Jeśli nie wiesz, gdzie jest kot…

19 Oct

…To znaczy, że jest wszędzie. A dwa koty są wszędzie dwa razy bardziej.

Dzień 2. Nadal jestem talerzem, a Yeni woli być chochlą. Dwunożne debile się cieszą, bo jeszcze nie wiedzą, że robimy ich w człona, brzdęczą coś o lajkach na Facebooku.


Kot typu kisiel i ciastka.


A czy Twoje jaja też mają takie ładne futerko?


Mówisz, że trzy zdrowaśki w piekarniku wystarczą?


Daj napisać posta na blogaska, prooooszę, proszę, proszę!


Nie pasuje mi do outfitu…


Dzisiaj będę książką. P. S Hełm MO jak najbardziej prawdziwy i epokowy, dostałam w spadku po wuju Wawrzonku.

Advertisements

A Ty jedź, autobusiku

2 Oct

Wszyscy dookoła ględzą, że powinnam zrobić prawo jazdy, na co pukam się w czoło, bo koszty samego ubezpieczenia by mnie zabiły, potem paliwko, choinki zapachowe do Stara i inne przyjemności, no niee, chwilowo dzięki.

W tym poglądzie utwierdziła mnie scenka z autobusu, którą trawię od tygodnia. Otóż do autobana wbija angielska rodzinka, czyli mamusia rozmiaru XXXL (i nie, nie będę jej poprawnie politycznie przyklaskiwać, bo jak mogłam się wziąć za siebie i schudnąć 20 kilo, to znaczy, że jest to możliwe, a jej łydy szerokości mnie całej w pasie to był obraz rozpaczy nad Walkiriami), synuś nielat, ale chyba już z dostępem do Pornhuba i tatuś typu wypłosz. Ona siada z przodu, on z tyłu, synuś tuż za moimi plecami. Ona gmera przy telefonie, obok siada jakiś młody koleżko i próbuje nawijać przez swoją elektroobrożę. Nagle słyszę jej wrzask, borujący w uszach:

-MÓWIŁAM, ŻEBYŚ TEGO NIE WRZUCAŁ NA FEJSA!-i drzy tak to wielkie papsko przez cały autoban, żeby info dotarło do małżona z tyłu i rzecz jasna wszystkich pośrodku, siłą rzeczy wciągniętych w dramę. On coś niemrawo tłumaczy, że nie chciał jej smutać, ta drze się całym jestestwem, aż jej cellulit na udach faluje, a to odkrycie zawdzięczam jej wysmakowanej stylówce pt. prześwitujące legginsy. I tak z dobre pięć minut, aż młody koleżka z telem przy uchu orzekł:

– Czy możesz się zamknąć? Chuj cały autobus obchodzi Twój fejs, a ja nie słyszę, co mi ziomek nadaje.

Ta wpadła w śliwkową purpurę i wrzasnęła, że nie będzie jej mówił, co ma robić, czyli zachowała się jak każdy Angol, który myśli, że coś mu się należy, ale jeszcze nie wie co.

Dobra, temat fejsa przycichł, mistrzyni nieboskłonów tym razem wpisuje adres na mapach Google. Tym razem synuś musi jej przeliterować, bo rodowita Angielka nie zna pisowni nazwy jednej z okolicznych dzielni. Spoko, gdyby ktoś inny nie ogarniał, to też się podzieliła tą wiedzą z całym autobusem. Młody koleżka wysiada, ja poważnie myślę, czy nie powiedzieć babie, że mogę jej to napisać, pod warunkiem, że się przyzna, czy głosowała za Brexitem i gdzie kupuje portki, skoro ja nigdzie nie mogę znaleźć swojego rozmiaru. Zamiast koleżki do autobany wbija…szkocki kowboj, znaczy się kapelutek, pas i buty ewidetnie zajebane jakiemuś nocnemu kowbojowi, ale akcent północnoangielski, jak w ryj z ostrogi strzelił. Koleś oznajmił swoje przybycie nie tylko skrzypieniem ze swoim giermkiem, ale mega pierdnięciem.

