Archive | Uncategorized RSS feed for this section

Bulwa jego mać!

8 Jun

Tym razem moje gorące pozdro płynie do kolesia, który najpierw dzwonił do mnie, aby w prostej, acz komunikatywnej polszczyznie oznajmić mi, że weryfikacja to zawracanie dupy (“PANI ROZUMI, ŻE JA JUŻ TEJ KARTY NIE UŻYWAM!-Rozumiem, ale jest nadal dodana do konta, więc jeśli Pan nie pamięta jej numeru, proszę zrobić to i to-NO PRZECIEŻ MÓWIĘ, ŻE NIE UŻYWAM!!-Ale jak Pan wejdzie na stronę X w zakładce Y pokaże się ta informacja-NIE UŻYWAM!!”), a potem wydzwaniał do K., której smędził, że nie może korzystać z apki, którą kupił w 2014 roku, po czym stwierdził, że jest trochę prawnikiem, w związku z czym żąda od nas…alimentów, bo nie może używać swej drogocennej apki. A ja za to…

…Czyli jestem akustykiem.

Propos akustyki-proszę do nas nie wydzwaniać z koncertu, podczas męczenia buły z milionem rozwydrzonych dzieci (albo przynajmniej jednym na milion, wyjątkowym w swoim rozbachorzeniu) czy innej okoliczności, z powodu której chuja słychać. No chyba, że rozmowa ma polegać na niesłyszeniu się nawzajem, to wtedy spoko.

Dla zobrazowania dla intelektualnych sceptyków: tak właśnie wygląda próba usłyszenia kogoś, kto dzwoni z dupy świata (!), a w tle drze się bachor i jakaś Graża.

Ale nie martwcie się; zostałam dziś wybrana do zaszczytnej roli królika doświadczalnego do projektu “Manipulacja klientem, a ocena pracy”. Od tej pory już nikt nie odważy się napisać do nas, tak jak do mojego kolegi M.-“Mam za przeproszeniem już dosyć Pańskiego pierdolenia”, bo stąd już niedaleko do niechcianej ciąży, której życzył mi jakiś inny pacan.

Szkoda tylko, że znowu nas przenoszą z całym mandżurem w cholerę, a moją koleżanką po lewicy zostanie Bulwa, której przymioty opiewałam w poprzednim poście. Zdecydowanie wolałam mieć ją z tyłu, bo w najwłaściwszej dla siebie lokalizacji, tj.w okolicach mego rowa.

Juhuuu!!!

Ale za to jutro jadę na Download Festival do Derbyshire na System Of A Down, więc chwilowo nie mój cyrk, nie mój problem. Ciekawe tylko, co by było, gdybym żyła, by pracować, a nie pracowała, żeby żyć?

Telefony pełne Napoleonów

24 May

Był urlop, urlop się skończył, powrót do korporzeczywistości. Rewelacji nie ma, siedzimy tuż pod dachem, więc przed deszczem jest duszno, a w słońcu gorąco-próby włączenia klimy kończą się najazdem Turków i Arabów, którym podobno zimno, a w najlepszym razie odsieczą z góry mikrobów, zamieszkujących wentylator (prawie jak wąglik) 

Jaśnie Kierownictwo miłościwie pozwala nam przynosić książki do roboty-wcześniej nie mogliśmy, bo niby mieliśmy na nich zapisywać dane klientów (ooo taaaak, o niczym innym nie marzę, tylko o marnowaniu knig na jakichś cebulowych Januszy ze Świętajna), więc mam dylemat, bo nie dość, że nie mam się w co ubrać, to za chwilę nie będę miała co czytać.

I co z tego? Na drugi dzień po urlopie miałam już pierwszy sukces, bo jedna baba chciała pisać na mnie skargę. Kiedyś może to było emocjonujące, teraz zaznaczam sobie za każdym takim smętem kreskę na ścianie, więc cieć w biurze ma przeze mnie myśli samobójcze. Inny przekonywał mnie, że jego dowód osobisty musiał być widoczny, skoro robił jego fotkę NA NODZE. W samochodzie, droga Pani, W SAMOCHODZIE!!! Pani mnie da tych tam z działu bezpieczeństwa do telefonu, to im powiem, jak nie widzą!! JAK TO NIE MOŻNA?! MI ODMAWIASZ?!?! STRACICIE KLIENTA!!!(I to jest moment, kiedy zaczynam na trybie incognito szukać nowej torebki/bluzki/czegokolwiek, co kupię za kolejną nabitą na licznik godziną użerania się z debilem, wtrącając od czasu do czasu niezobowiązujące “tak, doskonale rozumiem Pański punkt widzenia”).

Ale gość, który zadzwonił do nas, żeby oznajmić, że Murzyni podsłuchują go przez telewizor, bo zainfekowaliśmy jego urządzenia szpiegującymi wirusami, żeby..żeby…a chuj tam, nie wiem, jak trafił na mnie, to w trosce o swoje zdrowie psychiczne słuchałam go raczej symbolicznie, rozjebał mnie na fragmenty.

Później wieka do trumny dobił gość, który stwierdził, że SMS od wróżbity Tadeusza zablokował jego telefon. Czy wróżbita miał czarną, powłóczystą suknię i Maybacha, tego niestety poszkodowany nie potwierdził.

Wielkie kurwa dzięki, moi drodzy. Dzięki Waszym pomysłom nie tylko moja rodzina nie wierzy, że nie pracuję w psychuszce, tylko w biurze. Teraz nawet ja w to nie wierzę.

Baleron mocy, czyli w przyszłym wcieleniu będę koksem

24 Feb

Niczym baba, która sprząta przed przybyciem sprzątaczki, przed pójściem na siłkę wzięłam i schudłam, żeby wstydu nie było. Teraz portki gimnastyczne zjeżdżają mi na tyle skutecznie z dupy, że można się przyglądać moim przysiadom z nowej perspektywy. Błonnik, cytryny, warzywka, owocki, zielona herbata i oglądanie ciastków od lipca do stycznia na wyszukiwarce Google i co? 10 kilo w dół i opcja poszukiwania cycków w Archiwum Iks, więc redukcja poszła się jebać. Teraz rzeźbimy niczym Pudzian bez Popka, który ponoć ustalił swoim sportowym chuizmem nową jednostkę czasową po legendarnych “gołotach”. Dont łory, Popuś! Polskie buraczany z miejscowych fabryk nadal Cię kochajo, a nawet identyfikują się z Tobą jeszcze bardziej, bo jadą ze swoim idolem na tym samym wózku epickiej klęski.

Całe życie tak a propos sukcesów sportowych z dupy cieniowałam z WFu, tj. nie mieściłam się w jakichś dziwnych normach z tabelek, bo z gimnastyki najlepiej ogarniałam przewracanie kartek w książkach, tarmoszenie ich z biblioteki i mruganie powiekami na czas.Moje słabe serduszko nie zgadzało się na sprint, w przeciwieństwie do durnej wfistki z podstawówki; pozdrawiam z tego miejsca środkowym palcem. W gimbazie było lepiej, bo tam nauczycielka nie była nawiedzona; wymyślała mi inne ćwiczenia, albo np.referat o Krav Madze i muszę przyznać, że wtedy poluhiłam WF, a cztery godziny WFu z rana robiły naszym kręgosłupom na pewno lepiej, niż taka sama ilość godzin religii czy innego bzdeta dla nawiedzonych kucht. W liceum prawem serii trafiłam z kolei na babę, która uważała, że robienie brzuszków jest zajebiste do rodzenia dzieci, w każdym razie chyba koniecznie chciała, żeby cisnąć z niej bekę.

Tak oto na WFie podobał mi się najbardziej unihokej, bo mogłam bezkarnie napierdalać kijem laski, które mnie nie lubiły, siatkówkę, bo na rozegraniu rozpiżdżałam przeciwną drużynę, no i moje trampki też lubiłam, bo były niczym tanie wino-dobre i tanie, a przy tym kolorowe, jak paw po tymże. Może miałabym inne podejście, jakbym w międzyczasie jeszcze nie zjechała ryjem po asfalcie i nie zostawiła pozostałości prawej jedynki w Królikarni-przejazd hulajnogą też nie był dla mnie.

Ale ile można siedzieć na dupie w biurze i czekać, aż będę wyglądać jak angielskie rozlazłe babska z biura Tesco, które składają się z bekonu, czipsów i mięsnych pajów? Bleee, miażdżyca płacze ze szczęścia, a cholesterol nakurwia radosne salto. Złapałam Vlada za frak i wykupiliśmy sobie wejściówki na siłkę, wraz z tłumem popaprańców, którzy spełniali postanowienia noworoczne. 

