Bulwa jego mać!

8 Jun

Tym razem moje gorące pozdro płynie do kolesia, który najpierw dzwonił do mnie, aby w prostej, acz komunikatywnej polszczyznie oznajmić mi, że weryfikacja to zawracanie dupy (“PANI ROZUMI, ŻE JA JUŻ TEJ KARTY NIE UŻYWAM!-Rozumiem, ale jest nadal dodana do konta, więc jeśli Pan nie pamięta jej numeru, proszę zrobić to i to-NO PRZECIEŻ MÓWIĘ, ŻE NIE UŻYWAM!!-Ale jak Pan wejdzie na stronę X w zakładce Y pokaże się ta informacja-NIE UŻYWAM!!”), a potem wydzwaniał do K., której smędził, że nie może korzystać z apki, którą kupił w 2014 roku, po czym stwierdził, że jest trochę prawnikiem, w związku z czym żąda od nas…alimentów, bo nie może używać swej drogocennej apki. A ja za to…

…Czyli jestem akustykiem.

Propos akustyki-proszę do nas nie wydzwaniać z koncertu, podczas męczenia buły z milionem rozwydrzonych dzieci (albo przynajmniej jednym na milion, wyjątkowym w swoim rozbachorzeniu) czy innej okoliczności, z powodu której chuja słychać. No chyba, że rozmowa ma polegać na niesłyszeniu się nawzajem, to wtedy spoko.

Dla zobrazowania dla intelektualnych sceptyków: tak właśnie wygląda próba usłyszenia kogoś, kto dzwoni z dupy świata (!), a w tle drze się bachor i jakaś Graża.

Ale nie martwcie się; zostałam dziś wybrana do zaszczytnej roli królika doświadczalnego do projektu “Manipulacja klientem, a ocena pracy”. Od tej pory już nikt nie odważy się napisać do nas, tak jak do mojego kolegi M.-“Mam za przeproszeniem już dosyć Pańskiego pierdolenia”, bo stąd już niedaleko do niechcianej ciąży, której życzył mi jakiś inny pacan.

Szkoda tylko, że znowu nas przenoszą z całym mandżurem w cholerę, a moją koleżanką po lewicy zostanie Bulwa, której przymioty opiewałam w poprzednim poście. Zdecydowanie wolałam mieć ją z tyłu, bo w najwłaściwszej dla siebie lokalizacji, tj.w okolicach mego rowa.

Juhuuu!!!

Ale za to jutro jadę na Download Festival do Derbyshire na System Of A Down, więc chwilowo nie mój cyrk, nie mój problem. Ciekawe tylko, co by było, gdybym żyła, by pracować, a nie pracowała, żeby żyć?

Telefony pełne Napoleonów

24 May

Był urlop, urlop się skończył, powrót do korporzeczywistości. Rewelacji nie ma, siedzimy tuż pod dachem, więc przed deszczem jest duszno, a w słońcu gorąco-próby włączenia klimy kończą się najazdem Turków i Arabów, którym podobno zimno, a w najlepszym razie odsieczą z góry mikrobów, zamieszkujących wentylator (prawie jak wąglik) 

Jaśnie Kierownictwo miłościwie pozwala nam przynosić książki do roboty-wcześniej nie mogliśmy, bo niby mieliśmy na nich zapisywać dane klientów (ooo taaaak, o niczym innym nie marzę, tylko o marnowaniu knig na jakichś cebulowych Januszy ze Świętajna), więc mam dylemat, bo nie dość, że nie mam się w co ubrać, to za chwilę nie będę miała co czytać.

I co z tego? Na drugi dzień po urlopie miałam już pierwszy sukces, bo jedna baba chciała pisać na mnie skargę. Kiedyś może to było emocjonujące, teraz zaznaczam sobie za każdym takim smętem kreskę na ścianie, więc cieć w biurze ma przeze mnie myśli samobójcze. Inny przekonywał mnie, że jego dowód osobisty musiał być widoczny, skoro robił jego fotkę NA NODZE. W samochodzie, droga Pani, W SAMOCHODZIE!!! Pani mnie da tych tam z działu bezpieczeństwa do telefonu, to im powiem, jak nie widzą!! JAK TO NIE MOŻNA?! MI ODMAWIASZ?!?! STRACICIE KLIENTA!!!(I to jest moment, kiedy zaczynam na trybie incognito szukać nowej torebki/bluzki/czegokolwiek, co kupię za kolejną nabitą na licznik godziną użerania się z debilem, wtrącając od czasu do czasu niezobowiązujące “tak, doskonale rozumiem Pański punkt widzenia”).