No gdzie ja kurwa jestem i za jakie grzechy, i jeszcze się smętnie masturbuję do znajomych, że zarabiam 5300 zeta po podatku i nikt mnie jeszcze nie wywiózł na taczce z UK, tak jak to trąbią w Wiadomościach -myślę. Czy gdzieś jest jeszcze ostoja normalności wśród tych zjeboli?

Wyglądam za okno, patrzę na pub, a tam grupa ziomeczków przebranych za rekiny. PLUSZOWE REKINY. Dobra, chuj, odechciało mi się normalności.

Nagle jakiś facet spytał całkiem przytomnie rozdartej grubaśnicy, czego się drze do swojego wybranka życia, zamiast usiąść koło niego i wtedy- jak to malowniczo określa Kapitan Vlad-strzelać z pizdy.

-Bo on mnie wkurwia!

-To po co go zagadujesz?

-Nie zagaduję, tylko mu mówię, że mnie wkurwia.

-Ale wszyscy to słyszą, w sumie niepotrzebnie.

-Nie interesuje mnie to!

No i tak, gadaj z dupą, itepe, itede. Gdy wysiadła, myślę, że ta historia mogłaby się skończyć klasycznym “i wtedy cały autobus zaczął klaskać”, ale wiadomo, to nie ZTM, a Angole to buraczany i nawet w samolocie nie klaszczo, co potem smuta pajlotów Ryanaira. No więc kończy się tym, że na jej miejsce weszła matka z córką, córka na oko 15-18 lat, raczej nietutejsze, coś w kierunku Włochy albo Hiszpania. Córka zwraca uwagę matce, że nie przyelowała sięz kierowcą i że to wiocha, bo mieszka tu na tyle długo, że powinna ogarniać ten obyczaj.

-Ale ja cały czas myślę, że to nie mój kraj…

Na co córka:

-Innego i tak już nie będziesz miała!

I to chyba jest wystarczająca puenta.

Mucha Lucha pająka nie wyrucha

6 Sep

Jesień!! Jak jest słonko, to moim zdaniem jest o wiele ładniejsza i urozmaicona kolorystycznie w porównaniu do lata.

Co potwierdza Pan Pająk:


Dobra, jesteś Pan brzydal, ale dzisiaj Ci daruję.

 Mucha też jest olrajt ze swoim życiem:


I się błyscy!

Dołączyły do nich jakieś pseudomuchowe kreatury:


Dżizus, nie wiem, co to, pewnie jakaś osa z Czarnobyla.


Masz futerko, może jesteś KOTKIEM?!

 No i miód malyna!

Moje dzieci są czarne i się ich nie wstydzę

4 Sep

U mnie powiększyła się rodzina, co gorsza obydwoje dzieci jest czarnych.

Na szczęście umieją miauczeć, mruczeć i rzucać się w pogoń za rolką papieru do dupy, więc nie jestem podmiotem lirycznym rozważań artysty na emigracyi, znanego jako Popek, który wie, że niektórym dupom “Ciapaty brejk maj hart”.

Każdy, kto mnie zna, wie, że moje życie ilustruje ten obrazek:

Koty, kotki, koteczki, kocaje, kociambry…Jestem psychofanką kotów, ich inteligencji, przebiegłości i pomysłowości, nawet jeśli polega na szczaniu do otwartej torebki z makaronem. Każdy kot na ulicy zasługiwał na wymacanie, wygłaskanie i dyskusję w miauczanym narzeczu, nawet najgorszy wycierus i Rumun wśród kotów. Miałam w Wawie kota przez 10,5 roku, ale niestety w 2008 r. odszedł do miejsca, gdzie jest pełno ciem do łowienia, a drogi są zbudowane z kabanosów. Długo nie chciałam mieć zwierzaka, poza tym ferajna wuja też była spoko.

Teoretycznie teraz nawet nie powinnam mieć żadnego zwierza w domu, no może oprócz pająków, bo na te agencja wynajmująca mi mieszkanie ma wytrzaskane. Z jakiegoś powodu znalezienie w UK chaty, gdzie można mieć peta na legalu jest prawie niemożliwe, albo wiąże się z kosmicznymi dopłatami, dlatego większość kotów, które spotykam po drodze do roboty, mieszka w domach jednorodzinnych. 