Wszyscy, którzy kwęczą, że na początku jest ciężko, mają rację. Nam na przykład nie chciały się otworzyć drzwi i nie łapały PINu, więc piliśmy, ale właściwie nie połykaliśmy. Dopiero interwencja telefoniczna otworzyła nam wrota do świata koksu i białka w proszku.

Tak oto pierwsze co zobaczyłam na wejściu, to dziadka, który zawzięcie pakował na bice, laski, które głównie interesowały samojebki (myślałam, że to miejska legenda, ale jednak nie, niektóre dupy naprawdę turlają się na siłkę w tapecie, jebią milion zdjęć, zrobią dwa niemrawe kroczki i idą w diabły), jedną pannę rozmiaru King Konga z mojej roboty też przyczaiłam. Wzruszają mnie chłopcy, dla których dzień nóg jeszcze nie nadszedł i od góry do pasa są rozmiarów Dwayne’a Johnsona, a od pasa w dół mają nóżki cienkie jak zapałki z Lidla. Ale nikt nikogo nie krytykuje i nie wytyka paluchami, za to goście rozmiaru szafy gdańskiej, którzy w PL mogliby składać CV do Pruszkowa, grzecznie puszczają mnie na różne koła tortur, choć wyobrażałam sobie, że będzie inaczej.

Lubię bieżnię, wiosełka, lubię męczyć mięśnie pleców, bo paradoksalnie po obciążeniach już zapomniałam, co to ból plecaczka, ambicjonalnie jadę półdupki i mięśnie brzucha w nadziei, że kiedyś wykrzesam z nich coś więcej niż miętką galaretę. Z czegoś, co przypomina kawałek ruchomych schodów usiłowałam spaść z najgłośniejszym JA JEBIĘĘ WŁAD STOPUJ TEN SZIT w całym Dorset, ale i tak było spoko.

No ale na chuj jaśnisty komukolwiek ROWEREK, którym nigdzie nie można dojechać, a po przejechaniu kilometra spalam na tym złomie 3 kalorie?! To mniej niż plasterek cytryny, BEZ PRZEGINY.

A najbardziej w siłce podoba mi się to, że mogę wypocić wszystkie wkurwy dnia i debili, którzy nie wiedzą, o co im chodzi i zawracają o to dupę wszystkim dookoła, więc cytując lachony reklamujące pasztety, pozdrawiam i polecam.

P.S  Chodzenia na siłkę tuż po pracy nie polecam, bo wtedy jest tam dziki tłum.

P.S 2 Na siłce trzeba dużo pić, żeby się nie odwadniać, co ma wadę, bo odwadnianie w postaci szczania po takim żłopaniu następuje o 4.37, czyli wtedy, kiedy budzik mówi “hihihaha i tak zadzwonię za 5 minut o 6.20, korpoodbycie!!”.

Piątunio-Kotunio

17 Feb

A z okazji Dnia Kota życzę każdemu, żeby miał swojego własnego mrauczaka do kochania, który będzie robił do niego notabene ‘miau’ całymi dniami.

Jaro już ma, a Ty? Gdzie Twój oszczybut?

Odezwa o charakterze okołoświątecznym

21 Dec

Wszystkim klientom, którzy przez pół roku nie odpisywali na mojego maila, a potem nagle piszą (cytuję w całości) “proszę o kontakt”, bez podania godziny lub przyczyny nagłego pociśnięcia, pragnę przekazać prezent w postaci KONTAKTU.

Tym, którzy mówią, że “wie Pani, coś mi się pokazało na ekranie, kliknąłem na coś tam coś tam i pojawił się komunikat, że coś, ja kliknąłem, że tak, a potem wszystko mi zniknęło. Czy będzie umiała mi Pani pomóc, żebym wszystko odzyskał?” proponuję…dobra, odechciało mi się proponować.

Kolesiowi, który wydzwania do nas drugi dzień z rzędu chcę przypomnieć, że nazywanie nas szmatami, kurwami i pustymi łbami nie pozwoli nam na weryfikację jego konta, co najwyżej ciężkiego buractwa. Chcemy też podarować mu w prezencie blokadę, żeby zachował podobne uwagi dla siebie, natomiast muszę przyznać, że po mojej rozmowie z tym delikwentem jestem już tak pro, jak policjant Majami z nowego Pitbulla podczas rozmowy z pedałem. Brewka nie tyka mi nawet wtedy, kiedy gość drze się jak histeryczna baba, że jak nie mogę mu zwrócić kasy, to mam mu oddać z własnych pieniędzy. Szkoda, że w pakiecie nie zażyczył sobie pierdnięcia w oponkę i zrobienia laski przez nomen omen druta.

Raperowi, który się jąka (podczas wyzywania jakiejś kobitki, idącej po drugiej stronie ulicy podobno odzyskał władzę w aparacie mowy) pragnę przekazać, że nikt nie kuma jego maili, przy których Marcel Proust i jego opis szamania ciastka, wleczący się przez pół “W poszukiwaniu zaginionego czasu” to po prostu intelektualne M jak Miłość. 

Jaki kraj, taki 50 Cent, w tym przypadku cały czas chcę wierzyć, że to tylko taki eksperyment artystyczny i za chwilę się okaże, iż w istocie napierdalamy w nawijkę z Salvadorem Dalim blokowiska i tłustych bitów.

Wszystkim za to życzę po równo, aby przed telefonem do nas włączyli jakiekolwiek wiadomości z kraju i ze świata, żeby nabrać dystansu do swoich problemów z pobieraniem aplikacji, działaniem Instagrama albo innych takich. 

Chyba że od błędu -11 z aktualizowaniem Whatsappa wolą mieszkać w Aleppo w ruinach swojego dawnego domu, być przejechanym przez jakiegoś fanatycznie zorientowego popierdoleńca podczas popijania z przyjaciółmi grzanego wina na jarmarku świątecznym, lub dla odmiany chcą koniecznie zamienić się z Jazydkami i zostać niewolnikami ISIS, to wtedy SPOKO. Ludzie, plis, lubię swoją pracę, ale za każdym razem jak słyszę magiczne “Mam problem”, to się zastanawiam, gdzie jest granica pomiędzy prawdziwym problemem, a jedynie drażniącym na dłuższą metę bzdetem. 

Mam nadzieję, że kiedyś się dowiem.

Krótka rzecz o Mikołajkach

7 Dec

Pamiętacie te piękne czasy, kiedy na Mikołajki dostawaliście skarpetki w elfy, słodycze, elektryczną kolejkę albo Simsy na CD Romie? (Teraz pewnie hulają na Steamie). Wtedy działo się tak, bo byliście mali. A co dostają dorośli na Mikołajki?

Ja dostałam ból prawego jajnika, Joanna Maria K. gorączkę, a kapitan Vlad wpierdol za zarażenie jej wirusem (oby nie HIV), do odebrania, jak wróci z roboty.

Życie moi drodzy, życie!

Jeb z chujinki

1 Dec

Dzisiaj nastąpił historyczny moment, bo po raz pierwszy w tym roku zalożyłam skarpetki na płetwy, taka była pizgawica. Na ulicach stoją już choinki na sprzedaż, a wielorybie mamuśki ciągają się po sklepach, żeby wypłatosić swoje zasiłki na jakieś artefakty kapitalizmu. Na Malcie w temperaturze 20 stopni weszłam do McDonalda, gdzie leciały piosenki świąteczne, a za oknem szumiało morze, zamiast bałwanków na ulicach krążyły jaszczurki i najebane Angolice.

I pomyśleć, że jeszcze wczoraj odpalaliśmy z Vladem noworoczne fajerwerki, a  za chwilę skończymy ten rok. Moment wcześniej pisałam maturę, jeszcze wcześniej podczytywałam Pana Tadeusza w przedszkolu, a inne bachory nie do końca składały litery.

Wszystko to po to, żeby życie zapierdalało potem z prędkością światła w jakimś korpo i użeraniu się z pajacami, którzy na pytanie, z jakim telefonem mają problem i im nie hula, odpowiadają:”ten, z którego dzwonię, niech se Pani sama zobaczy” (ooo tak, przez kabel) albo na pytanie, za jakie zamówienia chcą dostać zwrot odpowiadają “No jak to za jakie, za te, które zrobił mój syn”, bez doprecyzowania, które to właściwie są bo przeż kurwa przykładam szklankę do monitora i podsłuchowywuję, jak Piotruś przerzuca kapuchę tatusia widłami z tabletu na telefon i na odwrót.