Ale gość, który zadzwonił do nas, żeby oznajmić, że Murzyni podsłuchują go przez telewizor, bo zainfekowaliśmy jego urządzenia szpiegującymi wirusami, żeby..żeby…a chuj tam, nie wiem, jak trafił na mnie, to w trosce o swoje zdrowie psychiczne słuchałam go raczej symbolicznie, rozjebał mnie na fragmenty.

Później wieka do trumny dobił gość, który stwierdził, że SMS od wróżbity Tadeusza zablokował jego telefon. Czy wróżbita miał czarną, powłóczystą suknię i Maybacha, tego niestety poszkodowany nie potwierdził.

Wielkie kurwa dzięki, moi drodzy. Dzięki Waszym pomysłom nie tylko moja rodzina nie wierzy, że nie pracuję w psychuszce, tylko w biurze. Teraz nawet ja w to nie wierzę.

Współczesny Spartakus, czyli korpoodbyty tłuką się o urlop

2 Apr

Zaczęło się niewinnie, czyli od zapotrzebowania na nowe ryje w pracy. Ja i W. dostałyśmy ambitne polecenie rekrutacji według oceny testu pisanego i mówionego. Na ile można było odstrzelić kretynów, którzy pisali “komurka slurzy do dzwonia, a także jej funkcją jest wykonywanie połączeń telefonicznych”i tych, którzy przerzucali swoje elaboraty przez translator Google (po co Polak tłumaczy tekst napisany po polsku…na polski przez auto-translatora?! A walić się w imię dziewictwa też umiejo?), na tyle odstrzeliłyśmy, ale w międzyczasie rekrutacją zajmował się ktoś jeszcze. 

Dzięki temu trafiły do nas 4 osoby, z czego dwie dziewczyny są normalne i starają się kumać, co się do nich mówi, oraz dwa przypadki…cięższe. Stanowi to swego rodzaju rozrywkę, choć z drugiej strony bombardowanie pytaniami z dupy z ich strony i następny nalot dywanowy po stronie klientów w kółko przez 8 godzin dziennie wyjebują mnie z kapci.

Jednostka męska po usadzeniu niczym przedszkolak pod okiem W. zaczął ogarniać. Wcześniej nie trafiały powtarzane do wyrzygu wykłady o procedurach i czynnościach ( A Kapitan Bomba na to…), za to z miejsca zaczaił system rezerwacji urlopu. Sprawa jest prosta-dwie osoby z zespołu jakoś mogą pójść na urlop, ale kto pierwszy wbije się w system, ten lepszy. Był lojalnie uprzedzony, że jako młodszy stażem może poczekać grzecznie w kolejeczce, bo liczy się moment wpisu do kalendarza, no ale…Któregoś dnia chciałam przenieść wpisy z kalendarza do systemu,a tam zonk, moje sierpnie poszły się ciupciać!! Zaglądam do kalendarza, a tam nasza gwiazdeczka szaleje. W. się nieco zakurwiła i poszła go prostować, na co następnego dnia przyleciał do mnie kiero i zaczął stękać, że kolega nowy, że trzeba dać mu szansę, że bla blabla, że mam się nie opierać o pierwsze wrażenie, że makaronów sto. Wzdycham na to i rzucam taką orację:

-Spoko, ale kolega sprawia wrażenie, że nie ma chęci na jarzenie czegokolwiek dotyczące pracy, ale system urlopowy ogarnął raz dwa, więc nie dziw się takiej reakcji po naszej stronie.

-Może był rozkojarzony, kiedy mu coś mówiłaś, a może nie był zainteresowany…

-COOO?! I tak spokojnie przyjmujesz do wiadomości, że starszy stażem przekazuje coś młodszemu, a on wbija w to lachę?! Czy ja dobrze słyszę??

To się zaczęło jakieś korpo blabla, chyba o współpracy i komunikacji w zespole, ale teraz dla odmiany ja nie byłam zainteresowana. Powiedziałam tylko, że spoko, jak będą coś chcieli, to pomogę, ale bez rzucania kwiatków pod stopy i rozwijania czerwonego dywanu. A tak poza tym to chcę urlop, czekoladę, draże i baton.