Praktycznie z kolei moje dzieciaki na czas inspekcji pójdą do znajomej, a niektórzy mówią podczas wizytacji wprost-mam zwierza i jebta się na ryj!

O zwierzaku myśleliśmy od dawna; nie było czegoś w domu, a trudno sprowadzać żywe stworzenie do domu, jeśli na emigracji tuła się z jednego miejsca na drugie. Ale bez przesady, od 2011 mogłabym się wozić do emerytury i ciągle “coś”‘ Na początku miała być…jaszczurka, bo w sumie są najs i mielibyśmy bekę, wyprowadzając ją na spacer i wmawiając Angolom, że Fafik zgubił sierść na wiosnę. Ostatecznie naradziłam się z Cycem, która ma 3 jaszczurki i spowodowała katastrofę ekologiczną na Mokotowie, po spektakularnej ucieczce setki patyczaków z jej pokoju-sąsiedzi podobno przynosili jej patyczki i razem wypatrywali oczu, żeby obczaić, czy patyczek jest zwierzątkiem…W każdym razie Cycu opowiedziała mi o opiece nad mini Viserionami i doszłam do wniosku, że łatwiej będzie polecieć na Księżyc na miotle. I mało kto podczas urlopu dałby się przekonać do opieki nad kolczastym Fafikiem. Sprawa stanęła w miejscu.

Aż do momentu, kiedy koledze z pracy Vlada wykluło się 6 kociaków. Zobaczyłam na zdjęciach czarne, puszyste kulki z kolorowymi obróżkami, pałowałam się tydzień z myślami co, jak i kiedy, aż wygrał UCZUĆ. 

Kiedy dzieciaki przyjechały do domu, akurat wracałam z pracy, więc gdy dostałam ich zdjęcia, biegłam do domu z wywieszonym jęzorem, kuwetą, jedzeniem i…butami haftowanymi w kwiatki, które złapałam po drodze.

Moja kota to Arya (czasem Jadzia)-bo to brzmi krótko i zajebiście, no i łatwo było podyktować durnej wiedźmie na recepcji u weterynarza-jest masywna i chyba wyrośnie na potężne zwierzę. Nijak nie chce miauczeć, chociaż lulam ją na rękach, opowiadam o życiu i śmierci, podsuwam pod nos miód, kaszę manną i łososia (smakołyki pierwsza klasa!), za to po okresie tyrania przez swoją siorę wyrosła na kotę alfa, która pierwsza je, korzysta z kuwety, a nawet ma swoje własne pudełko po butach.

Moje głupczątko! Mojemojemojemoje (i tak w kółko, byle wkurwić jędzowatą babcię Vlada, której nie pasowało, że obcałowuję kota)

Kota Vlada nazywa się Yennefer, co babie od weterynarza nie mówiło niestety totalnie nic. Ta jest drobniejsza, mniej mruczy, ale za to miauczy i uwielbia trąbić do Vlada o swoich rozterkach. Jedno robi “mrrruuu”, drugie “mruuuuuu” i jakoś się dogadują. Byliśmy przekonani, że to ona będzie robić z Aryą wszystko, co zechce, ale podczas walki na warczenie nad kurczakiem i rodzynką wymiękła psychicznie. Odkurzacz, plastikowa siatka, mikser, a ostatnio grupa lotnicza Red Arrows latająca nad naszą chudobą to jej najwięksi wrogowie, kocimiętka jej nie rusza, ale gazeta pokropiona walerianą daje w czajnik i powoduje długie tripy, zakończone szarpaniem felietonem Kurwina-Mikkego po całej chacie.


Yeni, Yeniku, ZWIERZA!!!

Myślałam, że o kotach wiem dużo, ale wiem teraz jedno-koty w parze są szcześliwsze, razem pajacują i człowiek niestety nigdy nie będzie w stanie odtworzyć podobnych relacji i być równie atrakcyjny towarzysko, co drugi zwierz. Chyba, że jest ramieniem łączącym szafkę z jedzeniem z miską, wtedy nawet jest wart zainteresowania i szarpania o piątej rano pazurkami za twarz.