Pozdro idzie dla odmiany dla gościa, który ostatnio życzył mi “wszystkiego dobrego wieczorem” (No owszem, Vlad wrócił wcześniej z roboty, ale…bolała go głowa. Dżender, kurwa!). W sumie jak mi kumpel Vlada opowiadał, jak wyglądają jego zajęcia w szkole policyjnej, na przemian z pokazem, jak gangusy formują kreski koksu, to był istotnie dobry wieczór, więc dzięęęks mejt.

Innymi słowy viva la korpo żywot!


Ten ziomek przypomina mi moje poranne ryło w pracy. Później ryło nadal jest niewiele lepsze.

Memory, find M. i wszystko jasne

4 Aug

1465_Kiler-Rywinski-Memory-Find-Siara-i-wszystko-jasne-smieszny-cytat-z-filmu-HELTER-Graficzne-Cytaty-Filmowe

Tyle tytułem wstępu. Obrazek koszmarny (no naprawdę, Siara i insta filtry? POWAŻNIE?), ale za to trzyma rozdzielczość. I pokazuje, jak niektórzy moi klienci wyobrażają sobie samych siebie podczas dyskusji na temat ich wirtualnych czołgów, skrzyń złota i i jak im się takie coś zatnie i cycki nie skaczą.

Co robię? Otóż pracuję w firmie, która wisi na kontrakcie z Google i zajmuję się obsługą klienta, czyli jest spora nadzieja, że jeśli masz problem z apką z Google Play, to przerywasz mi popijanie kawki i piłowanie pazurów swoim telefonem. Ogólnie praca nie jest zła, w sumie jest dobrym materiałem do różnego rodzaju obserwacji. Wiadomo, elektronika staniała, więc do tabletów i smartfonów mają dostęp wszyscy, zarówno buraczani biznesmeni, jak i dziadki oraz czciciele programu 500+. Ci mniej ogarnięci technologicznie i Janusze software, którzy przerabiają system Androida, a potem mają pretensje, że im nie działa, jak i ci, którzy naprawdę ogarniają temat i to lepiej niż my wszyscy razem wzięci. Jesteśmy więc instytucją demokratyczną, bo każdy się do nas może przytulić ze swoimi gorzkimi żalami. W każdym razie hajs się zarabia i mam z czego oszczędzać, więc jak wypadnę za burtę, to Vlad nie będzie musiał być moim alfonsem.

Przy okazji w moim budynku pracują też inne zespoły, np. niemiecki (wraz z gejem T., który po niemiecku brzmi niemal tragicznie, coś jakby połączenie Rammsteina z Paradą równości i macochem/ojcą Kardashianek),rosyjski (gdzie klienci mają do Internetów jakieś 200 kilometrów ze swojej tundry) brazylijski (jedna z Brazylijek na naszym szkoleniu zupełnie na poważnie dopytywała, co ma zrobić, jak ktoś będzie strzelał do jej klienta podczas rozmowy, bo takie rzeczy to u nich nie tylko na promocji w Lidlu, ale i na dzień dobry) włoski (oh mamma mia, nawet nie rozumiejąc Włochów można usłyszeć, jak się wkręcają i drą się na siebie nawzajem) angielski (Angole to Angole, co więcej można powiedzieć?), od niedawna arabski (jeden z kolesi z tego zespołu uparcie zmienia tapety z samolotami na swoim pulpicie, a ja siedząc za nim cały czas się zastanawiam, czy to nie są aby kolejne cele).

Polskim klientom wydaje się,że siedzimy tuż obok Larry’ego Page’a, a po prawej stronie mamy informatyków, którzy tylko czekają, żeby naprawić ich problem. Niestety, trwa to trochę dłużej, bo w swoich konsultacjach na odległość potrzebuję minimum tygodnia, aż moje zapytanie przejdzie przez wszystkie działy i kogoś zainteresuje. No więc po lewej mam Niemców, a po prawej Arabów, jakby ktoś chciał wiedzieć; zderzenie zaborów z przeszłości z zaborami teraźniejszości, chciałoby się rzec. Wcześniej podlegaliśmy pod team Rosjan, więc jak zwykle jesteśmy Winkelriedem narodów.

Nie wszystko mogę powiedzieć, ze względu na ochronę danych, ale przytoczę najlepsze kwiotki:

  1. Jestem Januszem, wysyłam zdjęcia swojej karty kredytowej bez zasłaniania jej numerów, a potem się dziwię, że ktoś skroił mi półtora tauzena funcików. Komentarz zbędny; gość nie miał u nas konta, ale ktoś miał, nie bał się i zajebał. Janusz nie umiał się dogadać w banku w sprawie odroczenia odsetek za debet, który ktoś mu zrobił na koncie, więc cisnął nas o odszkodowanie za straty moralne i plamy na Księżycu. Po R., który miał wtedy urlop, sprawę przejęłam ja, wyjaśniając kolesiowi, że odszkodowania od nas nie dostanie, bo dostał już CAŁY zwrot kasy. Trzy dni zajęło mi wyjaśnianie mu, że odszkodowanie NIE przejdzie. Rzecz jasna w ankiecie oceniającej moją pracę dał mi najniższą ocenę, ze swoim półtorakiem palącym go w kieszeń.
  2. Zgodnie z wytycznymi Google pisaliśmy maile na “Ty”. Koleś zgłosił się z problemem, więc po przeglądnięciu pięciu milionów kolumienek cyferek z numerami zamówień stwierdziłam, że pisze z niewłaściwego konta, na którym zamówienia nie ma. Napisałam mu, żeby wysłał swoją prośbę jeszcze raz, ale z właściwego konta. Pocisnął mi, że nie życzy sobie, żeby pisać do niego “Ty” i jako przykład do naśladowania podał Play, który tytułuje wszystkich “Szanownymi Panami” (a przy okazji ma na klientów totalny wyjebson, gdy proszą o numery zamówień z Google Play, którymi były obciążone ich rachunki za telefon, więc tyle z tego szanownego panowania), nadmieniając również, że wystaje mi słoma z butów i jestem niewychowana, co uważam już za trochę zbyt grubą wycieczkę osobistą z powodu słowa “Ty”. Nie zapomniał mi dopisać, że Google zajmuje się szpiegowaniem ludzi i inwigilacją. Po co korzystał z naszych usług- tego nie wiem do tej pory.
  3. Mamusie, które dają dziecku tablet do zabawy i rozpaczają, że przecież Piotruś nie mógł zrobić zakupów na ich koncie, bo nie zna hasła. A wylogowałaś się z konta, Boża krówko? Nie, no przecież Piotruś ma tylko 8 lat! Prawda, Piotrusiu, że tego nie zrobiłeś? Piotruś mówi, że nie zrobił. No dobra, tu właściwie jest wina deweloperów, bo dzieciaki myślą, że nie płacą PRAWDZIWYMI pieniędzmi, tylko punktami w grze czy whateva, a mamunie dają im się bawić na kontach, gdzie są ich karty płatnicze, bez zapytania o hasło przed zakupem (którego ustawienie jest dosyć proste). Później się okazuje, że Piotruś naruchał sobie diamentów na 5 tysięcy złociszy. No i wielkie zdziwko, że transfer na konto bankowe kaski z powrotem trwa 3-5 dni, w końcu powinien być przeprowadzony JUŻ. Chociaż większość takich przypadków kończy się tym, że klienci są nam naprawdę wdzięczni za wyprostowanie całej kaszany bez zbędnych problemów, bo nauczeni doświadczeniem z innych biur obsługi klienta czasem nie przyznają się, że dzieciak coś im kupił, bo boją się, że każemy im się walić na cycki.
  4. Dziwaczne maile, które ludzie podają przy weryfikacji konta. Usłyszałam już, że mam wpierdalaćbatoniki@lalala.com, ktoś inny krzyczał na środku pustyni weźmniezerżnij@cośtamcośtam.com, inny gość bez żenady przeliterował mi, że kiedyssiesztopołykaj@imożecojeszcze.pl, inny deklarował, że jest kurwazajebisty@ajak.com, a kolejny to już po prostu wyrażał rozczarowanie życiem, bo kurwaaaamać@dżizusjapierdolę.com.
  5. Poranek, popijam kawkę, otwieram oczy, składam wątki, bo jeszcze nie wiem, jak się nazywam. Pierwszy telefon tego dnia i od razu rzut na glebę:

-Dzień dobry, nazywam się tak i tak, pracuję tu i tu. Jak mogę pomóc?- pytam.