No dobra, kolega jakoś się wyrobił jak żelbet z promocji i jest miły (tj. już skończył z żarcikami o ciągnięciu druta, jak go spytałam, czy występował w roli płatnika czy obsługującego), ale jednostka żeńska, zwana Bulwą, oh jej, to dopiero historia.

Bulwa jest wrzaskliwa, tj. formułuje swoje zapytania z drugiego końca biura, drąc ryj-kiedy robi to za moimi plecami, przechodzą mnie ciarki, zwłasza, gdy kończy je perlistym HYHYHY. Nawet się nie wtrąca w rozmowy, tylko się bezceremonialnie wpierdala, a trochę głupio dorosłej babie tłumaczyć, że mamusia za takie zachowania zapomniała ją usadzić na karny jeżyk. Bulwa jest 20 cm ode mnie niższa i tyleż samo kilo cięższa. To jest akurat najmniejszy problem; najgorsze jest to, że nadal wielki chuj ogarnia z całej tej roboty. Nie umie nawet powtórzyć tego, co się do niej mówi i 5 minut później odstawia w kolejnej sprawie podobnej do tej sprzed chwili dokładnie ten sam kaszan.No i mówi najbardziej przerażające słowo świata-PIENIĄŻKI. JEZU, KURWA, BOŻE, JESTEM NA NIE.

Mamy jej pomagać, dobra, niech będzie i tak. Ponieważ Bulwa na szkoleniu zajmowała się plotami, kiedy dzwoni klient, ona drze ryj o pomoc, przerzuca klienta na linię oczekującą i zaczynają się cuda. Bo pytamy, na czym polega problem, a ona nie wie. My też nie wiemy. No to ktoś musi nad nią stać i dosłownie dyktować, o co ma pytać; i tak połowy rzeczy po drodze zapomina.Potem trzeba pokazać palcem rozwiązanie na ekranie, a najlepiej wpisać jego nazwę na ekranie, bo powiedzenie go też nie jest gwarancją sukcesu. Aha, Bulwa ma 21 lat, w UK jest od prawie 10-ciu, a jej angielski zarówno w wersji pisanej, jak i mówionej przypomina mi piosenkę o forfiterze, którego wypasał szwagier, co też jeździ mi po bębenkach usznych niczym wibratto Zenka Martyniuka-na trzeźwo nie zniesę, ale przynajmniej po pierwszej butelce winiacza śpiewam razem z nim. Najlepiej to ilustruje reklama jego byczego enerdżi driniacza, który mi poleca swym czarującym barytonem.

Bulwa chyba ma dwie szare komórki, a te w wyniku zderzenia się na sobie wyznaczonych torach jazdy doprowadziły ją do wniosku, że lepiej nie pytać mnie po raz 15-sty w ciągu godziny o to samo, choć starałam się być grzeczna i nie cisnąć jej od najgorszych, tylko starałam się ją doprowadzić do właściwej procedury, zadając różne pytania, żeby przez odpowiedzi wycisnąć z niej, co trzeba. Po pierwszych 10 minutach wiedziałam, że szuka leszcza, który odwali za nią całą pańszczyznę, a szelest sam się będzie zgadzał w kieszeni. Nie dałam się wciągnąć w tą zabawę, bo po prostu kurwa N.I.E, czemu jakaś księżniczka Cebulandii ma siedzieć i wzdychać, a ja mam cisnąć jej i moją robotę za damski chuj? ( O nieee, sorry, w korponarzeczu nazywa się to PERSPEKTYWA ROZWOJU DLA OBIECUJĄCEJ KADRY, którą odczułam najlepiej, kiedy moje dwie aplikacje na wyższe stanowiska poszły się jebać) Ćwiczyłam już ten temat w poprzedniej pracy i dziękuję bardzo.

Efekt jest taki, że poleciała do mojego kiero i mu oznajmiła, że sprawiam, że czuje się przeze mnie…głupia.


Nie ma to jak spojrzeć prawdzie w oczy i nadal jej wmawiać, że jest ściemą. Od siebie dodam, że spojrzałam tylko na naszego capo di tutti i rozłożyłam ręce, no bo albo chce, żebym kogoś czegoś nauczyła, albo żebym klaskała z uznaniem, gdy ktoś odstawia teatrzyki z dupy.