Pisiaki w komplecie. Czasem też “Imigranci” albo “zdradzieckie mordy” lub “jebane czarnuchy”. Odnośnie tego ostatniego-mój sąsiad Murzyn pokochał je pierwszą miłością i międlił w swoich czarnych ręcach, co wcale im nie przeszkadzało.

Dzieciaki mają niecałe 4 miesiące, ale już widać różnice w osobowościach-Arya bada świat ostrożnie, choć uwielbia siedzenie w zlewie i udawanie talerza, zaś Yen, chociaż ma fazy, że boi się własnego ogona, zachowuje się jak najebany gość, który chce zrobić wrażenie na dupie wyrwanej w klubie i filozofuje “Eeee, ja tego nie zrobię? TO PATRZ MNIE TERAZ” i rzuca się na spotkanie kwiatkom, butom czy rolce papieru do dupy, żeby w podejrzanej ciszy zrobić z niego trzy mizerne wiórki.

Są tacy, którzy pukają się w łeb, kiedy o nich opowiadam, proponując, żebym zrobiła sobie dziecko, ale one są o wiele lepsze, nie okradną mnie na starość, a rano, kiedy nie wiem, jak się nazywam, asystują mi we wszystkim, aż założę buty i wyjdę (…bo potem można szarpać się z praniem i huśtać na barierkach przy schodach…) 

No i nawet jak Wiadomości w TVPierdolę wpienią mnie na maxa, to przychodzą pomruczeć jak ruski czołg. 







Tylko czemu chwilę po wyczyszczeniu kuwety i nasypaniu świeżego żwirku muszą obowiązkowo rozwłóczyć go po całej chacie???

Gdy się życie ślimaczy…

1 Aug

…To się nosi własny domek na plecach, w którym trzyma się swoje serce i płuca. I jak to mawia Babka A. z mojej roboty, Anglia to kraj pleśni, ślimaka i wilgoci, pod co przewrotnie podpada też Francja w postaci camembertów, ślimaków po burgundzku i wiaterku znad Riwiery; może dlatego Angole ich nie lubią, bo czują się, jakby kręcono z nich wielką bekę.

A ja podziwiam po drodze do pracy ślimaki, wychodzące milionami na ulice po deszczu. Zwłaszcza te przezroczyste, jeszcze niedorosłe, bo widać, jak im wpierdalane na chama z wychuchanych ogródków liście przechodzą przez cały układ pokarmowy. Raz bym się spóźniła do pracy oglądając ten cud natury.

Targety pasterzem moim

16 Jul

Godzina 8.02, telefon w pracy.

-Dzień dobry, tu M., w czym mogę pomóc?

I się zaczęło…W skrócie koleżka dzwonił w imieniu firmy, która zatrudnia byłych GROMowców, między innymi na jakieś eventy z bachorami, że niby Jacenty ma 5-te urodziny i wjeżdża na nie taki Rambo z Wejcherowa. Albo kształci innych Rambosów. W każdym razie chłopcy wielce się zasrożyli, bo okazało się, że jedno ze słów kluczowych powiązane z ich stroną, czyli skrót SCAT-oznacza między innymi Small Craft Action Team, czyli specjalną jednostkę piechoty-w angielskim slangu oznacza też koprofilię. Innymi słowy Rambosy zostały obsrane przez Internet i każdy, kto ich szukał po tym słowie, znajdował nowe zastosowania…w sumie wiadomo czego. Sprawdziłam na przeglądarce w necie na trybie niewidocznym i już wiem, że 50 Szejds of Grej może śmiało iść się jebać.

Westchnęłam ciężko po wysłuchaniu problemu, zajrzałam w kubek z niezalaną kawą, pomyślałam, że jednak mógł chociaż poczekać do 8.05, bo wtedy byłabym już przynajmniej po pierwszym gulpie kawusi. Zaproponowałam zgłoszenie gównianych treści, kierowanie kontekstowe z Adwords, wyraziłam szacun dla GROMu, obiecałam maila, buzi dupci, baju baju, odkładam słuchawkę, walę głową w biurko, GROM, gówno, dziwne seksy, nie, jednak mi się to nie śniło, ludzie naprawdę szukają takich rozrywek, a inni mają z tym ból dupy, dosłownie i w przenośni.