-Bo wie Pani, oni mnie podsłuchują i nagrywają, ale ja do Pani w innej sprawie (…itepe, itede w podobny deseń przez następne 20 minut). Obwąchuję kawę, mam nadzieję, że moje szlorki nic do niej nie dosypały, a przez cały dialog minę mam taką:

86138224

A najciekawsze jest to, że gość nałapał na telefon jakichś wirusów z hotspota, ale rozkmin miał przy tym taki, jakby był dzieckiem z romansu Analtonio Macierewicza i Zbigniewa Ziobry. Niestety, brzoza twierdzi, że to nie jej wina, a Putin nadal milczy w tej sprawie.

6. Przy okazji poszukiwań powyższego obrazka przypomniał mi się klient, z którym rozmawiałam w grudniu. W sumie nijak nie przypomnę sobie jego problemu, coś z muzyką, chyba synchronizacja z kontem nie zgrzytała. A nie jestem w stanie sobie tego przypomnieć, bo przez bite 40 minut nawijaliśmy o muzyce- metal symfoniczny, koncerty, zespoły, ludzie, książki Micka Walla, kondycha Ozziego Osbourne’a, takie tam dla klimaciarzy. Właściwie nawet nie do końca wiem, czy my W OGÓLE rozmawialiśmy o jego problemie. Chyba przez jakieś 2 minuty, ale spoks. Najdziwniejsze jest to, że dzwonił do nas ostatnio i ja odebrałam tele, a koleś mnie rozpoznał!! To było BARDZO miłe, przyznaję.

7. Polska dla Polaków, bura dla buraków. Właściciele małych firm, którzy cisną nas o fakturę VAT za aplikacje i nie potrafią pojąć, że A. zgodnie z prawem europejskim, nie ma u nas pola na NIP, więc opieramy się o info, które podają klienci w momencie zakupu w swoim adresie domowym, ergo B. faktura VAT jest generowana z danymi,w których nie ma NIP, czyli C. chcą faktury korygującej, której nie możemy im wystawić, bo nie mamy uprawnień (usiłowałam przepychać z górą temat zmiany artykułu w centrum pomocy dla użytkowników, żeby mieli możliwość edycji adresu przy prośbie o fakturę albo żeby pojawiła się poprawka o wpisaniu numeru NIP w adresie domowym, bo nie ma na niego osobnego pola, ale jakoś tak nic z tego nie wyszło). Ludzie się o to pienią, a zwłaszcza przedsiębiorcze Seby. Kiedyś taki jeden przetrzymywał mnie na słuchawce z dobre pięć minut, bo wydawał dyspozycyje swojemu pracownikowi, w stylu:

-JAK TO NIE WIESZ, KTÓREGO MERCEDESA MASZ WYPROWADZIĆ Z GARAŻU?!

Westchnęłam. Gdyby kolo wiedział, że za wysłuchiwanie takich grypsów z anusa zarabiam miesięcznie po odprowadzeniu podatku jakieś 6110 złotych polskich (jeśli weźmiemy pod uwagę prostackie przeliczenie funta na złotówkę, bez uwzględnienia kosztów życia itp.), to chyba by sobie gardło poderżnął tym wystającym kółkiem z maski Mesia…No czerstwe to było niczym żelki z Biedronki.

8.Tzw. abuserzy, czyli ci, którzy chcą zwrotów pieniędzy za produkty w grze. Cel jest prosty- w niektórych grach można zachować rzecz, nawet po zwrocie. Świry, które budują wielkie fortece i się z nich nawzajem ostrzeliwują, lovciają taki biznes. Podrzucają sobie na forach powody do zwrotów, aby mieli co wypisywać w swoich formularzach, z których duza część przyjmuje automat, który odrzuca zwrot (wtedy my ciśniemy) albo zatwierdza (wtedy te głąby kupują kolejne dziwactwa) Niektóre powody są w miarę normalne- mały brat narobił zakupów albo mała siostra, ale są też takie, które z grubsza brzmią jak lanie w banię z szydła:

12540812_1091301910901528_8000200168740946058_n

Najdziwniejszy powód, jaki widziałam był bodajże taki, że pies komuś wlazł na tablet i nacisnął łapą przycisk “Kup”. Był też kolega, który chciał przejąć pałeczkę po wróżbicie Macieju (nie mylić z samą pałeczką  wróżbity Macieja) i miał odgadnąć hasło do konta jakiegoś nieszczęśnika- akurat ta sprawa przyszła do naszej kolejki 1 kwietnia i mówi już sama za siebie.

9. Ludzie, którzy wiedzą lepiej i usiłują się ze mną wykłócać. Na przykład koleś, który miał problem z jedną z usług YouTube, więc mu grzecznie tłumaczę, że dobił się do złego działu.

-Ale jak to??!! To Pani do mnie dzwoni (przy wypełnianiu formularza o kontakt, tzw. click to call, klient podaje nr telefonu i nasz system łączy go z nami automatycznie) i Pani mi mówi, że nie może Pani tego zrobić?!

-Przykro mi, ale nie mogę, ponieważ nie leży to w moich kompetencjach,a chciałabym, żeby otrzymał Pan właściwe informacje na ten temat, więc mogę Panu wysłać po naszej rozmowie kontakt do działu YouTube albo przetransferować tą sprawę bezpośrednio do nich.

-Pani sobie robi jaja! Dzwoni Pani do mnie tylko po to, żeby mi to powiedzieć?

-Pragnę Panu powiedzieć, że wypełnił Pan formularz kontaktowy i nasz system połaczył mnie z Panem automatycznie. Jestem ze wsparcia Google Play, więc proponuję Panu kontakt z zespołem YouTube.

-ALE JAK TO?

12524191_10207032026632764_1893848322647276161_n

No tośmy se pogadali.

 10. Ostatnio zainfekowałam jednemu panu tablet wirusami, które zniszczyły softa (zaczęły wyłazić coraz dziwniejsze komunikaty). PRZEZ TELEFON. A czemu? Bo pracuję dla korpo, międzynarodowego korpo, czyli dla Żydów, a Żydzi kłamią.

11. Tak, lubię sobie czasem porozmawiać z klientami o broni atomowej, Brexicie i czołgach, ale naprawdę nie muszą do tego dodawać, że są 11 lat po rozwodzie i dopytują się, jak można się do mnie bezpośrednio dodzwonić. Zawsze mnie to robi upset, bo przecież za siedzenie na słuchawce w sekstelefonie zarabiałabym pięć razy tyle. Inny gość z kolei rozpływał się nade mną, że gdyby wszystkie laski na świecie były takie pomocne jak ja, to świat byłby pięknym miejscem. Ciekawe, czy też by się pogodził z faktem, że bycie pomocnym w tym przypadku równa się piątunio wypłatunio co tydzień.

12. Dla równowagi jeden dżentelmen nie wytrzymał ciśnienia po tym, jak zablokowano mu konto i oznajmił mi, że pierdoli nasze usługi i życzy mi niechcianej ciąży. Z tego miejsca życzę mu, żeby umiał z siebie mieć taki sam polew, jaki miałam ja i mój kierownik po przeczytaniu tego maila.

13. Jeden nadgorliwiec żądał przeprosin dla niego i dla całej Polski, bo na 11  na stronie głównej Google była ilustracja z bocianem. Pan domagał się orła. Reszta Polski do tej pory się nie wypowiedziała, koleś również spasował po mojej odpowiedzi.

14. Naszą gwiazdą byl D.-ziomeczek dzwonił do nas 115 razy, głównie zadając nam pytania egzystencjonalne, np. kiedy będzie otwarty rynek w Elblągu, przeplatając je niekończącymi się pytaniami o apki. Uwielbiałam te telefony-dwie godziny pierdolenia w bambus, kiedy to sprawdzałam kursy walut, poszukiwałam różnych drobiazgów na Ebay, mój kolega D. czytał Przegląd Sportowy, a D. nakurwiał szczęściem, bo miał do kogo zagadać.

15. Do Rosjan wydzwaniali z kolei pacjenci psychiatryka. Bywało, że można się było z nimi lepiej dogadać, niż z synami narodu cebuli.

16. Nie posiadałam się z radości, kiedy wysadziłam w powietrze jakiemuś kmiotowi telefon przy okazji przywracania tele do stanu fabrycznego. Koleś miał problem z jakimś HujaCiagnoMi z Ebaya i nijak nic z Google nie chciało na tym śmigać. Ponieważ kolo prezentował postawę w stylu :”Co mi tu będzie ta kukiełka pierdolić”, z wielką ochotą poinformowałam go, że reset totalny tele to jest to. Jeśli kelner może pluć do zupy, to ja mogę wysadzać telefony w powietrze. Innymi słowy-grzecznie mi tu, kurwa!

