Archive | Zywot czlowieka konsumpcyjnego RSS feed for this section

Współczesny Spartakus, czyli korpoodbyty tłuką się o urlop

2 Apr

Zaczęło się niewinnie, czyli od zapotrzebowania na nowe ryje w pracy. Ja i W. dostałyśmy ambitne polecenie rekrutacji według oceny testu pisanego i mówionego. Na ile można było odstrzelić kretynów, którzy pisali “komurka slurzy do dzwonia, a także jej funkcją jest wykonywanie połączeń telefonicznych”i tych, którzy przerzucali swoje elaboraty przez translator Google (po co Polak tłumaczy tekst napisany po polsku…na polski przez auto-translatora?! A walić się w imię dziewictwa też umiejo?), na tyle odstrzeliłyśmy, ale w międzyczasie rekrutacją zajmował się ktoś jeszcze. 

Dzięki temu trafiły do nas 4 osoby, z czego dwie dziewczyny są normalne i starają się kumać, co się do nich mówi, oraz dwa przypadki…cięższe. Stanowi to swego rodzaju rozrywkę, choć z drugiej strony bombardowanie pytaniami z dupy z ich strony i następny nalot dywanowy po stronie klientów w kółko przez 8 godzin dziennie wyjebują mnie z kapci.

Jednostka męska po usadzeniu niczym przedszkolak pod okiem W. zaczął ogarniać. Wcześniej nie trafiały powtarzane do wyrzygu wykłady o procedurach i czynnościach ( A Kapitan Bomba na to…), za to z miejsca zaczaił system rezerwacji urlopu. Sprawa jest prosta-dwie osoby z zespołu jakoś mogą pójść na urlop, ale kto pierwszy wbije się w system, ten lepszy. Był lojalnie uprzedzony, że jako młodszy stażem może poczekać grzecznie w kolejeczce, bo liczy się moment wpisu do kalendarza, no ale…Któregoś dnia chciałam przenieść wpisy z kalendarza do systemu,a tam zonk, moje sierpnie poszły się ciupciać!! Zaglądam do kalendarza, a tam nasza gwiazdeczka szaleje. W. się nieco zakurwiła i poszła go prostować, na co następnego dnia przyleciał do mnie kiero i zaczął stękać, że kolega nowy, że trzeba dać mu szansę, że bla blabla, że mam się nie opierać o pierwsze wrażenie, że makaronów sto. Wzdycham na to i rzucam taką orację:

-Spoko, ale kolega sprawia wrażenie, że nie ma chęci na jarzenie czegokolwiek dotyczące pracy, ale system urlopowy ogarnął raz dwa, więc nie dziw się takiej reakcji po naszej stronie.

-Może był rozkojarzony, kiedy mu coś mówiłaś, a może nie był zainteresowany…

-COOO?! I tak spokojnie przyjmujesz do wiadomości, że starszy stażem przekazuje coś młodszemu, a on wbija w to lachę?! Czy ja dobrze słyszę??

To się zaczęło jakieś korpo blabla, chyba o współpracy i komunikacji w zespole, ale teraz dla odmiany ja nie byłam zainteresowana. Powiedziałam tylko, że spoko, jak będą coś chcieli, to pomogę, ale bez rzucania kwiatków pod stopy i rozwijania czerwonego dywanu. A tak poza tym to chcę urlop, czekoladę, draże i baton.

No dobra, kolega jakoś się wyrobił jak żelbet z promocji i jest miły (tj. już skończył z żarcikami o ciągnięciu druta, jak go spytałam, czy występował w roli płatnika czy obsługującego), ale jednostka żeńska, zwana Bulwą, oh jej, to dopiero historia.

Bulwa jest wrzaskliwa, tj. formułuje swoje zapytania z drugiego końca biura, drąc ryj-kiedy robi to za moimi plecami, przechodzą mnie ciarki, zwłasza, gdy kończy je perlistym HYHYHY. Nawet się nie wtrąca w rozmowy, tylko się bezceremonialnie wpierdala, a trochę głupio dorosłej babie tłumaczyć, że mamusia za takie zachowania zapomniała ją usadzić na karny jeżyk. Bulwa jest 20 cm ode mnie niższa i tyleż samo kilo cięższa. To jest akurat najmniejszy problem; najgorsze jest to, że nadal wielki chuj ogarnia z całej tej roboty. Nie umie nawet powtórzyć tego, co się do niej mówi i 5 minut później odstawia w kolejnej sprawie podobnej do tej sprzed chwili dokładnie ten sam kaszan.No i mówi najbardziej przerażające słowo świata-PIENIĄŻKI. JEZU, KURWA, BOŻE, JESTEM NA NIE.

Mamy jej pomagać, dobra, niech będzie i tak. Ponieważ Bulwa na szkoleniu zajmowała się plotami, kiedy dzwoni klient, ona drze ryj o pomoc, przerzuca klienta na linię oczekującą i zaczynają się cuda. Bo pytamy, na czym polega problem, a ona nie wie. My też nie wiemy. No to ktoś musi nad nią stać i dosłownie dyktować, o co ma pytać; i tak połowy rzeczy po drodze zapomina.Potem trzeba pokazać palcem rozwiązanie na ekranie, a najlepiej wpisać jego nazwę na ekranie, bo powiedzenie go też nie jest gwarancją sukcesu. Aha, Bulwa ma 21 lat, w UK jest od prawie 10-ciu, a jej angielski zarówno w wersji pisanej, jak i mówionej przypomina mi piosenkę o forfiterze, którego wypasał szwagier, co też jeździ mi po bębenkach usznych niczym wibratto Zenka Martyniuka-na trzeźwo nie zniesę, ale przynajmniej po pierwszej butelce winiacza śpiewam razem z nim. Najlepiej to ilustruje reklama jego byczego enerdżi driniacza, który mi poleca swym czarującym barytonem.

Bulwa chyba ma dwie szare komórki, a te w wyniku zderzenia się na sobie wyznaczonych torach jazdy doprowadziły ją do wniosku, że lepiej nie pytać mnie po raz 15-sty w ciągu godziny o to samo, choć starałam się być grzeczna i nie cisnąć jej od najgorszych, tylko starałam się ją doprowadzić do właściwej procedury, zadając różne pytania, żeby przez odpowiedzi wycisnąć z niej, co trzeba. Po pierwszych 10 minutach wiedziałam, że szuka leszcza, który odwali za nią całą pańszczyznę, a szelest sam się będzie zgadzał w kieszeni. Nie dałam się wciągnąć w tą zabawę, bo po prostu kurwa N.I.E, czemu jakaś księżniczka Cebulandii ma siedzieć i wzdychać, a ja mam cisnąć jej i moją robotę za damski chuj? ( O nieee, sorry, w korponarzeczu nazywa się to PERSPEKTYWA ROZWOJU DLA OBIECUJĄCEJ KADRY, którą odczułam najlepiej, kiedy moje dwie aplikacje na wyższe stanowiska poszły się jebać) Ćwiczyłam już ten temat w poprzedniej pracy i dziękuję bardzo.

Efekt jest taki, że poleciała do mojego kiero i mu oznajmiła, że sprawiam, że czuje się przeze mnie…głupia.


Nie ma to jak spojrzeć prawdzie w oczy i nadal jej wmawiać, że jest ściemą. Od siebie dodam, że spojrzałam tylko na naszego capo di tutti i rozłożyłam ręce, no bo albo chce, żebym kogoś czegoś nauczyła, albo żebym klaskała z uznaniem, gdy ktoś odstawia teatrzyki z dupy.

Popis buractwa Bulwa odstawiła podczas naszej imprezki zespołowej, kiedy na niezłej najebce zaczęła cisnąć do W. że ta jej niby zabrała urlop, a ona potrzebuje, bo buduje dom i gruz się sypie (??? i dlaczego urlop bierze we…wrześniu???) , zarówno po polsku, jak i po angielsku. Nikt nie był w stanie przemówić jej do rozumu, nawet jedna Włoszka, która ją zjebała; w pewnym momencie stanęłam między nią a W., bo zaczęła machać łapami, co niechybnie skończyłoby się wpierdolem.

-Słuchaj K., jesteśmy poza biurem, więc daruj sobie takie wrzaski, bo mogłaś dzisiaj rano to ogarnąć-westchnęłam.

-Alemójdomgruzkafelkidompieniążkijachcęurlop!!!

-Zacięłaś się? Poza biurem nikt Ci tego nie załatwi, co sobie wyobrażasz?

-W.zabukowałaurlopjachcędwadniwtymsamymczasiejakmogłazabukowaćurlopdommöjjamuszęjechaćblablabla

-A W. ma prawo to serdecznie jebać, bo rezerwowała urlop, zanim żeś zakumała, że firma C. wogóle istnieje. Tym bardziej Twój gruz.