Inna sprawa sprzed tygodnia-pani miała problem, bo jej telewizor przestał odbierać Youtube, w związku z czym nie mogła słuchać śląskich szlagierów. Przyznała się, że dzieli radość ze słuchania tejże muzoli ze swoim sąsiadem, który ma do sprawy stosunek negatywny. Problem w tym, że telewizorów nie wspieramy, a kobiecinie w sklepie, gdzie kupiła TV mądrzejsze od połowy polskiej emigracji w Dorset powiedzieli już, że śpiwoć po naszymu sama sobie może. No to szukam po necie, o co kaman, aha, ze starych TV Samsunga (2010-2012) usuwają apkę Youtube, bo tak, Koreańce nie chcą się przyznać czemu i walcież się Panie Onufry na ryj. 

Wpadłam na pomysł, żeby spróbowała pójść do autoryzowanego salonu Samsunga, bo newsa sprzedały jej jakieś smętne Janusze z Euro AGD. Może dadzą jej jakiś apdejt czy znichę na nowe tele. Znalazłam jej telefon do katowickiego Samsunga, pani zachwycona, i do gabloty Waldziu. Może i śląskie szlagiery są dziwacznym rodzajem radości w życiu, ale z drugiej strony jechanie z wywieszonym jęzorem ponad 300km, żeby popatrzeć na Serja Tankiana i spółkę też może być dziwaczne, więc starałam się okazać zrozumienie.

W piątek z kolei dzwonił do mnie policjant, bo prokurator potrzebował jakiegoś oficjalnego adresu do naszej firmy, żeby wysłać wniosek do nas o zwolnienie z tzw. tajemnicy telekomunikacyjnej. Z ekscytacją zawierciłam się na krześle-będę pomagać W SPRAWIE!! Jak przydupas u boku Despero, jak naczelny Barszczyk, jak, jak…

​​

komisarz Ryba?

No dobra, ale gdzie go wysłać?? Wpatruję się w jego policyjnego maila, myślę, myślę, konsultuję, rozkminiam, w końcu trafiam na właściwy dział ds. prawnych. Tym samym ratując honor policji, podkreślam.

I co? Tyle mamy z ratowania spraw beznadziejnych, że nasz przewspaniały menedżment wymyślił zwolnienia grupowe, niektórzy sami odchodzą na własną rękę, wpadając w szpony korpomechanizmu, który polega na tym, że wyniki naszego centrum są porównywane z podobną padlinarnią w Barcelonie. Mamy niższe, bo współczynnik zjebstwa na wyspie jest większy niż na kontynecie i tak np. teamowi angielskiemu przytrafiają się buraczany, które wystawiają im złe oceny. Im niższe wyniki, tym mniej telefonów do nas wpada, żeby firma-zleceniodawca płaciła nam za nie mniej. Im mniej telefonów/maili, tym mniejsze szanse na poprawę wyników, to raczej logiczne. Jedyną odpowiedzią kierów danych zespołów nauwagi w tej sprawie jest “kopać, kopać, aż do porzygu” i wciskać kity ludziom zatrudnianym przez agencję pracy, żeby nawet nie próbowali iść do HR w tej sprawie-chyba chuja kumają, że kopać można, ale niekoniecznie mając w ręku rozpierdolony długopis z Biedronki. 

Baaa, mało tego, sami dobrze wiedzą na podstawie swoich śmiesznych badań wewnętrznych, że 90% procent złych ocen naszej pracy wiąże się z wkurwem na naszą firmę stada krwiożerczych Sebixów i Grażyn, a nie naszym wyjebem. Ale wiadomo, menedżment sam się wyżywi i im jesteśmy akurat najmniej potrzebni w ich robocie-zwłaszcza, kiedy rano blokujemy drogę do dwóch jedynych działających na piętrze czajników. Chuuuuj tam, zwolni się nas, zatrudni nowych, potrzyma na okresie próbnym i kołomyja się kręci od nowa.

