresle o tej produkcji pare slow wiecej, gdyz film mnie zmiazdzyl- no chyba ze ktos widzial animowany dokument wojenny, to wtedy zglaszac sie.

TVP Seriale- glownie dlatego, ze noca moge sie podlaczyc pod “Pitbulla” (Vego, oddaj mi choc troche swojego talentu do dokumentow i paradokumentow, a swoje kaszaniarstwo w fabule mozesz sobie zabrac) i komisarza Despero, ktorego wielbie za krotkie i tresciwe rozwiazywanie problemow interpersonalnych, bez pierdolenia w tancu. Po Vedze za rezyserie trzeciej serii wzial sie Xawery Zulawski, a ze ziom leci akcja, to jest na co popatrzec. Wlasciwie jedyna polska produkcja, ktora jest niemal zachodnia, a przy tym bardzo…polska, nie traci swojego pochodzenia. Jest realistyczna po prostu, bo nie wierze, ze zwykly stojkowy moze miec stumetrowe mieszkanie, niczym w produkcjach TVN. A ze policjant musi klasc kafelki u swojego informatora, zeby zarobic na alimenty- to juz predzej.

Comedy Central(ale polskie, bo na Family leci Ray Romano, ktory w oryginale jest ZDEKO lepszy, chociaz mnie nadal nie zachwyca)-ostatnio zmozdzam sie nad monologami stand-upowcow, bo panowie maja pare zajawek, ktore warto im podkrasc.

A i tak najlepszy i nie do wyjebania jest kanal Mezzo, gdzie leca jakies smuty muzyki klasycznej i po pieciu minutach takiej szarpaniny za druty spie jak po relanium. O wiele taniej i milej dla watroby, ktora chowam w szafce na wypadek faktycznego pozostania menadzerem eventowym.

Coz…Porzuccie nadzieje ci, ktorzy ogladaja TV po 22 z zamiarem masturbacji, bo wczesniej odetniecie sobie wacka,byleby pojawily sie znamiona jakiejs akcji.

Normalnym polecam DVD, torrenty albo majne propozycje( czuje sie jak program telewizyjny, ktory plywal po zyburze razem z Tytusem i Litza)

P.S.W weekend w przerwach miedzy odjebywaniem eseju wskocze w buty recenzenta filmowo-ksiazkowego.

I powiem wam moi mili, ze to dopiero bedzie rozpierdol systemu!