Nie przeszkodziło to w poniedziałek rano chwalić się Bulwie, że jej men musiał stawać w trybie alertowym po melanżu, bo Karolinka chciała ubarwić swym bogatym wnętrzem jego bezcenne wozidło (niech zgadnę-Volkswagen Passat 1.6 TDI kombi pseudonim Passerati? Audi A4? ) Oczywiście zakończyła tą tyradę obowiązkowym HYHY. Debilom to się jednak łatwo żyje, zawsze to powtarzam.

Na koniec chciałabym napisać jakieś zajebiste podsumowanko, jakąś górnolotną klamrę kompozycyjną, ale nic mi nie przychodzi do głowy oprócz tego, że niestety tego typu postaci wśród Polaków rzucają się tubylcom w oczy i nie świadczą o nas najlepiej, co w ostatecznym rozrachunku zagrało całkiem skutecznie, bo spowodowało falę nastrojów i manipulacji, które przyczyniły się do Brexitu.

Ale spoko, jak patrzę na takie elementy, to mam sama chęć zrobić od nich Brexit, byle jak najdalej. Tylko czy to możliwe?

Advertisements

Fuck Google, ask me

12 Nov

W mojej pracy mamy złotą zasadę-chuj z poniedziałkami, bo są najazdem husarii Cebulandii.Ostatnimi czasy poniedziałki trwają cały tydzień. No bo jak inaczej nazwać coś takiego:

-pani pyta się, czy możemy jej sprawdzić rozkład jazdy pociągu ze Zgierza do Krakowa na poniedziałek rano. Myślała, że dodzwoniła się do wyszukiwarki Google. Niedługo ludzie będą konsultować z nami objawy chlamydii i postanowienia traktatu brzeskiego.

-inna kobitka darła się, że mam do niej natychmiast przysłać elektryków, bo jej pralka zaliczyła zjebson. Nie byłam w stanie jej przetłumaczyć, że nie mogę tego dla niej zrobić, bo to nie moja półka; numer do nas dostała podobno od administracji. Szkoda, że nie dostała numeru do centrum pomocy Jehowych Serduszko Puka W Rytmie Mojego JebJeb W Twoje Drzwi.

– na koniec pewnej rozmowy:

-Czy ma Pan jakieś pytania, czy czegoś Pan jeszcze potrzebuje?

-Tak, Pani numeru telefonu, ma Pani niesamowity głos ( taa, ostatnio faktycznie dowiedziałam się, że brzmię jak kobitka z radia Trójka, mamy podobne R, które na szybkości staje się L). Czy muszę dodawać, że w tle było słychać dziecko delikwenta podczas zabawy?

-Pan, który nie mógł pogodzić się z tym, że nie dam mu kodu karty upominkowej, dopóki nie potwierdzi mi, że jest właścicielem konta, na którym ma wylądować saldo. Dowiedziałam się, że powinnam mieć więcej pokory wobec życia i że powinnam wstydzić się swojej pracy. Sorry mejt, tych 40 zeta za godzinę słuchania podobnych smętów raczej się nie wstydzę.

-Le Redaktor portalu o Androidzie, który upierał się, żeby pisać do mnie po angielsku, a chciał usunąć film ze swojego konta. Dwa dni z rzędu tlumaczyłam mu subtelną różnicę między usunięciem filmu z konta, a z biblioteki. Myślałam, że chociaż mnie opisze na swoim portalu, ale chyba mu się odechciało, jak zacytował mi wpis z forum pomocy Google, który niby potwierdzał, że film da się usunąć z konta, a ja mu odpowiedziałam cytatem z posta napisanego trzy linijki dalej, który jednak potwierdzał moją wersję. Szkoda, chciałam zostać znanym kurwiszonem z Google, który nie zna się na swojej robocie, ale nie wyszło.

-Inny gość myślał, że jak kupuje utwór, to nabywa prawa autorskie do wykorzystywania go w swoich filmikach. Czyli innymi słowy kupując “Aces High”, miał automatycznie zostać Lemmym Kilminsterem. Musiałam przeczytać 15 stron prawa autorskiego, aby go przekonać, że jednak nadal jest Jankiem Kowalskim, kupującym prawo do odtwarzania, ale nie podpisywania się pod dane dzieło. No i chuj no i cześć, skończyło się rumakowanie. I ten krejzi motyw-jednego dnia po zakupie Sonaty Księżycowej jesteś Beethovenem, a drugiego Niemrawym z Rammsteina, który scenicznie pogrywał sobie w chuja.

-Rumakował  za to koleś, któremu nie mogłam zrobić zwrotu na 24 zeta, wykrzykując mi, że mnie za to upierdoli (widocznie posiadł moce Harry’ego z Tybetu, skoro mógł to zrobić na odległość), nagrywa naszą rozmowę (ostatnio coraz częściej to słyszę, czyżby sekstaśmy przestały być trendi?), mam mu oddać z własnej kieszeni (tu prychnęłam w kawę, bo aż szkoda robić miedzynarodowy transfer na 5,5 funta) itepe, itede.

24 zeta. 8 browarów z Żabki albo 0,5 litra orzechowego Soplicy z Biedry. Tyle wygrać od żydomasonów z Google! A moja racja jest najmojsza i najcebulowsza, wy międzynarodowe, oszukańcze szmaty! To mówiłem ja, Cebulosław Pierwszy.

-Miło wspominam rozmowę z kolesiem grającym na weselach-ja mu opowiadałam o koncercie Sabatonu i mamie Vlada, która wojuje na techno trzęsiawkach na Ibizie, a on o zjebanych gustach nawalonych Januszów. Dogadaliśmy się.

-Dowiedziałam się od jednego klienta, że “90% ludzi na infolinii to debile” (też tak myślałam, ale teraz wiem, że często głupie i nielogiczne przepisy wewnętrzne danej firmy…), więc pochwaliłam mu się dyplomem zagranicznej uczelni. Wtedy powiedział, że nie miał mnie na myśli. Czyli innymi słowy nie powinnam czuć się urażona, więc zaliczam dzień do udanych.

-Ostatnio przepycham się z panią…psychiatrą z Łodzi, jest kompletnie niewspółpracująca, ma głos Smerfa Ważniaka, nie chce odbierać maili (czyżby nie umiała?) i nie widzi nic złego w odbieraniu telefonów przy pacjentach. Obczajcie taką opcję-gość wbija do niej z depresją, a ona Sorry mejt, idź się powieś, bo mnie tu Gugle jebło. Obawiam się, że po kolejnej serii telefonów ten protest song będzie mi się odtwarzał na dozgonnym replayu w umyśle. Innymi słowy ZBAŃCZĘ.

-Za to było mi miło, kiedy zadzwoniłam do rodziców, których dzieciak narobił zakupów na szacowną kwotę, przy użyciu debetówki, na którą przelewali oszczędności. Udało mi się do nich dodzwonić w dniu urodzin pana domu i powiedzieli, że nikt im nie zrobił lepszego prezentu, pokazując tym samym, że ma poważne podejście do pracy. Chcieli mnie nawet wyściskać przez telefon 🙂

Uff, dobrze, że niebawem urlop-w czwartek nakurwiam salto na Gatwick i lecę na Maltę!!! W ciepełku ostatnie, o czym będę myśleć, to jakieś sfochane świry, lekarzyce i pajace; coś czuję, że tego mi właśnie potrzeba. A czego Wam potrzeba?

Idź Pan w chuj z taką robotą i przenieś się do korpo

14 Jun

Uff, szarpałam się z wywołaniem opcji formatowania w adminie chyba z pół godziny, to wszystko wina Żydów i masonów zapewne. Ale ja nie o tym, a o moim zatrudnieniu, co rozpocznę pewną anegdotą, by jak zwykle zgrabnie i z wdziękiem przejść do meritum, którego w moich postach zazwyczaj nie ma.

Otóż kapitan Vlad dostał niedawno awans i został kierownikiem popołudniowej zmiany w swojej fabryce cudów takich jak głowice rakiet, śruby do stacji kosmicznych i jakieś części samolotów, w które można schować ruski trotyl. Jednym z jego podWŁADnych jest niejaki J., który został wydalony z USA, Kanady i paru innych miejsc za dilowanie prochami, próbę gwałtu i wyścigi z policją (zanim poznam tego gościa muszę się dowiedzieć, czy jestem w jego typie, bo inaczej szykuje się widzenie przez szybę). Gdy chłopcom nie chciało się pracować, jeden z nich zaproponował przywleczenie miejscowych prostytutek, które by za nich pracowały.

-Ale bejbe, one za jeden dzień pracy wezmą tyle, co wy w miesiąc!-zaprotestowałam.

-J. powiedział to samo- stwierdził Vlad.