Popis buractwa Bulwa odstawiła podczas naszej imprezki zespołowej, kiedy na niezłej najebce zaczęła cisnąć do W. że ta jej niby zabrała urlop, a ona potrzebuje, bo buduje dom i gruz się sypie (??? i dlaczego urlop bierze we…wrześniu???) , zarówno po polsku, jak i po angielsku. Nikt nie był w stanie przemówić jej do rozumu, nawet jedna Włoszka, która ją zjebała; w pewnym momencie stanęłam między nią a W., bo zaczęła machać łapami, co niechybnie skończyłoby się wpierdolem.

-Słuchaj K., jesteśmy poza biurem, więc daruj sobie takie wrzaski, bo mogłaś dzisiaj rano to ogarnąć-westchnęłam.

-Alemójdomgruzkafelkidompieniążkijachcęurlop!!!

-Zacięłaś się? Poza biurem nikt Ci tego nie załatwi, co sobie wyobrażasz?

-W.zabukowałaurlopjachcędwadniwtymsamymczasiejakmogłazabukowaćurlopdommöjjamuszęjechaćblablabla

-A W. ma prawo to serdecznie jebać, bo rezerwowała urlop, zanim żeś zakumała, że firma C. wogóle istnieje. Tym bardziej Twój gruz.

Nie przeszkodziło to w poniedziałek rano chwalić się Bulwie, że jej men musiał stawać w trybie alertowym po melanżu, bo Karolinka chciała ubarwić swym bogatym wnętrzem jego bezcenne wozidło (niech zgadnę-Volkswagen Passat 1.6 TDI kombi pseudonim Passerati? Audi A4? ) Oczywiście zakończyła tą tyradę obowiązkowym HYHY. Debilom to się jednak łatwo żyje, zawsze to powtarzam.

Na koniec chciałabym napisać jakieś zajebiste podsumowanko, jakąś górnolotną klamrę kompozycyjną, ale nic mi nie przychodzi do głowy oprócz tego, że niestety tego typu postaci wśród Polaków rzucają się tubylcom w oczy i nie świadczą o nas najlepiej, co w ostatecznym rozrachunku zagrało całkiem skutecznie, bo spowodowało falę nastrojów i manipulacji, które przyczyniły się do Brexitu.

Ale spoko, jak patrzę na takie elementy, to mam sama chęć zrobić od nich Brexit, byle jak najdalej. Tylko czy to możliwe?

Jeśli…

9 Mar

jeśli miałeś/miałaś chujowy dzień, w pracy wkurwili debile, małżonek rozrzucił skarpety po chacie albo małżonka przeputała cały szelest na DVD z Ewą Chodakowską i buty z Chin, dzieciary nie odrobiły lekcji po raz dwudziesty w tym miesiącu i mają wyjebson, pomyśl, że jednak mimo wszystko nie jesteś Polską, która głosuje przeciwko Polsce, motywując to tym, że w przeciwnym razie nie będziesz mógł reprezentować Polski.

Oglądam właśnie wiadomości w Polsat News na przemian z TVN oraz TVP i jakoś tak oczom nie dowierzam.

Baleron mocy, czyli w przyszłym wcieleniu będę koksem

24 Feb

Niczym baba, która sprząta przed przybyciem sprzątaczki, przed pójściem na siłkę wzięłam i schudłam, żeby wstydu nie było. Teraz portki gimnastyczne zjeżdżają mi na tyle skutecznie z dupy, że można się przyglądać moim przysiadom z nowej perspektywy. Błonnik, cytryny, warzywka, owocki, zielona herbata i oglądanie ciastków od lipca do stycznia na wyszukiwarce Google i co? 10 kilo w dół i opcja poszukiwania cycków w Archiwum Iks, więc redukcja poszła się jebać. Teraz rzeźbimy niczym Pudzian bez Popka, który ponoć ustalił swoim sportowym chuizmem nową jednostkę czasową po legendarnych “gołotach”. Dont łory, Popuś! Polskie buraczany z miejscowych fabryk nadal Cię kochajo, a nawet identyfikują się z Tobą jeszcze bardziej, bo jadą ze swoim idolem na tym samym wózku epickiej klęski.