Cóż, wniosek jest jeden-chyba niektórzy się proszą, żeby mieć ze mną przejebane i mieć ból dupy na swoim wygodnickim stołku. W sumie jeszcze nie wiem, czy to będzie dobre czy nie, ale popłynę z falą, bo nasi stołkowi chyba nadal myślą, że mają do czynienia z debilami. Nu, nu, nu!!

Paradoks życia w kilku słowach

12 Jul

Wiecie, co sobie ostatnio pomyślałam? Że człowiek to jednak fenomalne stworzenie. Tygrys dla małego tygryska robi mleko z surowego mięsa, krowa z trawy, a człowiek potrafi to zrobić z pizzy lub frytek.

Z kolei w łyżce spermy mieści się ilość danych, tj. chromosomów i genów, które odpowiadają ok. 15 TB. 1 terabajt to 1024 gigabajty, czyli lekką ręką walenie gruchy (!) tworzy równoważnik dla jakichś 300 tysięcy fotek. W sumie tyle wystarczyłoby do zilustrowania całego życia. 300 tysięcy zdjęć na łyżce, no mózg staje.

To tak jakby kogoś nurtowało, o czym myślę, kiedy trafia mi się wkurwiający klient.

Myśl odchudzona

9 Jul

Po zjechaniu 15 kilo odkryłam paradoks-człowiek chudnie m.in. żeby włożyć na kadłub jakieś łachy bez wstydu i żeby się wpasować w jakiś ludzki rozmiar. Potem chudnie i wszystko z niego zjeżdża, tak jak moje gacie, które przy ściąganiu spodni łapię ostatnimi czasy w locie. Czyli de fakto do nich nie pasuję. A z gatków mogę zrobić zajebisty spadochron za pomocą tutoriali z Youtube, na którym skoczę z korpookna, jak mi jakiś klient znowu powie, że warunki korzystania z naszych usług powodują, że czuje się ruchany, bo zablokowaliśmy mu konto. (Na co wielce profesjonalnie stwierdziłam, że działań naszego zespołu ds. bezpieczeństwa nie określiłabym tym słowem. Brawo ja!)

A ja, mój drogi panie, czuję się ruchana, widząc swój odcinek wypłaty za 37.5 godzin w tygodniu, poświęconych na słuchanie takich rewelacji. W końcu psychiatra kliniczny po takie drobne nie schyliłby się nawet na ulicy.

Europo, wstań z korpokolan

26 Jun

Praca w UK, czyli wszyscy z założenia są poprawni politycznie. No więc średnio się przyjęłam, kiedy jedna z naszych trenerek-Mołdawianka A.-powiedziała, że niebawem zwija żagle do Szkocji, tj. ucieszyłam się, bo się poluzowała, no więc niechby i do Szkocji. Dopiero gdy M. skończył z nią szkolenie i wpadł do nas jak burza, to zaczailiśmy, o co właściwie poszło.

-Tej (M. jest z Silesii i uwielbiam słuchać jego akcentu rodem z szychty), a wiecie, że A. odchodzi?

-Noo, przyznała się ostatnio, pyka do Szkocji-stwierdziłam.

-A wiesz po co? ŚLUB BIERZE!!

-Ale ona zawsze była taka…taka posłanka Grodzka trochę…

-BO ONA TE ŚLUB BIERZACH Z BABO!

-Zaprosiła Cię?-zaintrygowałam się.

-Nieee, chodzi i wszystkim opowiada!

No dobra, ślub lasek to jeszcze nic, ale nie mogliśmy pojąć motywu, że w pracy opowiada się o tym każdemu dookoła, tzn. mnie by to nie obeszło, ale w sumie w naszej post-radzieckiej kulturze to jednak dziwne. Prędzej znajomemu z pracy, z którym pija się po szychta brudzia, ale nie wszystkim dookoła -ustaliliśmy.

Bo np. z takim D. ciśniemy różną różniastą bekę, ale mamy już inne układy-zresztą z każdym, kogo się obżarło z pięciu lazanii na gastrofazie i robiło się debilne ziołowe żarciki w stylu “-Pal to! (W sensie niedopałek)-A czemu nie płaszcz?”, jest się w innych układach tak czy siak. Ostatnio wyczajnikował, że wsuwam na lancz makaron w kształcie serduszek. Podchodzi, zagląda mi do koryta, wzdycha.