17. Krejzi 15stka, która znudzonym wokalem dopytywała mnie, czy ja w ogóle ogarniam, co to Tinder. Poczułam się jak dinozaur,choć bardzo chciałam ją spytać, czy umawia się na robienie loda przed odrobieniem pracy domowej z chemii, czy tuż po. Ogólnie większość dzieciaków, które do nas dzwonią są milutkie i trochę speszone, ale im przechodzi, jak im opowiadam o łowieniu Pokemonów w parku. Nastolatki dzielą się strategicznie na młodocianych dziewiców i pyszczące lachony.

18. Panowie z żonami w tle-ja naprawdę słyszę, jak mówicie do nich “Cicho kurwa, Stacha/Graża/Boża, ja tu z panią rozmawiam”.

19. Im głośniej się drzesz, tym mniej chce mi się tłumaczyć, że nie podam Ci zapomnianego hasła do konta, bo sama go nie znam, a wykorzystywanie przewagi cywilizacyjnej pt.”Ja mogę kurwamaciować, a ona nie, hehe” jest z dupy.

20. Klient umawia się na tele, dzwonię o podanej godzinie. Nie odbiera, a w mailu tłumaczy, że był telefon z Irlandii/Kalifornii (zależy, przez którą centralę nas łączy). Zaczyna odbierać, jak odpisuję, że telefony do nas i od nas są darmowe.

21. Kwiat polskiej emigracji w jednym dialogu:

-Niestety, karta podarunkowa nie zostala aktywowana przez sprzedawcę, musi pan wrócić do sprzedawcy, żeby to zrobił.

-KURWA! WIEDZIAŁEM, ŻE COŚ BEDZIE DO DUPY! Mieszkam w Niemczech i tam brałem te karte! GŁUPIA PIZDA COŚ MÓWIŁA, ALE ZABRAŁEM JEJ KARTĘ I WYSZEDŁEM!!!

-….

-Te, Franek!WRACAMY TAM, TRZEBA ZAJEBAĆ DZIWKĘ!!!!

-yyyyy….

22.Jeśli apka nie działa, w ramach grzeczności możemy zrobić zwrot kosztów (tak naprawdę powinien robić to twórca apki, ale oni z reguły mają na to wyjebson), jeśli była kupiona w ciągu ostatnich 48 godzin. I tak nie przeszkadzało to jednemu ziomkowi w straszeniu mnie sądem, bo nie mogłam mu zrobić zwrotu za apkę kupioną w 2013 roku. Chciał się procesować o zabójczą kwotę 4.99 PLN.Słownie:mniej niż kosztuje mózgojeb Siarczysta Wisienka z rogu Ząbkowskiej i Dworca Wileńskiego.

23. Uwielbiam ten moment, kiedy ludzie się cisną, że chcą rozmawiać z kierownikiem/menadżerem, na co z uśmiechem i Miedzynarodówką w uszach informuję, że owszem, ale rozmowa może być po angielsku. Nagle koguciki tracą piórka, a ja rysuję kolejną kreskę na ścianie po kolejnym zatopionym bucu.

Mimo wszystko, lubię tą robotę, bo robię w niej różne rzeczy, łącznie z konsultacjami małżeńskimi dla zagubionej duszy, która śledziła męża za pomocą apki namierzającej  i codziennie trafiam na nowego zjebusa. 

Zawsze mam też na uwadze, że mogłam wylądować w większym bajzlu, a tymczasem siedzę sobie przy biureczku, walczę z brazylijską nocną zmianą o słuchawki, które mi zabierają i kleję bekę z pracy, zamiast przynosić korpo  do domu.

Idź Pan w chuj z taką robotą i przenieś się do korpo

14 Jun

Uff, szarpałam się z wywołaniem opcji formatowania w adminie chyba z pół godziny, to wszystko wina Żydów i masonów zapewne. Ale ja nie o tym, a o moim zatrudnieniu, co rozpocznę pewną anegdotą, by jak zwykle zgrabnie i z wdziękiem przejść do meritum, którego w moich postach zazwyczaj nie ma.

Otóż kapitan Vlad dostał niedawno awans i został kierownikiem popołudniowej zmiany w swojej fabryce cudów takich jak głowice rakiet, śruby do stacji kosmicznych i jakieś części samolotów, w które można schować ruski trotyl. Jednym z jego podWŁADnych jest niejaki J., który został wydalony z USA, Kanady i paru innych miejsc za dilowanie prochami, próbę gwałtu i wyścigi z policją (zanim poznam tego gościa muszę się dowiedzieć, czy jestem w jego typie, bo inaczej szykuje się widzenie przez szybę). Gdy chłopcom nie chciało się pracować, jeden z nich zaproponował przywleczenie miejscowych prostytutek, które by za nich pracowały.

-Ale bejbe, one za jeden dzień pracy wezmą tyle, co wy w miesiąc!-zaprotestowałam.

-J. powiedział to samo- stwierdził Vlad.

Tak oto moje myślenie o biznesie jest zbliżone do kombinacji angielskiego handlarza prochami. Idąc tym tropem powinnam cisnąć kapuchę we wszystkich możliwych nominałach, ale chyba u mnie to działa na opak.

W każdym razie wasza wiedza o mojej pracy zatrzymała się tu i tu (Jezu, ale mi spodobały te hiperlinki, będę Was teraz męczyć nimi do porzygu i zapętlać dygresje), więc Wam opowiem, co się stało jakieś 3 miesiące po moim rozpoczęciu pracy. A stało się to, że przyjechał nasz menago od HR, czarny jak sadza (“No pięknie, jestem murzynem Murzyna”-pomyślałam) i oznajmił, że zwija biznes, bo kierownictwo centrum handlowego chciało nas przenieść w inne miejsce na czas remontu naszej parcelki; miejsce do którego żaden Angol by się nie zapuścił (byliśmy ulokowani tuż przy wejściu od strony zajezdni autobusowej, a chcieli nas wepchnąć na piętro, na które nie hasał nawet koń Rafał z przetrąconą girą) i do tego 2x droższe i 2x mniejsze.

Byznys is byznys i tak oto mój kolega D. całkiem bezwstydnie szukał nowej roboty w godzinach pracy, odbierając milijon telefonów i wypisując coraz to nowsze aplikacje, G. zwinęła się jeszcze wcześniej i to w dosyć dziwny sposób, a mianowicie najpierw biorąc urlop, by na chwilę przed jego rozpoczęciem oznajmić, że właściwie nie wraca- mam pewną teorię na ten temat, ale nie miałam nigdy okazji jej potwierdzić lub zaprzeczyć, więc zatrzymuję ją dla siebie. J., jak przystało na Angielkę z dwojgiem dzieci stwierdziła, że życie na benefitach nie jest złe, K. została menago innej kawiarni.

Ja z kolei zapodziałam się w innym punkcie naszej le sieci, która chciała być drugim Starbucksem, Nero czy Costą, a nie została nawet Biedrą. Punkt w innym centrum handlowym na dzielni słynącej z kwaterowni Polaków (bo tanie mieszkania) i bycia kanałem przerzutowym prochów na całe hrabstwo (bo ból życia na zasiłkach i z mózgiem przeżartym cukrem-pudrem i sajdrami zabija). Centrum kulturalnym na dzielni B. są paznokciownie, gdzie mamuśki na benefitach trzaskają sobie szpony w kształcie łopaty (jako fanka ładnych manikiurów mam konwulsje na ten widok., natomiast to jest totalna boskość i zajebistość nie tylko do sześcianu, ale i nawet do bryły platońskiej)  oraz Aldi, gdzie można wyhaczyć takiego sajdra oraz ulica, po której czasem turlają się poważniejsi handlarze swoimi furami na spotkanie zarządu.

No i weź tu Panie bądź mądry i rób flat white na sojowym mleku (np. na życzenie dwóch kolesi typowo waginosceptycznych, którzy ochoczo cisnęli do mojego kolegi F.). Ale ja chciałam, bo wiedziałam, że z trzymiesięcznym doświadczeniem w pracy wiele nie zwojuję, a bilety autobusowe na uniwerek same się z drzewa nie ruchają. Tak oto zaczęłam martyrologię gdzie indziej.