Całe życie tak a propos sukcesów sportowych z dupy cieniowałam z WFu, tj. nie mieściłam się w jakichś dziwnych normach z tabelek, bo z gimnastyki najlepiej ogarniałam przewracanie kartek w książkach, tarmoszenie ich z biblioteki i mruganie powiekami na czas.Moje słabe serduszko nie zgadzało się na sprint, w przeciwieństwie do durnej wfistki z podstawówki; pozdrawiam z tego miejsca środkowym palcem. W gimbazie było lepiej, bo tam nauczycielka nie była nawiedzona; wymyślała mi inne ćwiczenia, albo np.referat o Krav Madze i muszę przyznać, że wtedy poluhiłam WF, a cztery godziny WFu z rana robiły naszym kręgosłupom na pewno lepiej, niż taka sama ilość godzin religii czy innego bzdeta dla nawiedzonych kucht. W liceum prawem serii trafiłam z kolei na babę, która uważała, że robienie brzuszków jest zajebiste do rodzenia dzieci, w każdym razie chyba koniecznie chciała, żeby cisnąć z niej bekę.

Tak oto na WFie podobał mi się najbardziej unihokej, bo mogłam bezkarnie napierdalać kijem laski, które mnie nie lubiły, siatkówkę, bo na rozegraniu rozpiżdżałam przeciwną drużynę, no i moje trampki też lubiłam, bo były niczym tanie wino-dobre i tanie, a przy tym kolorowe, jak paw po tymże. Może miałabym inne podejście, jakbym w międzyczasie jeszcze nie zjechała ryjem po asfalcie i nie zostawiła pozostałości prawej jedynki w Królikarni-przejazd hulajnogą też nie był dla mnie.

Ale ile można siedzieć na dupie w biurze i czekać, aż będę wyglądać jak angielskie rozlazłe babska z biura Tesco, które składają się z bekonu, czipsów i mięsnych pajów? Bleee, miażdżyca płacze ze szczęścia, a cholesterol nakurwia radosne salto. Złapałam Vlada za frak i wykupiliśmy sobie wejściówki na siłkę, wraz z tłumem popaprańców, którzy spełniali postanowienia noworoczne. 

Wszyscy, którzy kwęczą, że na początku jest ciężko, mają rację. Nam na przykład nie chciały się otworzyć drzwi i nie łapały PINu, więc piliśmy, ale właściwie nie połykaliśmy. Dopiero interwencja telefoniczna otworzyła nam wrota do świata koksu i białka w proszku.

Tak oto pierwsze co zobaczyłam na wejściu, to dziadka, który zawzięcie pakował na bice, laski, które głównie interesowały samojebki (myślałam, że to miejska legenda, ale jednak nie, niektóre dupy naprawdę turlają się na siłkę w tapecie, jebią milion zdjęć, zrobią dwa niemrawe kroczki i idą w diabły), jedną pannę rozmiaru King Konga z mojej roboty też przyczaiłam. Wzruszają mnie chłopcy, dla których dzień nóg jeszcze nie nadszedł i od góry do pasa są rozmiarów Dwayne’a Johnsona, a od pasa w dół mają nóżki cienkie jak zapałki z Lidla. Ale nikt nikogo nie krytykuje i nie wytyka paluchami, za to goście rozmiaru szafy gdańskiej, którzy w PL mogliby składać CV do Pruszkowa, grzecznie puszczają mnie na różne koła tortur, choć wyobrażałam sobie, że będzie inaczej.

Lubię bieżnię, wiosełka, lubię męczyć mięśnie pleców, bo paradoksalnie po obciążeniach już zapomniałam, co to ból plecaczka, ambicjonalnie jadę półdupki i mięśnie brzucha w nadziei, że kiedyś wykrzesam z nich coś więcej niż miętką galaretę. Z czegoś, co przypomina kawałek ruchomych schodów usiłowałam spaść z najgłośniejszym JA JEBIĘĘ WŁAD STOPUJ TEN SZIT w całym Dorset, ale i tak było spoko.

No ale na chuj jaśnisty komukolwiek ROWEREK, którym nigdzie nie można dojechać, a po przejechaniu kilometra spalam na tym złomie 3 kalorie?! To mniej niż plasterek cytryny, BEZ PRZEGINY.

A najbardziej w siłce podoba mi się to, że mogę wypocić wszystkie wkurwy dnia i debili, którzy nie wiedzą, o co im chodzi i zawracają o to dupę wszystkim dookoła, więc cytując lachony reklamujące pasztety, pozdrawiam i polecam.

P.S  Chodzenia na siłkę tuż po pracy nie polecam, bo wtedy jest tam dziki tłum.