Tak oto moje myślenie o biznesie jest zbliżone do kombinacji angielskiego handlarza prochami. Idąc tym tropem powinnam cisnąć kapuchę we wszystkich możliwych nominałach, ale chyba u mnie to działa na opak.

W każdym razie wasza wiedza o mojej pracy zatrzymała się tu i tu (Jezu, ale mi spodobały te hiperlinki, będę Was teraz męczyć nimi do porzygu i zapętlać dygresje), więc Wam opowiem, co się stało jakieś 3 miesiące po moim rozpoczęciu pracy. A stało się to, że przyjechał nasz menago od HR, czarny jak sadza (“No pięknie, jestem murzynem Murzyna”-pomyślałam) i oznajmił, że zwija biznes, bo kierownictwo centrum handlowego chciało nas przenieść w inne miejsce na czas remontu naszej parcelki; miejsce do którego żaden Angol by się nie zapuścił (byliśmy ulokowani tuż przy wejściu od strony zajezdni autobusowej, a chcieli nas wepchnąć na piętro, na które nie hasał nawet koń Rafał z przetrąconą girą) i do tego 2x droższe i 2x mniejsze.

Byznys is byznys i tak oto mój kolega D. całkiem bezwstydnie szukał nowej roboty w godzinach pracy, odbierając milijon telefonów i wypisując coraz to nowsze aplikacje, G. zwinęła się jeszcze wcześniej i to w dosyć dziwny sposób, a mianowicie najpierw biorąc urlop, by na chwilę przed jego rozpoczęciem oznajmić, że właściwie nie wraca- mam pewną teorię na ten temat, ale nie miałam nigdy okazji jej potwierdzić lub zaprzeczyć, więc zatrzymuję ją dla siebie. J., jak przystało na Angielkę z dwojgiem dzieci stwierdziła, że życie na benefitach nie jest złe, K. została menago innej kawiarni.

Ja z kolei zapodziałam się w innym punkcie naszej le sieci, która chciała być drugim Starbucksem, Nero czy Costą, a nie została nawet Biedrą. Punkt w innym centrum handlowym na dzielni słynącej z kwaterowni Polaków (bo tanie mieszkania) i bycia kanałem przerzutowym prochów na całe hrabstwo (bo ból życia na zasiłkach i z mózgiem przeżartym cukrem-pudrem i sajdrami zabija). Centrum kulturalnym na dzielni B. są paznokciownie, gdzie mamuśki na benefitach trzaskają sobie szpony w kształcie łopaty (jako fanka ładnych manikiurów mam konwulsje na ten widok., natomiast to jest totalna boskość i zajebistość nie tylko do sześcianu, ale i nawet do bryły platońskiej)  oraz Aldi, gdzie można wyhaczyć takiego sajdra oraz ulica, po której czasem turlają się poważniejsi handlarze swoimi furami na spotkanie zarządu.

No i weź tu Panie bądź mądry i rób flat white na sojowym mleku (np. na życzenie dwóch kolesi typowo waginosceptycznych, którzy ochoczo cisnęli do mojego kolegi F.). Ale ja chciałam, bo wiedziałam, że z trzymiesięcznym doświadczeniem w pracy wiele nie zwojuję, a bilety autobusowe na uniwerek same się z drzewa nie ruchają. Tak oto zaczęłam martyrologię gdzie indziej.

W kontrakcie miałam zapisane 8-10 godzin w tygodniu, co całkiem mi pasiło, choć bywało różnie, gdy do biletów autobusowych dorzucałam gazetę i colę. Moja nowa menago rodem z Rumunii podchodziła do sprawy dosyć swobodnie, a właściwie na pełnym wypierdolu dawała mi 2 godziny tygodniowo (w PL rządzą umowy śmieciowe, a tu kontrakty typu zero godzin- raz walisz 60 godzin w tygodniu, a raz 2). Dodatkowo w tej okolicy pomieszkiwał Vlad, więc widywaliśmy się po mojej pracy, gdzie łapiąc Wi-Fi w KFC oznajmiałam mu, że znowu dojazd do pracy będzie zajmował mi więcej czasu niż sama praca, po luknięciu w grafik. Menago twierdziła, że na razie tylko tyle godzin może mi dać i już. No to skąd wzięło się 8-10, którymi HR mnie zanęcił? Nie wiem. Skąd mam załatać dziurę budżetową, jeśli zarabiam 18 funtów tygodniowo, a wydaję jakieś 40? Tego też nie wiedziała.Teoretycznie mogłam szukać drugiej roboty, ale wtedy byłabym rozjebana jak kamienica po blitzkriegu albo rzucić tą robotę i wrócić do punktu wyjścia, czyli wisieć na czyimś garnuszku, co tak chętnie wypominał mi Flafi.

Po dwóch tygodniach ugodowego załatwiania sprawy stwierdziłam, że mnie to nieco wkurwia i napisałam maila do HR, zostawiając im kwestie matematyczne do rozkminienia i oszacowania, czy ja jestem może niczym budżet Polski, żeby się tak żyłować nie wiadomo po co. HR nie był hapi i w końcu godziny się dla mnie znalazły. W ramach ciekawostki powiem Wam, że zjeb musiał być niezły, skoro moja menadżerka prawie do ostatniego dnia pracy wspominała ten event z wielkim oburzeniem, bo przecież m o g ł a m do niej przyjść i porozmawiać pokojowo w tej sprawie. Nie potrafiła sobie przypomnieć, że przecież, kurwa, przychodziłam.

giphy-facebook_s.jpg

Patrz, jak bardzo mnie to chuj obchodzi.

W ogóle ta dama to przypadek klasycznego Rumuna w UK, który wziął się z dupy świata, ma z tego powodu kompleksy, więc usiłuje udowodnić wszystkim, że jest KIMŚ. Problem w tym, że bycie menadżerem jakiegoś lokaliku to jeszcze nie jest bycie KIMŚ; niech świadczy o tym fakt, że zarabiałam jakieś 6.50/godzinę, a ona z tego co kojarzę 7/godzinę, więc bez przeginy, prawdziwi menadżerowie poważnych firm po takie pieniądze nawet się nie schylą. Lubiła naginać fakty, szczególnie w przypadku osób, które studiowały (ja i dziewczyna z Rosji, która robiła magistra w UK i do późna ślęczała przy swojej pracy magisterskiej, więc prosiła o zmianę godzin. I jak myślicie, czy zostały zmienione? Taaa. Dostała ich jeszcze więcej) i udawać, że o niczym nie wie, a poza tym to jest zajęta- głównie siedzeniem na fejsie i podładowywaniem swojego AjFona Rumun Edyszyn w naszych firmowych gniazdkach, co mogło się skończyć np. wyjebką tele w surowe ciasto na mufiny, kręcące się w mikserze.

Ale gdzie tam, lepiej ścigać kogoś o 5mm-we paznokcie, które na okrągło są czyszczone i zabezpieczone rękawiczkami przed wpadnięciem komuś do jedzenia i odwalenie cyrku pt. masz tu M. funta na cążki do szponów i je obrzynaj (akurat tego dnia były Walentynki, więc trochę je zapuściłam, żeby nie wyglądać jak oderwana od pługa) Już nie mówiąc o tym, że jej gadka była tak chaotyczna i zapętlająca się w niekończącym loopie, że po 5 minutach nie miałam pojęcia, o co jej właściwie chodzi, gdy snuła swoje monologi z kosmosu. Pod tym względem o wiele bardziej ceniłam jej vice, Węgra F., który był krótki i konkretny, przy czym zazwyczaj robiliśmy sobie też polewkę, bo wiadomo, że Polak z Węgrem zawsze się dogada. Lubiła podkreślać, że na urodziny ma ZWYCZAJ kupowania sobie czegoś DROGIEGO, najlepiej zegarka lub torebki, co moim zdaniem świadczyło o tym, że koniecznie chce się wybić na tle swoich znajomych, którzy zostali w Rumunii i pokazywać wszystkim, co to nie ona, co zazwyczaj kwitowałam pół-uśmieszkiem, bo po prostu śmieszą mnie takie akcje, również z punktu widzenia osoby, która na tle swoich rówieśników w PL jest w wymarzonej sytuacji finansowej, ale nie odjebuję z tego Jeziora Łabędziego dla Albańców.

Meanwhile_91e562_3016433

I z czym do ludzi, ja się pytam.