W kontrakcie miałam zapisane 8-10 godzin w tygodniu, co całkiem mi pasiło, choć bywało różnie, gdy do biletów autobusowych dorzucałam gazetę i colę. Moja nowa menago rodem z Rumunii podchodziła do sprawy dosyć swobodnie, a właściwie na pełnym wypierdolu dawała mi 2 godziny tygodniowo (w PL rządzą umowy śmieciowe, a tu kontrakty typu zero godzin- raz walisz 60 godzin w tygodniu, a raz 2). Dodatkowo w tej okolicy pomieszkiwał Vlad, więc widywaliśmy się po mojej pracy, gdzie łapiąc Wi-Fi w KFC oznajmiałam mu, że znowu dojazd do pracy będzie zajmował mi więcej czasu niż sama praca, po luknięciu w grafik. Menago twierdziła, że na razie tylko tyle godzin może mi dać i już. No to skąd wzięło się 8-10, którymi HR mnie zanęcił? Nie wiem. Skąd mam załatać dziurę budżetową, jeśli zarabiam 18 funtów tygodniowo, a wydaję jakieś 40? Tego też nie wiedziała.Teoretycznie mogłam szukać drugiej roboty, ale wtedy byłabym rozjebana jak kamienica po blitzkriegu albo rzucić tą robotę i wrócić do punktu wyjścia, czyli wisieć na czyimś garnuszku, co tak chętnie wypominał mi Flafi.

Po dwóch tygodniach ugodowego załatwiania sprawy stwierdziłam, że mnie to nieco wkurwia i napisałam maila do HR, zostawiając im kwestie matematyczne do rozkminienia i oszacowania, czy ja jestem może niczym budżet Polski, żeby się tak żyłować nie wiadomo po co. HR nie był hapi i w końcu godziny się dla mnie znalazły. W ramach ciekawostki powiem Wam, że zjeb musiał być niezły, skoro moja menadżerka prawie do ostatniego dnia pracy wspominała ten event z wielkim oburzeniem, bo przecież m o g ł a m do niej przyjść i porozmawiać pokojowo w tej sprawie. Nie potrafiła sobie przypomnieć, że przecież, kurwa, przychodziłam.

giphy-facebook_s.jpg

Patrz, jak bardzo mnie to chuj obchodzi.

W ogóle ta dama to przypadek klasycznego Rumuna w UK, który wziął się z dupy świata, ma z tego powodu kompleksy, więc usiłuje udowodnić wszystkim, że jest KIMŚ. Problem w tym, że bycie menadżerem jakiegoś lokaliku to jeszcze nie jest bycie KIMŚ; niech świadczy o tym fakt, że zarabiałam jakieś 6.50/godzinę, a ona z tego co kojarzę 7/godzinę, więc bez przeginy, prawdziwi menadżerowie poważnych firm po takie pieniądze nawet się nie schylą. Lubiła naginać fakty, szczególnie w przypadku osób, które studiowały (ja i dziewczyna z Rosji, która robiła magistra w UK i do późna ślęczała przy swojej pracy magisterskiej, więc prosiła o zmianę godzin. I jak myślicie, czy zostały zmienione? Taaa. Dostała ich jeszcze więcej) i udawać, że o niczym nie wie, a poza tym to jest zajęta- głównie siedzeniem na fejsie i podładowywaniem swojego AjFona Rumun Edyszyn w naszych firmowych gniazdkach, co mogło się skończyć np. wyjebką tele w surowe ciasto na mufiny, kręcące się w mikserze.

Ale gdzie tam, lepiej ścigać kogoś o 5mm-we paznokcie, które na okrągło są czyszczone i zabezpieczone rękawiczkami przed wpadnięciem komuś do jedzenia i odwalenie cyrku pt. masz tu M. funta na cążki do szponów i je obrzynaj (akurat tego dnia były Walentynki, więc trochę je zapuściłam, żeby nie wyglądać jak oderwana od pługa) Już nie mówiąc o tym, że jej gadka była tak chaotyczna i zapętlająca się w niekończącym loopie, że po 5 minutach nie miałam pojęcia, o co jej właściwie chodzi, gdy snuła swoje monologi z kosmosu. Pod tym względem o wiele bardziej ceniłam jej vice, Węgra F., który był krótki i konkretny, przy czym zazwyczaj robiliśmy sobie też polewkę, bo wiadomo, że Polak z Węgrem zawsze się dogada. Lubiła podkreślać, że na urodziny ma ZWYCZAJ kupowania sobie czegoś DROGIEGO, najlepiej zegarka lub torebki, co moim zdaniem świadczyło o tym, że koniecznie chce się wybić na tle swoich znajomych, którzy zostali w Rumunii i pokazywać wszystkim, co to nie ona, co zazwyczaj kwitowałam pół-uśmieszkiem, bo po prostu śmieszą mnie takie akcje, również z punktu widzenia osoby, która na tle swoich rówieśników w PL jest w wymarzonej sytuacji finansowej, ale nie odjebuję z tego Jeziora Łabędziego dla Albańców.

Meanwhile_91e562_3016433

I z czym do ludzi, ja się pytam.

Aha, cudna G. lubiłą też nas poganiać i wprowadzać atmosferę jeszcze większego rozpierdolu; jak to się wszystko kulało w godzinach lanczowych to właściwie nie wiem. Starałam się jak mogłam, ale tej dalej było źle, wolno i szybciej, migusiem, migusikiem. Mistrzostwem świata było, kiedy poprosiła mnie, żebym z nią została i pomogła jej ogarniać bajzel po godzinach mojej pracy i też miała pretensje, że robię to za wolno. Inna sytuacja, kiedy w niedzielę byłam sama z F. na zmianie, który zdychał na kaca, więc właściwie miałam roboty za dwoje, decydując się na krycie mu dupy w razie niespodziewanej inspekcji naszej zrytej area menager, jako że on starał mi się też nie robić pod górkę. G. przylazła wtedy z tragarzami z Misia i też cisnęła, że się nie wyrabiam, na co już wywaliło mi pianę na pysk, bo trudno być w czterech miejscach naraz, ale widocznie z niej była taka Łonder Łumen, bo umiała zalogować się na fejsa i udawać, że robi zamówienia przy firmowym laptopku równocześnie, wow, wow, uszanowanko. W sumie znosiłam to wszystko, bo coś mi podpowiadało, że sytuacja może ulec zmianie i wtedy do śmiechu może być komuś innemu.

Nasi klienci mimo lokalizacji w sercu patoli hrabstwa Dorset nie byli źli, zwłaszcza ci stali, którzy nas kojarzyli i znali nasze imiona, np. sympatyczne dziadki albo babcia, która mówiła na mnie “aniołku”, chociaż byłam od niej wyższa ze 20 cm. Był też koleś rozmiaru szafy gdańskiej, z dziarami i miną żołnierza Pruszkowa, który zawsze zamawiał duże, karmelowe latte; robił na mnie posępne wrażenie, ale któregoś dnia usłyszał, jak nasza area manager piłuje dziób na naszą nową Hiszpaneczkę A. i-co dosyć niezwykłe na Angola- wtrącił parę słów od siebie o charakterze zjebującym pod jej adresem. Wśród stałych klientów był tez regularny zbok, który lubił mnie dopytywać, co będę z nim robić wieczorem, na co ja któregoś dnia oparłam się o kasę, spojrzałam się na niego, westchnęłam i spytałam:

-Ej, a co powiesz na trójkącik? Ja, ty i mój facet, dwa metry wzrostu, sto kilo wagi. Bardzo chciałby cię poznać, bo trochę o tobie słyszał.

F., który robił obok kawę, mało się nie zaksztusił, głównie ze śmiechu, co było moim szczęściem, bo gdyby gość się bardzo uparł, to mogłoby się okazać, że to ja go molestuję (bez przesady, nawet w lubowaniu się w starszych facetach miewam granice), a nie on mnie. O radości politycznej poprawności! Za to jego syn był zawsze do rany przyłóż, może był od mleczarza czy listonosza. Zbok dał sobie spokój, za to ja za każdym razem mu salutowałam, na co zwykle wyglądał, jakby miał na końcu jęzora jakiś dziwny gryps.

Polacy, którzy do nas przychodzili, dzielili się głównie na tych, którzy po angielsku umieli powiedzieć:” Wanilia ajskim, plis. Kurwa, Zbyszek, tak to się mówi?”, na co ja przechodziłam na polski w momencie wydawania reszty, bądź na ambitne mamusie, które szczebiotały do swoich Brajanków, Alanków i Nikolek po angielsku, utrwalając im w głowach swoje błędy językowe i pal licho że na wakacjach w Polsce dzieciaki nie dogadają się z dziadkami, mają być naturalizowanymi Angolami i już. A poza tym cała galeria postaci, które miały pretensje, bo nie wiedziały czego chcą lub gorąco mnie zachęcały, abym wracała skąd przyszłam, gdy ich zamówienie nie łapało się do promocji i Cyganie, których dzieci robiły sobie tabor na naszych stolikach. Kiedy F. grzecznie spytał jednej z takich ore ore mamusiek, czy mogłyby uciszyć swoje mini panny młode, usłyszał co następuje:

-To idź i je uduś, jak Ci się nie podoba!