P.S 2 Na siłce trzeba dużo pić, żeby się nie odwadniać, co ma wadę, bo odwadnianie w postaci szczania po takim żłopaniu następuje o 4.37, czyli wtedy, kiedy budzik mówi “hihihaha i tak zadzwonię za 5 minut o 6.20, korpoodbycie!!”.

Piątunio-Kotunio

17 Feb

A z okazji Dnia Kota życzę każdemu, żeby miał swojego własnego mrauczaka do kochania, który będzie robił do niego notabene ‘miau’ całymi dniami.

Jaro już ma, a Ty? Gdzie Twój oszczybut?

Odezwa o charakterze okołoświątecznym

21 Dec

Wszystkim klientom, którzy przez pół roku nie odpisywali na mojego maila, a potem nagle piszą (cytuję w całości) “proszę o kontakt”, bez podania godziny lub przyczyny nagłego pociśnięcia, pragnę przekazać prezent w postaci KONTAKTU.

Tym, którzy mówią, że “wie Pani, coś mi się pokazało na ekranie, kliknąłem na coś tam coś tam i pojawił się komunikat, że coś, ja kliknąłem, że tak, a potem wszystko mi zniknęło. Czy będzie umiała mi Pani pomóc, żebym wszystko odzyskał?” proponuję…dobra, odechciało mi się proponować.

Kolesiowi, który wydzwania do nas drugi dzień z rzędu chcę przypomnieć, że nazywanie nas szmatami, kurwami i pustymi łbami nie pozwoli nam na weryfikację jego konta, co najwyżej ciężkiego buractwa. Chcemy też podarować mu w prezencie blokadę, żeby zachował podobne uwagi dla siebie, natomiast muszę przyznać, że po mojej rozmowie z tym delikwentem jestem już tak pro, jak policjant Majami z nowego Pitbulla podczas rozmowy z pedałem. Brewka nie tyka mi nawet wtedy, kiedy gość drze się jak histeryczna baba, że jak nie mogę mu zwrócić kasy, to mam mu oddać z własnych pieniędzy. Szkoda, że w pakiecie nie zażyczył sobie pierdnięcia w oponkę i zrobienia laski przez nomen omen druta.

Raperowi, który się jąka (podczas wyzywania jakiejś kobitki, idącej po drugiej stronie ulicy podobno odzyskał władzę w aparacie mowy) pragnę przekazać, że nikt nie kuma jego maili, przy których Marcel Proust i jego opis szamania ciastka, wleczący się przez pół “W poszukiwaniu zaginionego czasu” to po prostu intelektualne M jak Miłość. 

Jaki kraj, taki 50 Cent, w tym przypadku cały czas chcę wierzyć, że to tylko taki eksperyment artystyczny i za chwilę się okaże, iż w istocie napierdalamy w nawijkę z Salvadorem Dalim blokowiska i tłustych bitów.

Wszystkim za to życzę po równo, aby przed telefonem do nas włączyli jakiekolwiek wiadomości z kraju i ze świata, żeby nabrać dystansu do swoich problemów z pobieraniem aplikacji, działaniem Instagrama albo innych takich. 

Chyba że od błędu -11 z aktualizowaniem Whatsappa wolą mieszkać w Aleppo w ruinach swojego dawnego domu, być przejechanym przez jakiegoś fanatycznie zorientowego popierdoleńca podczas popijania z przyjaciółmi grzanego wina na jarmarku świątecznym, lub dla odmiany chcą koniecznie zamienić się z Jazydkami i zostać niewolnikami ISIS, to wtedy SPOKO. Ludzie, plis, lubię swoją pracę, ale za każdym razem jak słyszę magiczne “Mam problem”, to się zastanawiam, gdzie jest granica pomiędzy prawdziwym problemem, a jedynie drażniącym na dłuższą metę bzdetem. 

Mam nadzieję, że kiedyś się dowiem.

Krótka rzecz o Mikołajkach

7 Dec

Pamiętacie te piękne czasy, kiedy na Mikołajki dostawaliście skarpetki w elfy, słodycze, elektryczną kolejkę albo Simsy na CD Romie? (Teraz pewnie hulają na Steamie). Wtedy działo się tak, bo byliście mali. A co dostają dorośli na Mikołajki?

Ja dostałam ból prawego jajnika, Joanna Maria K. gorączkę, a kapitan Vlad wpierdol za zarażenie jej wirusem (oby nie HIV), do odebrania, jak wróci z roboty.