Aha, cudna G. lubiłą też nas poganiać i wprowadzać atmosferę jeszcze większego rozpierdolu; jak to się wszystko kulało w godzinach lanczowych to właściwie nie wiem. Starałam się jak mogłam, ale tej dalej było źle, wolno i szybciej, migusiem, migusikiem. Mistrzostwem świata było, kiedy poprosiła mnie, żebym z nią została i pomogła jej ogarniać bajzel po godzinach mojej pracy i też miała pretensje, że robię to za wolno. Inna sytuacja, kiedy w niedzielę byłam sama z F. na zmianie, który zdychał na kaca, więc właściwie miałam roboty za dwoje, decydując się na krycie mu dupy w razie niespodziewanej inspekcji naszej zrytej area menager, jako że on starał mi się też nie robić pod górkę. G. przylazła wtedy z tragarzami z Misia i też cisnęła, że się nie wyrabiam, na co już wywaliło mi pianę na pysk, bo trudno być w czterech miejscach naraz, ale widocznie z niej była taka Łonder Łumen, bo umiała zalogować się na fejsa i udawać, że robi zamówienia przy firmowym laptopku równocześnie, wow, wow, uszanowanko. W sumie znosiłam to wszystko, bo coś mi podpowiadało, że sytuacja może ulec zmianie i wtedy do śmiechu może być komuś innemu.

Nasi klienci mimo lokalizacji w sercu patoli hrabstwa Dorset nie byli źli, zwłaszcza ci stali, którzy nas kojarzyli i znali nasze imiona, np. sympatyczne dziadki albo babcia, która mówiła na mnie “aniołku”, chociaż byłam od niej wyższa ze 20 cm. Był też koleś rozmiaru szafy gdańskiej, z dziarami i miną żołnierza Pruszkowa, który zawsze zamawiał duże, karmelowe latte; robił na mnie posępne wrażenie, ale któregoś dnia usłyszał, jak nasza area manager piłuje dziób na naszą nową Hiszpaneczkę A. i-co dosyć niezwykłe na Angola- wtrącił parę słów od siebie o charakterze zjebującym pod jej adresem. Wśród stałych klientów był tez regularny zbok, który lubił mnie dopytywać, co będę z nim robić wieczorem, na co ja któregoś dnia oparłam się o kasę, spojrzałam się na niego, westchnęłam i spytałam:

-Ej, a co powiesz na trójkącik? Ja, ty i mój facet, dwa metry wzrostu, sto kilo wagi. Bardzo chciałby cię poznać, bo trochę o tobie słyszał.

F., który robił obok kawę, mało się nie zaksztusił, głównie ze śmiechu, co było moim szczęściem, bo gdyby gość się bardzo uparł, to mogłoby się okazać, że to ja go molestuję (bez przesady, nawet w lubowaniu się w starszych facetach miewam granice), a nie on mnie. O radości politycznej poprawności! Za to jego syn był zawsze do rany przyłóż, może był od mleczarza czy listonosza. Zbok dał sobie spokój, za to ja za każdym razem mu salutowałam, na co zwykle wyglądał, jakby miał na końcu jęzora jakiś dziwny gryps.

Polacy, którzy do nas przychodzili, dzielili się głównie na tych, którzy po angielsku umieli powiedzieć:” Wanilia ajskim, plis. Kurwa, Zbyszek, tak to się mówi?”, na co ja przechodziłam na polski w momencie wydawania reszty, bądź na ambitne mamusie, które szczebiotały do swoich Brajanków, Alanków i Nikolek po angielsku, utrwalając im w głowach swoje błędy językowe i pal licho że na wakacjach w Polsce dzieciaki nie dogadają się z dziadkami, mają być naturalizowanymi Angolami i już. A poza tym cała galeria postaci, które miały pretensje, bo nie wiedziały czego chcą lub gorąco mnie zachęcały, abym wracała skąd przyszłam, gdy ich zamówienie nie łapało się do promocji i Cyganie, których dzieci robiły sobie tabor na naszych stolikach. Kiedy F. grzecznie spytał jednej z takich ore ore mamusiek, czy mogłyby uciszyć swoje mini panny młode, usłyszał co następuje:

-To idź i je uduś, jak Ci się nie podoba!

F. był profi, więc zacisnął zęby, wziął po mini mufinku dla każdego bachorzęcia i powiedział, że im je da, jak się uciszą. Tu nastąpiła cisza rodem ze stepu astrahańskiego, co F. skomentował przechodząc koło mnie (miałam akurat lancz) tymi słowy:

-Jebani Cyganie!

No i masz, wywołał mi przed oczami tą scenę (od 1:55).

Moim ulubionym zajęciem w czasie mniejszego ruchu było rozkminianie, co tu można zrobić, żeby wypromować naszą miejscówkę, bo na tle konkurencji było różnie i wymyślałam plan kampanii, głównie dla własnej rozrywki, bo coś trzeba  było robić przy pucowaniu talerzy. Przy zmianie identyfikacji wizualnej odpadłam, bo nasz gejowy dizajner odwalał kaszany, które nijak nie miały startu do świątecznych edycji kubków na wynos Costy (tu klik do Costy, a tu do ewolucji świątecznych Starbuniów) W sumie w kawiarniach głównie chodzi o lajfstajlowe pitu-pitu i żeby liczba lajków pod fotą takiego kubka na Insta się zgadzała, więc sama nie mogłam się nadziwić, czemu ten element został pominięty, bez kompletnej świadomości faktu, że promocja to opieranie się w kulturze obrazków o przyciąganie czyichś gał, a za tym hajsów.

Myślałam o zmianie menu i wprowadzeniu różnych promocji przy mopowaniu podłogi (czynność, która jest wybitnie z dupy, czyli oblewanie podłogi wodą, aby za chwilę mop był syfiasty i rozprowadzanie syfu po jeszcze większej powierzchni) i łapaniu targetu przy wycieraniu kurzy. Nie ma to jak wybitne rozrywki intelektualne. Co innego robić, kiedy mamusie przewijają swoje dzieciątka przy stolikach, gdy łazienki znajdują się 50 metrów dalej? No chyba tylko tyle.

Tak się to wszystko kręciło, dopóki nie zmienił nam się area manager. Nie wiem, czy we franczyzach w Polsce też jest taka funkcja, ale area manager to ktoś, kto kupuje dany punkt i nim rządzi, kontroluje zyski (jakąś ich część wysyła do firmy-matki, część zabierają opłaty, a za resztę zazwyczaj może iść kupić sobie waciki, raczej te tańsze) Na miejsce laski, którą podczas roku pracy widziałam góra 3 razy, przyszła inna, T. T. miała głos, który sugerował, że niejedną flaszkę obróciła pod sklepem, bo co ma się szczypać i taszczyć ciężkie siaty do domu, a patrząc na nią, miałam zawsze wątpliwości, do którego kibla może chodzić. W każdym razie była KOSZMARNA. Przychodziła do nas dzień w dzień i zawracała dupę minimum 3-4 godziny, co w porze lanczowej było co najmniej niewskazane. Gdy nie mogła przybywać osobiście, nasyłała na nas swoich znajomych i rodzinę. No OK, pewnie jakbym miała własny biznes, też bym chciała wiedzieć, jak się kręci, ale np. instalowanie kamer i oglądanie podglądu z nich na swoim telefonie CAŁY CZAS to już jest obsesja; mało jej było kamer z naszego centrum, potrzebowała jeszcze swoich. Gdy ktoś wyrażał swoją opinię- niekoniecznie narzekając, ale po prostu mówiąc, co mu się w danym pomyśle nie podoba-w odpowiedzi słyszał, że jak mu się nie podoba, to może nawet nie tyle się zwolnić, co spierdalać (jakie to konstruktywne).

Żałuję, że gdy przychodziłam w soboty, to się mijałyśmy w drzwiach, bo któregoś razu mogłabym nie wytrzymać i powodując się na kodeks pracy spytać jej, czy za takie texty będzie ją w zamian stać zapłacić komuś odszkodowanie za mobbing, do którego takie popierdywanie śmiało się kwalifikuje. G. wybrała opcję rumuńskiego rozwiązania problemu, czyli zamiast posłać ją do diabłów, wsadzała jej palec w dupę, wychodząc z założenia, ze jak T. będzie zadowolona, to nie będzie się czepiać. Na nic próby uświadamiania jej, że jest granica między byciem chamem (co w przypadku kobity już w ogóle rozjebuje, kiedy próbuje się przyfrantować, jaka jest silna i niezależna, a wychodzi z niej zwykłe chamstwo i kołtuństwo) a byciem świadomym, czego się chce i wymagania od siebie i innych przestrzegania pewnych zasad.

T. wymyśliła też, że mamy sobie sami płacić za jedzenie, które bierzemy na lancze (wcześniej każdy miał swój limit, zależny np. od godzin, które pracował danego dnia i np. w ciągu zmiany 8 godzin mógł wsunąć bagietkę/tosta i mufina z napojem, w ciągu 3h samego mufina i napój, co i tak było spoko bo starczało i dla nas, i dla klientów, a często organizowałam mufiny też dla Vlada, żeby nie poszły do śmietnika), co już było parodią, bo pytałam wszystkich dookoła, którzy pracowali/pracują w gastro i nikt nie musiał płatosić za swoją szamę, natomiast T. wyraźnie szukała pieniędzy nie tam, gdzie trzeba.