F. był profi, więc zacisnął zęby, wziął po mini mufinku dla każdego bachorzęcia i powiedział, że im je da, jak się uciszą. Tu nastąpiła cisza rodem ze stepu astrahańskiego, co F. skomentował przechodząc koło mnie (miałam akurat lancz) tymi słowy:

-Jebani Cyganie!

No i masz, wywołał mi przed oczami tą scenę (od 1:55).

Moim ulubionym zajęciem w czasie mniejszego ruchu było rozkminianie, co tu można zrobić, żeby wypromować naszą miejscówkę, bo na tle konkurencji było różnie i wymyślałam plan kampanii, głównie dla własnej rozrywki, bo coś trzeba  było robić przy pucowaniu talerzy. Przy zmianie identyfikacji wizualnej odpadłam, bo nasz gejowy dizajner odwalał kaszany, które nijak nie miały startu do świątecznych edycji kubków na wynos Costy (tu klik do Costy, a tu do ewolucji świątecznych Starbuniów) W sumie w kawiarniach głównie chodzi o lajfstajlowe pitu-pitu i żeby liczba lajków pod fotą takiego kubka na Insta się zgadzała, więc sama nie mogłam się nadziwić, czemu ten element został pominięty, bez kompletnej świadomości faktu, że promocja to opieranie się w kulturze obrazków o przyciąganie czyichś gał, a za tym hajsów.

Myślałam o zmianie menu i wprowadzeniu różnych promocji przy mopowaniu podłogi (czynność, która jest wybitnie z dupy, czyli oblewanie podłogi wodą, aby za chwilę mop był syfiasty i rozprowadzanie syfu po jeszcze większej powierzchni) i łapaniu targetu przy wycieraniu kurzy. Nie ma to jak wybitne rozrywki intelektualne. Co innego robić, kiedy mamusie przewijają swoje dzieciątka przy stolikach, gdy łazienki znajdują się 50 metrów dalej? No chyba tylko tyle.

Tak się to wszystko kręciło, dopóki nie zmienił nam się area manager. Nie wiem, czy we franczyzach w Polsce też jest taka funkcja, ale area manager to ktoś, kto kupuje dany punkt i nim rządzi, kontroluje zyski (jakąś ich część wysyła do firmy-matki, część zabierają opłaty, a za resztę zazwyczaj może iść kupić sobie waciki, raczej te tańsze) Na miejsce laski, którą podczas roku pracy widziałam góra 3 razy, przyszła inna, T. T. miała głos, który sugerował, że niejedną flaszkę obróciła pod sklepem, bo co ma się szczypać i taszczyć ciężkie siaty do domu, a patrząc na nią, miałam zawsze wątpliwości, do którego kibla może chodzić. W każdym razie była KOSZMARNA. Przychodziła do nas dzień w dzień i zawracała dupę minimum 3-4 godziny, co w porze lanczowej było co najmniej niewskazane. Gdy nie mogła przybywać osobiście, nasyłała na nas swoich znajomych i rodzinę. No OK, pewnie jakbym miała własny biznes, też bym chciała wiedzieć, jak się kręci, ale np. instalowanie kamer i oglądanie podglądu z nich na swoim telefonie CAŁY CZAS to już jest obsesja; mało jej było kamer z naszego centrum, potrzebowała jeszcze swoich. Gdy ktoś wyrażał swoją opinię- niekoniecznie narzekając, ale po prostu mówiąc, co mu się w danym pomyśle nie podoba-w odpowiedzi słyszał, że jak mu się nie podoba, to może nawet nie tyle się zwolnić, co spierdalać (jakie to konstruktywne).

Żałuję, że gdy przychodziłam w soboty, to się mijałyśmy w drzwiach, bo któregoś razu mogłabym nie wytrzymać i powodując się na kodeks pracy spytać jej, czy za takie texty będzie ją w zamian stać zapłacić komuś odszkodowanie za mobbing, do którego takie popierdywanie śmiało się kwalifikuje. G. wybrała opcję rumuńskiego rozwiązania problemu, czyli zamiast posłać ją do diabłów, wsadzała jej palec w dupę, wychodząc z założenia, ze jak T. będzie zadowolona, to nie będzie się czepiać. Na nic próby uświadamiania jej, że jest granica między byciem chamem (co w przypadku kobity już w ogóle rozjebuje, kiedy próbuje się przyfrantować, jaka jest silna i niezależna, a wychodzi z niej zwykłe chamstwo i kołtuństwo) a byciem świadomym, czego się chce i wymagania od siebie i innych przestrzegania pewnych zasad.

T. wymyśliła też, że mamy sobie sami płacić za jedzenie, które bierzemy na lancze (wcześniej każdy miał swój limit, zależny np. od godzin, które pracował danego dnia i np. w ciągu zmiany 8 godzin mógł wsunąć bagietkę/tosta i mufina z napojem, w ciągu 3h samego mufina i napój, co i tak było spoko bo starczało i dla nas, i dla klientów, a często organizowałam mufiny też dla Vlada, żeby nie poszły do śmietnika), co już było parodią, bo pytałam wszystkich dookoła, którzy pracowali/pracują w gastro i nikt nie musiał płatosić za swoją szamę, natomiast T. wyraźnie szukała pieniędzy nie tam, gdzie trzeba.

Na spotkaniu, gdzie opowiedziano nam o zmianach w naszym trybie pracy samej pomysłodawczyni tychże zabrakło, a mogliśmy poczytać jedynie wydruki z maili wymienianych między G. a T. i spytać G., jak czegoś nie kumaliśmy, co jakoś mnie nie urządzało, bo na takim spotkaniu oczekiwałam raczej konfrontacji z kimś, kto te bullshity wymyślił. Koniec końców podpisałam papier, że zapoznałam się ze zmianami, mówiąc jednak, że taki system wzmożonej kontroli nie spowoduje niczego dobrego, bo zestresowana załoga nie przyciągnie ludzi, ale jakoś przeszło to bez echa.

Pomyślałam, pokombinowałam, kończyły mi się studia, więc tak czy inaczej potrzebowałam pełnego etatu, a nie zabawy w dom na podwórku. I to był moment na odejście z tegoż przybytku rozkoszy wątpliwych. Początkowo myślałam o swojej branży, ale po zakończeniu roku obłożenie na jedno miejsce na staż było takie jak na fuchę ordynatora w Leśnej Górze. Miałam też propozycję pracy w PL, która była jednak dosyć niepewna. W końcu znalazłam robotę, w której jestem do dzisiaj (i o której będzie następny post, bo jest dosyć zabawna) i  z niekłamaną satysfakcją złożyłam wymówionko. Gwoździem do trumny był pewien piątkowy wieczór, kiedy kładłam się z myślą, że następnego dnia mam po raz pierwszy od jakiegoś czasu wolną sobotę, gdy nagle słyszę trurururu nad uszami, bo dziecko G. zachorowało, są w szpitalu, drama, Panie, drama, więc miałam przybyć na godzinę siódmą rano. No dobra, składam soracze i pobudka piąta rano. W ciągu dnia przybył do nas starszy latorośl, z jakże dziwnym pytaniem, czy zastał mamunię. Wyłapałam zonka- mieszkają wszyscy razem, no to chyba kumał, że matka w szpitalu z młodszym? Najwyraźniej jakoś mu to umknęło. Albo jej. Przynajmniej przekonałam się, że te dwa tygodnie wypowiedzenia miną mi wesoło.

Później w nowej pracy spotkałam kolesia z Dominikany, który pracował w funciaku i często do nas przyłaził smędzić po hiszpańsku albo umierać na jednej z naszych sofek na weekend. Oznajmił mi, że wszyscy właściwie się pozwalniali, z G. na czele, bo mieli dosyć pomyslów wspaniałej T.

Właściwie to czemu ja nie jestem wróżką?

 

 

Może i mam Cię w dupie, ale mam za to piękny zegarek

3 May

Siemson! Nie było mnie tu od dawien dawna- zrzucanie lorda Flafiego ze schodów, zmiana pracy i wreszcie posypka mojego lapka i przeprąciowa jesień i zima (które w UK są totalnie jednym i tym samym, czyli porą nieustającego monsunu w scenerii, w której Werter zabiłby się po wielokroć) chwilowo mnie uciszyły. (dobra- nie chce mi się robić backupu całego lapka przed dokonaniem lecznicznej procedury, znanej jako :”Gdy Ci smutno, gdy Ci źle, jebnij format dysku C”). W międzyczasie wolałam kupić parę płyt/książek/whatevs, pojechać na koncert Sabatonu w Southampton (lovelovelove111!!!) rozkminić symbolikę Iron Mana, przywitać się z mumiami w londyńskim muzeum i pojechać do Polski, co ma też swoje konsekwencje, ale to opiszę inną razą.