Życie moi drodzy, życie!

Jeb z chujinki

1 Dec

Dzisiaj nastąpił historyczny moment, bo po raz pierwszy w tym roku zalożyłam skarpetki na płetwy, taka była pizgawica. Na ulicach stoją już choinki na sprzedaż, a wielorybie mamuśki ciągają się po sklepach, żeby wypłatosić swoje zasiłki na jakieś artefakty kapitalizmu. Na Malcie w temperaturze 20 stopni weszłam do McDonalda, gdzie leciały piosenki świąteczne, a za oknem szumiało morze, zamiast bałwanków na ulicach krążyły jaszczurki i najebane Angolice.

I pomyśleć, że jeszcze wczoraj odpalaliśmy z Vladem noworoczne fajerwerki, a  za chwilę skończymy ten rok. Moment wcześniej pisałam maturę, jeszcze wcześniej podczytywałam Pana Tadeusza w przedszkolu, a inne bachory nie do końca składały litery.

Wszystko to po to, żeby życie zapierdalało potem z prędkością światła w jakimś korpo i użeraniu się z pajacami, którzy na pytanie, z jakim telefonem mają problem i im nie hula, odpowiadają:”ten, z którego dzwonię, niech se Pani sama zobaczy” (ooo tak, przez kabel) albo na pytanie, za jakie zamówienia chcą dostać zwrot odpowiadają “No jak to za jakie, za te, które zrobił mój syn”, bez doprecyzowania, które to właściwie są bo przeż kurwa przykładam szklankę do monitora i podsłuchowywuję, jak Piotruś przerzuca kapuchę tatusia widłami z tabletu na telefon i na odwrót.

Pozdro idzie dla odmiany dla gościa, który ostatnio życzył mi “wszystkiego dobrego wieczorem” (No owszem, Vlad wrócił wcześniej z roboty, ale…bolała go głowa. Dżender, kurwa!). W sumie jak mi kumpel Vlada opowiadał, jak wyglądają jego zajęcia w szkole policyjnej, na przemian z pokazem, jak gangusy formują kreski koksu, to był istotnie dobry wieczór, więc dzięęęks mejt.

Innymi słowy viva la korpo żywot!


Ten ziomek przypomina mi moje poranne ryło w pracy. Później ryło nadal jest niewiele lepsze.

Fuck Google, ask me

12 Nov

W mojej pracy mamy złotą zasadę-chuj z poniedziałkami, bo są najazdem husarii Cebulandii.Ostatnimi czasy poniedziałki trwają cały tydzień. No bo jak inaczej nazwać coś takiego:

-pani pyta się, czy możemy jej sprawdzić rozkład jazdy pociągu ze Zgierza do Krakowa na poniedziałek rano. Myślała, że dodzwoniła się do wyszukiwarki Google. Niedługo ludzie będą konsultować z nami objawy chlamydii i postanowienia traktatu brzeskiego.

-inna kobitka darła się, że mam do niej natychmiast przysłać elektryków, bo jej pralka zaliczyła zjebson. Nie byłam w stanie jej przetłumaczyć, że nie mogę tego dla niej zrobić, bo to nie moja półka; numer do nas dostała podobno od administracji. Szkoda, że nie dostała numeru do centrum pomocy Jehowych Serduszko Puka W Rytmie Mojego JebJeb W Twoje Drzwi.

– na koniec pewnej rozmowy:

-Czy ma Pan jakieś pytania, czy czegoś Pan jeszcze potrzebuje?

-Tak, Pani numeru telefonu, ma Pani niesamowity głos ( taa, ostatnio faktycznie dowiedziałam się, że brzmię jak kobitka z radia Trójka, mamy podobne R, które na szybkości staje się L). Czy muszę dodawać, że w tle było słychać dziecko delikwenta podczas zabawy?

-Pan, który nie mógł pogodzić się z tym, że nie dam mu kodu karty upominkowej, dopóki nie potwierdzi mi, że jest właścicielem konta, na którym ma wylądować saldo. Dowiedziałam się, że powinnam mieć więcej pokory wobec życia i że powinnam wstydzić się swojej pracy. Sorry mejt, tych 40 zeta za godzinę słuchania podobnych smętów raczej się nie wstydzę.