Na spotkaniu, gdzie opowiedziano nam o zmianach w naszym trybie pracy samej pomysłodawczyni tychże zabrakło, a mogliśmy poczytać jedynie wydruki z maili wymienianych między G. a T. i spytać G., jak czegoś nie kumaliśmy, co jakoś mnie nie urządzało, bo na takim spotkaniu oczekiwałam raczej konfrontacji z kimś, kto te bullshity wymyślił. Koniec końców podpisałam papier, że zapoznałam się ze zmianami, mówiąc jednak, że taki system wzmożonej kontroli nie spowoduje niczego dobrego, bo zestresowana załoga nie przyciągnie ludzi, ale jakoś przeszło to bez echa.

Pomyślałam, pokombinowałam, kończyły mi się studia, więc tak czy inaczej potrzebowałam pełnego etatu, a nie zabawy w dom na podwórku. I to był moment na odejście z tegoż przybytku rozkoszy wątpliwych. Początkowo myślałam o swojej branży, ale po zakończeniu roku obłożenie na jedno miejsce na staż było takie jak na fuchę ordynatora w Leśnej Górze. Miałam też propozycję pracy w PL, która była jednak dosyć niepewna. W końcu znalazłam robotę, w której jestem do dzisiaj (i o której będzie następny post, bo jest dosyć zabawna) i  z niekłamaną satysfakcją złożyłam wymówionko. Gwoździem do trumny był pewien piątkowy wieczór, kiedy kładłam się z myślą, że następnego dnia mam po raz pierwszy od jakiegoś czasu wolną sobotę, gdy nagle słyszę trurururu nad uszami, bo dziecko G. zachorowało, są w szpitalu, drama, Panie, drama, więc miałam przybyć na godzinę siódmą rano. No dobra, składam soracze i pobudka piąta rano. W ciągu dnia przybył do nas starszy latorośl, z jakże dziwnym pytaniem, czy zastał mamunię. Wyłapałam zonka- mieszkają wszyscy razem, no to chyba kumał, że matka w szpitalu z młodszym? Najwyraźniej jakoś mu to umknęło. Albo jej. Przynajmniej przekonałam się, że te dwa tygodnie wypowiedzenia miną mi wesoło.

Później w nowej pracy spotkałam kolesia z Dominikany, który pracował w funciaku i często do nas przyłaził smędzić po hiszpańsku albo umierać na jednej z naszych sofek na weekend. Oznajmił mi, że wszyscy właściwie się pozwalniali, z G. na czele, bo mieli dosyć pomyslów wspaniałej T.

Właściwie to czemu ja nie jestem wróżką?

 

 

Może i mam Cię w dupie, ale mam za to piękny zegarek

3 May

Siemson! Nie było mnie tu od dawien dawna- zrzucanie lorda Flafiego ze schodów, zmiana pracy i wreszcie posypka mojego lapka i przeprąciowa jesień i zima (które w UK są totalnie jednym i tym samym, czyli porą nieustającego monsunu w scenerii, w której Werter zabiłby się po wielokroć) chwilowo mnie uciszyły. (dobra- nie chce mi się robić backupu całego lapka przed dokonaniem lecznicznej procedury, znanej jako :”Gdy Ci smutno, gdy Ci źle, jebnij format dysku C”). W międzyczasie wolałam kupić parę płyt/książek/whatevs, pojechać na koncert Sabatonu w Southampton (lovelovelove111!!!) rozkminić symbolikę Iron Mana, przywitać się z mumiami w londyńskim muzeum i pojechać do Polski, co ma też swoje konsekwencje, ale to opiszę inną razą.

Wybieram się też na siłkę (słyszysz to, moja durna babo od WFu z podstawówki? Przyjadę do PL z bicami a’la Marit Bjoergen i Ci pokażę, jak skakać przez kozła, lol), bo zmiana trybu pracy z “zapierdalaj, gdy Ci Rumun każe” na “siedzę, nic się nie dzieje i czekam na multum telefonów”jakoś mi nie posłużyła; pewnie wypluję serducho na siłowni i jakaś Ewa Chodakowska je zdepcze i ani przez chwilę nie zapłacze po jakimś tłustym baleronie. W planach mam też coś, na co szykuję się od dawna i mam nadzieję, że ta sytuacja zilustruje powiedzenie “wjechać komuś na chatę” i nie wiem czemu uważam, że to będzie najlepszy soundtrack tego wydarzenia: Deadpool Rap.

Miałam Wam napisać, jak wyfrunął od nas lord Flafi, ale czy ma to znowu sens? Zgodnie z moimi podejrzeniami okazał się być bardziej zjebany od audycji Lata z Radiem, prowadzonej przez ojca Dyrektora lub sesji topless w Playboyu posłanki Pawłowicz. No więc jednak Wam to opiszę, bo po pewnym czasie ma to wymiar komiczno-tragiczny, choć na początku było czystą porachą. Nie wpuszczać Angola za drzwi, zwłaszcza, gdy to świadek Jehowy lub komandos RAFu, proste.

Że Lord miał rozrywki w stylu darcie na mnie japy albo zastanawianie się, czemu papier toaletowy nie jest rwany wzdłuż perforacji, ale w poprzek, to już wiecie. Stopniowo jednak te rozrywki pogłębiały się, aż doszło do sytuacji, kiedy Flafiego drażniło WSZYSTKO. Oprócz jego telewizora (właściwie to był NASZ telewizor, ale nie omieszkał go ze sobą zabrać, zostawiając gruza), z tym mógł wziąć ślub. Kiedy wychodziłam z pokoju, gdzie urzędował, z talerzem kanapek w ręku, dostawał szału, bo jada się w JADALNI. A zęby zmienia się w kielni.

Flafi miał też inny powód do zmartwień; wymyślił, że zadając się z Vladem wpadnę w narkotyki, bo jego córka miała starszego faceta, który miał swój własny startup z dużym ROI i targetem skierowanym do fanów hardkor umcyk-umcyk i pudrowania nosa (tekst Flafiego o wciąganiu w dragi wspominaliśmy czule z Vladem podczas palenia zioła) Nijak nie szło go przekonać, że nie każdy tak robi. Jego agresja narastała, a łysy łeb przybierał kolor wiśni i miał coraz więcej pretensji o COŚ. Nie wiadomo o co; w każdym razie było mu najcudowniej, kiedy wszyscy dookoła byli dobici lub kiedy można było odstawić pokazówkę nie wiadomo o czym i po co, np. przy swoim pedalskim synusiu, którego kiedyś lubił podduszać (baronie Mindhauzen, gdzie jesteś?). Tak mu się Vlad nie spodobał, że zanim go poznał, już wymachiwał mi nożem przed oczami, krzycząc, że obetnie mu jaja. Czemu moje oczy pomyliły mu się z jajami to nie wiem, w każdym razie Flafi po ujrzeniu Vlada był w stanie ponownie przybrać kolor wiśni i…tyle. Mam dziwne wrażenie że podobny, równie zjebany typ osobowości mają też hejterzy internetowi, przy czym hejterzy publicznie są zryci, a Flafi dla publiki był do bólu słodki. Tym bardziej należy mu się stopione żelazo na leczenie hemoroidów.

Kiedy już się wyprowadzał, to już nie byłam “bezużyteczna”, tylko byłam kochaniem i skarbeczkiem i w sumie czemu nie dałam mu w ryj, to nie wiem, chyba szkoda piąchy. Przy wyprowadzce zwinął połowę rzeczy, w tym moją i Vlada formę do pieczenia, gdzie zrobiliśmy pierwszą wspólną rzecz, która miała ręce i nogi i nie była murzynkiem, a plackiem ze śliwkami- bądź po wielokroć przeklęty i rżnięty w swój angielski ryj!

Joanna Maria K. była na tyle miłościwa, że po sprzedaży Mazdy RX8 (Zwanej też “Bajo”) kupiła Lordowi BMW…BMW…no jakieśtam BMW; w wieśniakowozach nie robię, nie odróżniam jednej BMWu od drugiej. (Natomiast muszę się poważnie zastanowić nad sobą, bo Vlad deklaruje miłość do Mitsubishi Evo Lancera i prawdę mówiąc nie wiem, jakby skończył z takimi deklaracjami na początku naszej znajomości. Na razie mamy Audi A6 o imieniu “Niewyżyta Niemra”, na cześć Katarzyny II z pieśni Jacka Kaczmarskiego). Do BMWu są potrzebne kluczyki, a tych nigdzie nie można było znaleźć, bo jaśnie Pan gdzieś je zwinął, zapewne mając na myśli zrobienie tego z całością urządzenia.