Wybieram się też na siłkę (słyszysz to, moja durna babo od WFu z podstawówki? Przyjadę do PL z bicami a’la Marit Bjoergen i Ci pokażę, jak skakać przez kozła, lol), bo zmiana trybu pracy z “zapierdalaj, gdy Ci Rumun każe” na “siedzę, nic się nie dzieje i czekam na multum telefonów”jakoś mi nie posłużyła; pewnie wypluję serducho na siłowni i jakaś Ewa Chodakowska je zdepcze i ani przez chwilę nie zapłacze po jakimś tłustym baleronie. W planach mam też coś, na co szykuję się od dawna i mam nadzieję, że ta sytuacja zilustruje powiedzenie “wjechać komuś na chatę” i nie wiem czemu uważam, że to będzie najlepszy soundtrack tego wydarzenia: Deadpool Rap.

Miałam Wam napisać, jak wyfrunął od nas lord Flafi, ale czy ma to znowu sens? Zgodnie z moimi podejrzeniami okazał się być bardziej zjebany od audycji Lata z Radiem, prowadzonej przez ojca Dyrektora lub sesji topless w Playboyu posłanki Pawłowicz. No więc jednak Wam to opiszę, bo po pewnym czasie ma to wymiar komiczno-tragiczny, choć na początku było czystą porachą. Nie wpuszczać Angola za drzwi, zwłaszcza, gdy to świadek Jehowy lub komandos RAFu, proste.

Że Lord miał rozrywki w stylu darcie na mnie japy albo zastanawianie się, czemu papier toaletowy nie jest rwany wzdłuż perforacji, ale w poprzek, to już wiecie. Stopniowo jednak te rozrywki pogłębiały się, aż doszło do sytuacji, kiedy Flafiego drażniło WSZYSTKO. Oprócz jego telewizora (właściwie to był NASZ telewizor, ale nie omieszkał go ze sobą zabrać, zostawiając gruza), z tym mógł wziąć ślub. Kiedy wychodziłam z pokoju, gdzie urzędował, z talerzem kanapek w ręku, dostawał szału, bo jada się w JADALNI. A zęby zmienia się w kielni.

Flafi miał też inny powód do zmartwień; wymyślił, że zadając się z Vladem wpadnę w narkotyki, bo jego córka miała starszego faceta, który miał swój własny startup z dużym ROI i targetem skierowanym do fanów hardkor umcyk-umcyk i pudrowania nosa (tekst Flafiego o wciąganiu w dragi wspominaliśmy czule z Vladem podczas palenia zioła) Nijak nie szło go przekonać, że nie każdy tak robi. Jego agresja narastała, a łysy łeb przybierał kolor wiśni i miał coraz więcej pretensji o COŚ. Nie wiadomo o co; w każdym razie było mu najcudowniej, kiedy wszyscy dookoła byli dobici lub kiedy można było odstawić pokazówkę nie wiadomo o czym i po co, np. przy swoim pedalskim synusiu, którego kiedyś lubił podduszać (baronie Mindhauzen, gdzie jesteś?). Tak mu się Vlad nie spodobał, że zanim go poznał, już wymachiwał mi nożem przed oczami, krzycząc, że obetnie mu jaja. Czemu moje oczy pomyliły mu się z jajami to nie wiem, w każdym razie Flafi po ujrzeniu Vlada był w stanie ponownie przybrać kolor wiśni i…tyle. Mam dziwne wrażenie że podobny, równie zjebany typ osobowości mają też hejterzy internetowi, przy czym hejterzy publicznie są zryci, a Flafi dla publiki był do bólu słodki. Tym bardziej należy mu się stopione żelazo na leczenie hemoroidów.

Kiedy już się wyprowadzał, to już nie byłam “bezużyteczna”, tylko byłam kochaniem i skarbeczkiem i w sumie czemu nie dałam mu w ryj, to nie wiem, chyba szkoda piąchy. Przy wyprowadzce zwinął połowę rzeczy, w tym moją i Vlada formę do pieczenia, gdzie zrobiliśmy pierwszą wspólną rzecz, która miała ręce i nogi i nie była murzynkiem, a plackiem ze śliwkami- bądź po wielokroć przeklęty i rżnięty w swój angielski ryj!

Joanna Maria K. była na tyle miłościwa, że po sprzedaży Mazdy RX8 (Zwanej też “Bajo”) kupiła Lordowi BMW…BMW…no jakieśtam BMW; w wieśniakowozach nie robię, nie odróżniam jednej BMWu od drugiej. (Natomiast muszę się poważnie zastanowić nad sobą, bo Vlad deklaruje miłość do Mitsubishi Evo Lancera i prawdę mówiąc nie wiem, jakby skończył z takimi deklaracjami na początku naszej znajomości. Na razie mamy Audi A6 o imieniu “Niewyżyta Niemra”, na cześć Katarzyny II z pieśni Jacka Kaczmarskiego). Do BMWu są potrzebne kluczyki, a tych nigdzie nie można było znaleźć, bo jaśnie Pan gdzieś je zwinął, zapewne mając na myśli zrobienie tego z całością urządzenia.

Wpadłam na genialny (jak zwykle) pomysł, by zmelinować wózek, gdy Lord nie będzie patrzył i w międzyczasie załatwić sprawę; wg angielskiego prawa bowiem właścicielem jest ten, kto wykłada hajs na furę, niekoniecznie ten, który nią jeździ. Joanna Maria K. najpierw sie opierała, by tydzień później wydzwaniać do Vlada, bo wpadłą na pomysł, by schować BMW, a więc popełniła plagiat. (nie umiem jej nazywać po jej pseudonimie “Becia”. Becia, bleeee. BEEEEEE-cia. Nieładnie to brzmi.) Kluczyki też się znalazły, pod materacem. Trochę po starowiejsku, ale się nie znam, więc może to kul i trendi- Flafi jako fan Szanela, Armaniego, kilograma złota na każdym paluchu i hawajskich koszul pewnie wiedział lepiej.

Aha- to pudło rzeczy Flafiego, które pomagałam mu wynosić- naprawdę wypadło mi z rąk przez przypadek. Cały czas żałuję, że te wszystkie noże i talerze nie wyjebały mu się na łeb, ale biedny ma zawsze pecha.

Flafi długo za nami nie płakał, bo niebawem szukał już nowych ofiar na portalach radkowych, wypisując, że jest drugim Dżejmsem Bondem, skacze na bungee (niestety nadal z linką), spadochronem, a przy okazji wiąże buty i pięć razy ziewnie. Nie wiem, jaka laska może polecieć na kolesia, który potraktuje ją jak przyrząd do wycierania butów, po czym następnego dnia będzie cmoktał, że jest miłością jego życia i tak w kółko, niemniej jednak angielskie panie z tego co wiem szybko traciły zainteresowanie. Może orientowały się, że takie życie jest do dupy, albo po prostu nie miały jak ciągnąć z niego kasy (fun fact: angielskie laski są wybitnie interesowne), bo mocium Pan przy okazji swoich wybuchów złości został też przeniesiony do jakiejś dupy świata, bo wszyscy mieli go dość.

W każdym razie życzę chuja koło dupy kolesiowi, który mówił, że traktuje mnie jak swoje dziecko i usiłował brać na łzawe historyjki, jak bardzo mnie lovcia (szkoda mi w takim razie jego dzieci….), a tymczasem doprowadził do sytuacji, w której uciekałam z domu byle jak najdalej, a kiedy zamachiwał się na mnie z łapami, to było mi już totalnie obojętne, czy rozwali mi łeb, poderżnie gardło czy może zrobi coś jeszcze innego. Niestety, osobowości narcystyczne nikomu nie mówią hejoo i nie ma się co łudzić, że kiedykolwiek będzie inaczej.
BTW- chuj koło dupy, bo Lord Flafi ma w posiadaniu dildo analne, którym się bawi, relacjonując takie upodobania nowo poznanym laskom (obczaj taką scenę: podchodzi do Ciebie Ktoś i mówi:”Siemankoo, jestem ktoś i mam dildo analne.Fajnie, nie?” N.I.E). Śmiało więc można powiedzieć, że to co innych cieszy, on ma po prostu w dupie i niech to będzie podsumowaniem krótkiego pobytu Flafiego w moim życiorysie.