-Le Redaktor portalu o Androidzie, który upierał się, żeby pisać do mnie po angielsku, a chciał usunąć film ze swojego konta. Dwa dni z rzędu tlumaczyłam mu subtelną różnicę między usunięciem filmu z konta, a z biblioteki. Myślałam, że chociaż mnie opisze na swoim portalu, ale chyba mu się odechciało, jak zacytował mi wpis z forum pomocy Google, który niby potwierdzał, że film da się usunąć z konta, a ja mu odpowiedziałam cytatem z posta napisanego trzy linijki dalej, który jednak potwierdzał moją wersję. Szkoda, chciałam zostać znanym kurwiszonem z Google, który nie zna się na swojej robocie, ale nie wyszło.

-Inny gość myślał, że jak kupuje utwór, to nabywa prawa autorskie do wykorzystywania go w swoich filmikach. Czyli innymi słowy kupując “Aces High”, miał automatycznie zostać Lemmym Kilminsterem. Musiałam przeczytać 15 stron prawa autorskiego, aby go przekonać, że jednak nadal jest Jankiem Kowalskim, kupującym prawo do odtwarzania, ale nie podpisywania się pod dane dzieło. No i chuj no i cześć, skończyło się rumakowanie. I ten krejzi motyw-jednego dnia po zakupie Sonaty Księżycowej jesteś Beethovenem, a drugiego Niemrawym z Rammsteina, który scenicznie pogrywał sobie w chuja.

-Rumakował  za to koleś, któremu nie mogłam zrobić zwrotu na 24 zeta, wykrzykując mi, że mnie za to upierdoli (widocznie posiadł moce Harry’ego z Tybetu, skoro mógł to zrobić na odległość), nagrywa naszą rozmowę (ostatnio coraz częściej to słyszę, czyżby sekstaśmy przestały być trendi?), mam mu oddać z własnej kieszeni (tu prychnęłam w kawę, bo aż szkoda robić miedzynarodowy transfer na 5,5 funta) itepe, itede.

24 zeta. 8 browarów z Żabki albo 0,5 litra orzechowego Soplicy z Biedry. Tyle wygrać od żydomasonów z Google! A moja racja jest najmojsza i najcebulowsza, wy międzynarodowe, oszukańcze szmaty! To mówiłem ja, Cebulosław Pierwszy.

-Miło wspominam rozmowę z kolesiem grającym na weselach-ja mu opowiadałam o koncercie Sabatonu i mamie Vlada, która wojuje na techno trzęsiawkach na Ibizie, a on o zjebanych gustach nawalonych Januszów. Dogadaliśmy się.

-Dowiedziałam się od jednego klienta, że “90% ludzi na infolinii to debile” (też tak myślałam, ale teraz wiem, że często głupie i nielogiczne przepisy wewnętrzne danej firmy…), więc pochwaliłam mu się dyplomem zagranicznej uczelni. Wtedy powiedział, że nie miał mnie na myśli. Czyli innymi słowy nie powinnam czuć się urażona, więc zaliczam dzień do udanych.

-Ostatnio przepycham się z panią…psychiatrą z Łodzi, jest kompletnie niewspółpracująca, ma głos Smerfa Ważniaka, nie chce odbierać maili (czyżby nie umiała?) i nie widzi nic złego w odbieraniu telefonów przy pacjentach. Obczajcie taką opcję-gość wbija do niej z depresją, a ona Sorry mejt, idź się powieś, bo mnie tu Gugle jebło. Obawiam się, że po kolejnej serii telefonów ten protest song będzie mi się odtwarzał na dozgonnym replayu w umyśle. Innymi słowy ZBAŃCZĘ.

-Za to było mi miło, kiedy zadzwoniłam do rodziców, których dzieciak narobił zakupów na szacowną kwotę, przy użyciu debetówki, na którą przelewali oszczędności. Udało mi się do nich dodzwonić w dniu urodzin pana domu i powiedzieli, że nikt im nie zrobił lepszego prezentu, pokazując tym samym, że ma poważne podejście do pracy. Chcieli mnie nawet wyściskać przez telefon 🙂

Uff, dobrze, że niebawem urlop-w czwartek nakurwiam salto na Gatwick i lecę na Maltę!!! W ciepełku ostatnie, o czym będę myśleć, to jakieś sfochane świry, lekarzyce i pajace; coś czuję, że tego mi właśnie potrzeba. A czego Wam potrzeba?