Wpadłam na genialny (jak zwykle) pomysł, by zmelinować wózek, gdy Lord nie będzie patrzył i w międzyczasie załatwić sprawę; wg angielskiego prawa bowiem właścicielem jest ten, kto wykłada hajs na furę, niekoniecznie ten, który nią jeździ. Joanna Maria K. najpierw sie opierała, by tydzień później wydzwaniać do Vlada, bo wpadłą na pomysł, by schować BMW, a więc popełniła plagiat. (nie umiem jej nazywać po jej pseudonimie “Becia”. Becia, bleeee. BEEEEEE-cia. Nieładnie to brzmi.) Kluczyki też się znalazły, pod materacem. Trochę po starowiejsku, ale się nie znam, więc może to kul i trendi- Flafi jako fan Szanela, Armaniego, kilograma złota na każdym paluchu i hawajskich koszul pewnie wiedział lepiej.

Aha- to pudło rzeczy Flafiego, które pomagałam mu wynosić- naprawdę wypadło mi z rąk przez przypadek. Cały czas żałuję, że te wszystkie noże i talerze nie wyjebały mu się na łeb, ale biedny ma zawsze pecha.

Flafi długo za nami nie płakał, bo niebawem szukał już nowych ofiar na portalach radkowych, wypisując, że jest drugim Dżejmsem Bondem, skacze na bungee (niestety nadal z linką), spadochronem, a przy okazji wiąże buty i pięć razy ziewnie. Nie wiem, jaka laska może polecieć na kolesia, który potraktuje ją jak przyrząd do wycierania butów, po czym następnego dnia będzie cmoktał, że jest miłością jego życia i tak w kółko, niemniej jednak angielskie panie z tego co wiem szybko traciły zainteresowanie. Może orientowały się, że takie życie jest do dupy, albo po prostu nie miały jak ciągnąć z niego kasy (fun fact: angielskie laski są wybitnie interesowne), bo mocium Pan przy okazji swoich wybuchów złości został też przeniesiony do jakiejś dupy świata, bo wszyscy mieli go dość.

W każdym razie życzę chuja koło dupy kolesiowi, który mówił, że traktuje mnie jak swoje dziecko i usiłował brać na łzawe historyjki, jak bardzo mnie lovcia (szkoda mi w takim razie jego dzieci….), a tymczasem doprowadził do sytuacji, w której uciekałam z domu byle jak najdalej, a kiedy zamachiwał się na mnie z łapami, to było mi już totalnie obojętne, czy rozwali mi łeb, poderżnie gardło czy może zrobi coś jeszcze innego. Niestety, osobowości narcystyczne nikomu nie mówią hejoo i nie ma się co łudzić, że kiedykolwiek będzie inaczej.
BTW- chuj koło dupy, bo Lord Flafi ma w posiadaniu dildo analne, którym się bawi, relacjonując takie upodobania nowo poznanym laskom (obczaj taką scenę: podchodzi do Ciebie Ktoś i mówi:”Siemankoo, jestem ktoś i mam dildo analne.Fajnie, nie?” N.I.E). Śmiało więc można powiedzieć, że to co innych cieszy, on ma po prostu w dupie i niech to będzie podsumowaniem krótkiego pobytu Flafiego w moim życiorysie.

 

Cap, cap, cappucino, czyli potyczek czesc dalsza

17 Aug

Z pamietniczka obslugi klienta:

– kiedy G. krzyczy “MONIA IDZ ZROBIC PANU LODA”, to chocby nie wiem jak korzystnie finansowo to brzmialo, to niestety chodzi o wyrabianie sobie bica na silowaniu sie z zamarznietymi lodami. Ktoregos pieknego dnia zaczelam sie sama do siebie tragicznie smiac, bo nie wiedziec czemu te wysilki przypominaly mi zyciowe powolanie zuka gnojaka.

-niektorzy niedoszli klienci usilowali nas ojebac z tubek z cukrem, gdy zostala im odmowiona woda z kranu. Teraz cukier trzymamy w miskach, moze ochroniarze zauwaza, jak ktos tarmosi pod pacha miche cukru, choc raczej powatpiewam.

-mamy swojego ulubionego klienta, ktory poczuwa sie w obowiazku, by prezentowac nam swoj dywan na klacie liczacy ok. 60 lat* oraz usmiech zjadacza malych dziewczynek. Z checia bym widziala tego pana rzucanego na pozarcie lwom przez naszych ochroniarzy.

-…jednakowoz ochroniarze maja inne rozkminy, np. gdy znalezli w naszym centrum handlowym patyk porzucony przez jakichs nielatow, ktorzy chcieli sobie owym konarem oczy wydlubac (po jakze okrutnej reklamie srodka na dochujenie o nazwie Braveran, ktoraz jest rownie chujowa co jej tematyka, slowo “konar” jest mi wrecz nieznosne), sami zaczeli sie nim bawic.

-sprzatacz, ktory dostal jezdzacy wynalazek do sprzatania twierdzi, ze jest ksieciem i ma swoja karoce. A Flafi tymczasem chce zamienic swoja Mazde na BMW i niby to ma byc gwarancja szczescia, a takiego wala!!

-jesli w moje urodziny przyjdzie mi pracowac i trafi mi sie jakis upierdliwy pajac, to go natrzaskam zamrozona bagietka, gdyz doswiadczenie uczy, iz wor bagietek (35 sztuk) tarmoszony na plecach jednak nieco wazy.

-Ostatnio jedna z klientek najpierw zazadala ode mnie polerowania trzech lyzek (po czym wziela jedna), by pozniej domagac sie, zebym dala jej do sprobowania resztek milkshake’a z dzbanka, w ktorym sie krecil. Ten sam milkshake, ktorego zamowila; prosze nie pytac, czemu po prostu nie mogla sprobowac ze swojej szklanicy. Stalam chyba z 15 sekund z dzbankiem w reku, nie wiedzac, czy mam sie smiac, czy plakac, az w koncu posluchalam polecenia sluzbowego G. i to olalam.

-przy kasie nikt nic nie chce, za to przy wydawaniu napojow jest wielkie oburzenie, czemu nie ma bitej smietany, slodkich pianek (marshmallows po polsku to..?), dziwek, szampana i koksu. Bo kurwa N.I.E. Dzisiaj moga byc frytki do tego, toz ja nie wroz Maciej i nie czytam w myslach pospolstwa.

-Ja nazywam klientele szarancza, zas G. mieni ich “trutniami”. Twierdzi tez, ze dzieki nim ma chec poskakac na bungee bez liny, jechac do SPA do Pacanowa (?) oraz zaprasza mnie na dancing do Ciechocinka. W sumie czemu nie, zawsze chcialam jebnac w tance z zusowskim rencista przy slodkich tonach “Pszczolki Mai”.

 

-Umiem juz rozmawiac z gluchoniemymi; pewna klientka nie jarzyla moich wykladow, ale szczesc Boze od razu udalo jej sie wykrzyknac, ze mnie nie slyszy (bo inny klient po dluzszej przepychance usilowal ode mnie uciekac) Machajac rekoma i poslugujac sie duza liczba rekwizytow w stylu miska, kubek oraz noz ustalilam, ze chce herbate i mufina.  Teatr w cenie mufina, no widzial to kto?

-Mozna oszalec, kiedy z jednej strony mam robic tosty, z drugiej wpada G., zebym myla gary, ale w sumie bardziej to stanela przy kasie, a najlepiej to robic to wszystko naraz, ale juz sie przyzwyczajam.

-Chcialabym wiedziec, czemu male arabskie dzieci na moj widok wywalaja galy (no to wiadomka, bo jestem bielsza od scian) i krzycza:” MAMA! AJSKRIM!”, choc moze to lepiej niz “a wysadzisz mnie pod szkola?” W kazdym razie male dzieci mnie uwielbiaja, czego nie rozumiem. A ich arabscy tatusiowe patrza na mnie z kolei jak nakaralucha do zdeptania i usiluja wydawac polecenia( tak, oni nie nie zamawiaja, oni literalnie wydaja komendy jak w jakims ISIS albo innej organizacji od upierdalania sobie nawzajem lbow), nawijajac rownoczesnie przez telefon. Wielce to eleganckie.

-rownie eleganckie jest, gdy klient mnie nie doslyszy i zamiast powiedziec “przepraszam, czy mozesz powtorzyc?”, tak jak czynie to ja, ucieka do popularnej w Dorset formy zadania pytania-“EEEEJ?!”, z przeciagnietym “eeeeeee”. Za to mam chec trzymania pod lada kalacha i powystrzelania towarzystwa i sama nie wiem czemu.

GIFSec.com

Mimo wszystko powinnam sie cieszyc, ze nie nawiedzil mnie jeszcze krol Justynian Joffrey we wlasnej osobie.