-Jaki słitaśny ten makaron!

-A wiesz, że kapitanowi Vladowi też zrobiłam i opierdala serduszka?

-Eh, aż mi się zachciało być w związku, żeby ktoś mi zrobił taki makaron i włożył w to uczucia…(bez przesady, trochę ziół, łososia i kremowego serka, jakie tam uczucia).

-Masz mnie, ja Ci ugotuję!

-Niee, bo Vlad będzie zazdrosny!

No cóż, można i tak, mi w każdym razie w powyzszych dialogu pobrzmiewały echa klasyki kinematografii:

W ogóle D. to sęp miłości, bo za czasów posiadania Audi A6 podwoziliśmy go od A., ale peszek chciał, że Niemrze umarł akumulator i musieliśmy ją trochę poturlać, żeby sobie przypomniała, jak jeździły limuzyny za czasów Freda Flinestone. D. uwielbia Audi A6 i zabrał się za popychanie całkiem żwawo, tak więc jakoś poszło, ale i tak go przepraszałam za murzynienie, na co D. odparł:

-Spoko, to i tak będzie jedyna dupeczka, którą będę dzisiaj wieczorem dotykał!

-Yyyy, eee…SPOKO MEJT.

To teraz Wy przejmijcie pałeczkę i powiedzcie mi, o czym w chwilach monotonii nawijacie w pracy z towarzyszami niedoli?

Bulwa jego mać!

8 Jun

Tym razem moje gorące pozdro płynie do kolesia, który najpierw dzwonił do mnie, aby w prostej, acz komunikatywnej polszczyznie oznajmić mi, że weryfikacja to zawracanie dupy (“PANI ROZUMI, ŻE JA JUŻ TEJ KARTY NIE UŻYWAM!-Rozumiem, ale jest nadal dodana do konta, więc jeśli Pan nie pamięta jej numeru, proszę zrobić to i to-NO PRZECIEŻ MÓWIĘ, ŻE NIE UŻYWAM!!-Ale jak Pan wejdzie na stronę X w zakładce Y pokaże się ta informacja-NIE UŻYWAM!!”), a potem wydzwaniał do K., której smędził, że nie może korzystać z apki, którą kupił w 2014 roku, po czym stwierdził, że jest trochę prawnikiem, w związku z czym żąda od nas…alimentów, bo nie może używać swej drogocennej apki. A ja za to…

…Czyli jestem akustykiem.

Propos akustyki-proszę do nas nie wydzwaniać z koncertu, podczas męczenia buły z milionem rozwydrzonych dzieci (albo przynajmniej jednym na milion, wyjątkowym w swoim rozbachorzeniu) czy innej okoliczności, z powodu której chuja słychać. No chyba, że rozmowa ma polegać na niesłyszeniu się nawzajem, to wtedy spoko.

Dla zobrazowania dla intelektualnych sceptyków: tak właśnie wygląda próba usłyszenia kogoś, kto dzwoni z dupy świata (!), a w tle drze się bachor i jakaś Graża.

Ale nie martwcie się; zostałam dziś wybrana do zaszczytnej roli królika doświadczalnego do projektu “Manipulacja klientem, a ocena pracy”. Od tej pory już nikt nie odważy się napisać do nas, tak jak do mojego kolegi M.-“Mam za przeproszeniem już dosyć Pańskiego pierdolenia”, bo stąd już niedaleko do niechcianej ciąży, której życzył mi jakiś inny pacan.

Szkoda tylko, że znowu nas przenoszą z całym mandżurem w cholerę, a moją koleżanką po lewicy zostanie Bulwa, której przymioty opiewałam w poprzednim poście. Zdecydowanie wolałam mieć ją z tyłu, bo w najwłaściwszej dla siebie lokalizacji, tj.w okolicach mego rowa.

Juhuuu!!!

Ale za to jutro jadę na Download Festival do Derbyshire na System Of A Down, więc chwilowo nie mój cyrk, nie mój problem. Ciekawe tylko, co by było, gdybym żyła, by pracować, a nie pracowała, żeby żyć?