-oprocz dawania darmowych wystepow teatralnych za kasa, prowadze tez wyklady ekonomiczne i zostane drugim Balcerowiczem, tlumaczac np. namietnie  pracownikom naszego centrum, czemu nie dam im znizki pracowniczej na kawe i mufina, skoro w ofercie bez znizki maja go taniej. (no moze bez przesady z ta namietnoscia, w UK nie umiem wykrzesac z siebie takiej emocji wobec tych osobnikow, ktorych napotykam. w PL jak sie znajdzie jakis kandydat, to jestem zbyt prostolinijna/przyzwoita by pociagnac dalej watek, skoro i tak za chwile wracam z powrotem do UK. Moze sie z tym zglosze do Ewy Drzyzgi, bo ma na podoredziu sepleniajaca psycholog, ktora jesli mi nie pomoze, to przynajmniej mnie ubawi)

Przemawiam tez do portfeli ludzi, ktorzy dalej nie kumaja idei oferty “bagietki za funta”, wiec probuje im zobrazowac problematyke utworu na wybranym przykladzie, zeby przestali strzelac fochy, ze mieli niby zaplacic dwa funty, a placa prawie szesc i pol. No i te ich epickie karpie ryje, kiedy wciskaja mi dwa funciszcze, a ja im na to w myslach “ni chuja, nie ma raczek, nie ma ciastek” i ze slodkim usmiechem oznajmiam “szesc funtow prosze!”.

-troche mnie niepokoi, ze mam znaczek ze swoim imieniem, bo niektorych to bawi, kiedy zczytuja moje imie z mych cyckow. Szerokie usmiechy i “oh, bo wie pani, ja nie wiem, na  co sie zdecydowac…”wprowadzaja mnie raczej w stan przedepileptyczny.

-Powiem Wam wiecej: z niepelnosprawnymi umyslowo, ktorzy przybywaja ze swoimi opiekunami, jestem w stanie lepiej sie dogadac (tak, tak, wiem, ze zaraz znajdzie sie jakis dowcipnis, ktory bedzie robil przytyki do mojego stanu umyslowego-JEBIE MNIE TO), sa mili, ciesza sie, kiedy sie do nich zagaduje i nie odwalaja szopek, tak jak ci rzekomo normalni. Co mnie swoja droga przeraza, bo cywilizacja zachodnia jak widac swietnie obywa sie bez empatii, ale chyba nie na dlugo…

-jesli znowu ktos do mnie przycwaluje do miejscowki, gdzie wytwarzam bagietki i zacznie skladac tam zamowienie i sie wielce dziwic, kiedy mowie ” w takim razie zapraszam ze mna do kasy” (tez mnie to dziwi, ale glownie dlatego, ze brzmie wtedy sama sobie jak moja u k o c h a n a chemiczka z liceum, ktora ze zlowieszczym usmiechem zapraszala w ten sposob do tablicy mnie i reszte mojego klubu dyskusyjnego, tj. B. i Cyca, by ujebac nas ostatecznie) i oburzac, to nasmaruje ryjona czerwona cebula, ostrzegam. Niektorzy sie zachowuja, jakby nigdy w zyciu nie byli w sklepie i nie kumali, ze placi sie przy kasie, a nie rzuca sie hajsem w chleby i pomidory.

-Ostatnio probowalam tlumaczyc jednej paniusi roznice miedzy americano( czarna kawa) a flat white( kawa z mlekiem na cieplo bez pianek, czekolad i innych wynalazkow). Bo oczywiscie krzyknela entuzjastycznie, ze chce kawe, ale nie wiedziala jaka. No wiec pytam, czy sama sobie naleje zimnego mleka, czy chce na cieplo. Laska twierdzila, ze nie kuma, o co mi chodzi. No wiec raz jeszcze- jesli zwykla kawa, to czy na pewno chodzi o czarna, do ktorej pani naleje SOBIE mleka, czy kawa JUZ z wlanym mlekiem? Dalej zero kumacji. Clint Eastwood z legendarnym wzrokiem Clinta Eastwooda pacza na to i mowi:

1506736_472986676156555_1980098222_n

No coz, byle do przodu. A jesli nie do przodu, to przynajmniej do piatku, kiedy dostajemy wyplaty. Pewnie wiecej zolci splynie po mojej klawiaturze za jakies 9 dni, kiedy bede (nie)szczesliwie fetowac moje 22-gie urodziny (mam szczera nadzieje, ze sie napierdole i zapomne o calej sprawie prawde mowiac). Na razie oddalam sie w kierunku blizej nieznanym, by pomiedlic w lapach “A Clash of  Kings”- dalej mam cicha nadzieje, ze po przeczytaniu wszystkich siedmiu tomow “Gry o Tron” skumam, jak Tyrion Lannister byl w stanie uprawiac seks z panienkami normalnego wzrostu.

*zwanego tez przez mojego ulubionego , etatowego Jewreja F. zabotem. Zeby byla jasnosc- nie wiem czemu lubie dywan na klacie, ale na litosc boska, nie w pakiecie z usmieszkiem w stylu “A pokazac ci kolekcje moich znaczkow, bejbe?”

Wester-latte, czyli M. pracuje

3 Aug

Olaboga, czo z to M., gdzie jo diably wywiali?!

Wywiali mnie do pracy w kawiarni i na razie moge powiedziec iz:

-wstawanie o 5.15 masakruje jeszcze bardziej, niz myslalam, za to na autopilocie umiem juz piec bagietki. Bardzo zaluje, ze nic nie pamietam, co robie na autopilocie, bo z samego rana udalo mi sie kiedys zrobic piekne cappucino, a potem juz mi nie wychodzilo.

-Mimo toczenia i bicia piany cale zycie nadal mam problem z wykreowaniem pianki na cappucino, za to robie ladne latte.

-nie udalo mi sie zbic zadnego talerza, ani filizanki, za to dorobilam sie przykurczu miesni czy tam innych sciegien w rece od zbyt mocnego sciskania tacy. Moje wiezadla krzyzowe w prawym kolanie dolaczyly do zbiorowego protestu i teraz moze mnie uratowac tylko interwencja dr. House’a albo tego kolezki z Chlopow ktory oberznal se spacerowke. Posiniaczony lokietek od poslizgu na posadzce chcial dolaczyc do strajku, ale ostatecznie sie rozmyslil.

– mam dziwne wrazenie, ze caly czas odbywa sie wojna wplywow (moze nie tyle wojna, co jakies napiecie) miedzy aktualna menadzerka, a byla menadzerka, ktora jest teraz vice i wyczuwam nadchodzacy cyrk.

-niechcacy zdolalam juz byc swiadkiem w postepowaniu dyscyplinarnym; na razie nikomu nie wpadlo do glowy, by postepowac przeciwko mnie i mnie dyscyplinowac. Chyba ze przylezie do nas Christian Grey i bedzie usilowal trzaskac mnie pejczem, ale raczej jestem na nie, bo widzialam trailer ekranizacji “powiesci” z pogranicza fallusa i szpicruty i nawet ten filmowy Greju jest jakis taki po praciu.

brando wali pale

Taka raza moj pomysl na ksiazke o emigracji poszedl sie chedozyc. Nie on Ci pierwszy, nie on Ci ostatni.

-dorobilam sie tez calkiem wporzo bicow; najpierw sprzatac gary z restauracji, potem rzezba.  Nie zgadniecie, kto tarmosi pelen wozek z magazynu, ktory jest zdecydowanie podsterowny.

dzeremi

Niestety, nie jest to Dzeremi Klakson, sorry, Klarkson.

-moim kolega z pracy jest angielski gej; nawet syn Flafiego z rozowej brygady zwrocil na niego uwage, a ja sie modlilam do Thora, by panowie nie zaznajomili sie blizej, gdyz D. podczas ostatnich odwiedzin przywlokl ze soba do domu bezdomnego inzyniera (?), gdym bawila na swoich warszawskich smieciach. Randez-vous skonczylo sie w ten sposob, ze D. kontynuowal znajomosc w moim pokoju, a inzynier na otarcie lez i pozegnanie dal mu 500 funtow. Raczej wolalam uniknac powtorki, choc tak poza tym byloby to zabawne z ta charakterystyczna dla wszystkich zabawnych zdarzen w moim zyciu nuta zalosnosci .

-mam juz skilla przydatnego na okolicznosc powrotu do PL i pracy w Biedronce, a mianowicie jestem w stanie obslugiwac kase. Po paru zmylach okazalo sie, ze i tak lepiej licze hajs niz delte, czyli w sumie zgodnie z moimi przewidywaniami.

-moze i mam aktualnie czerwone wlosy, ale udawanie Melisandre z Gry o Tron celem ubawienia maloletniej mlodziezy nie jest dobrym pomyslem,

-niektorym kawiarnia myli sie z informacja turystyczna i dopytuja mnie, gdzie jest kibel, przystanek albo zatoka. Niektorzy na bezczela dopytywali tez, gdzie jest McDonald. Moim hitem byla laska, ktora zastala mnie przy robieniu bagietek z rana. Najpierw grzecznie spytala, czy zrobie jej taka to a taka, a ze mialam juz przygotowane biale bagietki pod inne nadzienie to pomyslalam, ze co najwyzej wcisne jej ogorek i ser i niech sie cieszy. Dla pewnosci pytam jednak, czy chce biale pieczywo, czy ciemne, na co odpowiedziala, cytuje-“NIE! BRAZOWE!”, po czym wiszac mi nad glowa spytala mnie, gdzie jest bank o nazwie na Bee i czy to daleko.

-Najgorszy moment dnia? Sprzatanie czesci restauracyjnej- pierdolnik po huraganie Katrina to przy tym jest jeno cicha msza zalobna. Im bardziej wyfiokowane paniusie nadciagaja, tym wiekszy bajzel po sobie zostawiaja. Ze ogolnie nie jestem fanka sprzatania, a tworce programu Per-Fuck-cyjna Pani Domu postawilabym przed plutonem egzekucyjnym, to cierpie, bardzo cierpie, gdyz poniewaz niektorzy za punkt honoru stawiaja sobie nakarmienie podlogi okruszkami, kawalkami mufinow/bagietek/ zarciem przynoszonym z zewnatrz/ kubkami kawy ze Starbucksa (halo, halo, prosze sie zdecydowac, albo my, albo Starbucks). Wiezniowie z celi smierci powinni u nas robic porzadki, a ja z checia zamienie mopowanie na inna torture, np. sluchanie przez 48 godzin zapetlonych przebojow Justina Biebera.

Dzastinian z gitarko

Dzastinian juz grzeje wioslo celem torturowania M. Chyba go napierdole tym instrumentem!

-propos tortur muzycznych- soundtrack z centrum handlowego (Aerosmith+ Britney Spears=EWAKUACJA W TRYBIE NOW) plus zmywarka i blender, a moje biedne uszy marza o Ennio Morricone. Jeszcze w akcie desperacji dojde do Mozarta, mowie wam!

Chyba poprosze kierownictwo, by wymyslilo jakas promocje, ze holota dostanie cos za darmo, jak nie zostawi po sobie burdelu (czyt. wykaze inicjatywe pracownicza). Za to machanie szczota pozwala pozbyc sie zbednych rozkmin, bo zwyczajnie po ponad osmiu godzinach szarpania sie z pajacami i ogarnieciu bajzla dookola dup wizytujacej nas szaranczy nie mam checi na jakies “co by bylo, gdyby…”

-Klienci…Pieszczotliwie zwani przeze mnie szarancza. Srednia wieku 50+, od czasu do czasu obnizana przez biale kolnierzyki, mamusie z milionem dzieci (ktore rzucaja sie na nasze chlodziarki i albo kiedys chwalebnie powybijaja w nich szyby, albo przynajmniej wmasla w nie swoje twarze) i dziewczyny pracujace w pobliskich sklepach, ktore sa dosyc mile, bo same znaja bol zwiazany z obsluga klienta.

Ogolnie to najwiekszy problem jasnie panstwo maja z dokonaniem JAKIEGOKOLWIEK wyboru, nie wiedza, czy chca bagiete z kurczakiem, czy tosta, a przy pytaniu o rodzaj chleba widac, jak przegrzewaja im sie procesory.

Mi przy tej okazji tez, kiedy niektorzy dla sadystycznej radochy szlajaja mnie wzdluz chlodziarki przez nastepne dziesiec minut, po czym kaza mi odkladac bagiety i nakladac inne, a nie, jednak nie, poprosze inna, nie, nie ta, tamta z glebi, tak, wiem, ze to biale pieczywo z tym samym nadzieniem, ale ta z glebi po ktora nie siegnalby nawet goryl ze swoimi ekstra dlugimi rasiami jest zajebistsza i chuj. Wbilas transakcje, ruda ? Super, bo ja jeszcze rogalika, piec mufinkow i dwie lemoniady. Nie, chyba jednak frappe. Nie, smoothie bez banana. Sorry, z bananem. Nie, nie, to nie wchodzi na promocje Bagietka za funta!! A, wchodzi. To chyba jednak tak. Raczej tak. Chociaz wlasciwie kawa bylaby lepsza. A nie, nie, ja tylko tak do zony. To kawe trzeba odebrac gdzie indziej?! NIE PODASZ MI?! Tak w ogole to siedze przy stoliku na szarym koncu, p r o s z e mi zaniesc, a ja tam sobie pojde krokiem niespiesznym z recoma w kieszeniach.

Po takim maratonie kolejka siega poczty, a ja mam kompletny metlik w glowie, bo jak nakurwiam na kawiarnie/ restauracje czy innego McDonalda, to mam juz ulozone w glowie co chce i jak chce, a tu kompletna samowolka. Po metliku w glowie efekt jest taki, ze po godzinie czuje sie jak wymieta scierka, a szarancza lanczowa ma ucieche. Az sie dziwie, ze wykazuje sie cierpliwoscia i jeszcze nikogo nie udusilam. A moze po prostu zaczelam przeliczac takich upierdliwcow na pieniadze, ktore dostaje za uzeranie sie z nimi.

-nikt nie kuma o co chodzi w promocji” bagietka za funta”. Wiec cierpliwie tlumacze, co jest napisane tuz przed oczami tychze hrabian, ze gdy kupia srednia kawe/lodowego drinka to dostana bagiete za funta. Najczesciej mysla, ze kawa i bagieta leci za funta RAZEM i sie ciezko obrazaja, ze jednak nie. Probuja tez wmawiac mi, ze do oferty wlicza sie Fanta i nie wierza, ze “iced drink”, to nie to samo co butelka wyjeta z chlodziarki.

Poprosze jednego z TYCH [klient macha reka jak rozdzka Harry’ego Pottera dosyc niezobowiazujaco, albo w kierunku mufinkow, albo ciastek; ja mam zapewne zgadnac. Gra terenowa godna podziwu. Taki kurwa RPG wrecz, gosciu jest magiem, a ja trollem]

To znaczy ktorego?

TEGO!- machniom, tym razem juz bardziej w strone mufinkow.

Czy mozesz mi podac nazwe?- dopytuje grzecznie.

Yyyyy…eeee…-proba odczytu, login failed-OWOCE LESNE!

I taki dialog staczam niczym batalie pod Beresteczkiem minimum raz dziennie.

Kawe! (na haslo “kawe!” reaguje juz jak pies sledczy, czyli badam temat)

Jaka kawe? Mamy americano, latte, cappucino…-wyliczam.

Jedna zwykla, a druga mala.

Aha, to znaczy zwykla to americano. A ta mala?

Gosc sie zapowietrza, oho, bedzie dawal glos.

MOJA MATKA MA 83 LATA I NIE BEDZIE PIC JAKICHS WYNALAZKOW, JAKICHS LATTE CZY MACCHIATO!!

-?? (wzruszylam sie troskliwoscia tegoz synusia, gdyz bylby przez owa troske wyplul pluca na podloge)

1016459_723047344393934_1261066458_n

tak wygladalo moje wzruszenie.

Mala czarna!

-Kiedys jakas pani miala gorzkie zale, bo nie chciala przyjac w reszcie szkockich funtow, poniewaz jej zdaniem wygladaly ZBYT ZAGRANICZNIE. Niektorym to juz za pozno na przewrocenie sie w bani, wiec wywraca im sie w dupach; podobno to mlodziez jest zblazowana, ale jak widac i starsi maja zerowy szacunek do czegokolwiek, w tym i do pieniedzy. Oto do czego prowadzi cieplarniana polityka socjalna, ci ludzie nawet nie doceniaja tego, co maja. I w tym momecie zaczelam im nieco intensywniej zyczyc, by ich Rumuni wymordowali akordeonami do spolki z Ciapuchami.

-Ci, ktorzy nie potrzebuja pomocy w noszeniu tacy z zamowieniem na restauracje, wrecz jej ZADAJA, natomiast starsi i naprawde schorowani sa bardzo zdziwieni i rozplywaja sie w podziekowaniach, gdy im to proponuje, bo przeciez nie powiem  babci z aparatem tlenowym, zeby spadala z tym czajnikiem, albo zrobila mu “czajniczek” dla towarzystwa. Mamy stalego klienta, ktory jezdzi na wozku inwalidzkim- zawsze sie do mnie usmiecha, pyta jak sie mam, jest dla mnie mily. Stare babska, ktorym nie chce sie ruszac dupy i kupuja elektryczne wozki (robiac z siebie kaleki na wlasne zyczenie) zazwyczaj maja WYMAGANIA. Tak sie jakos zawsze dziwnie sklada, a ja niebawem bede mogla napisac magisterke z socjologii o tym, jak bardzo mozna byc popierdolonym i w istocie sie z tego cieszyc.

-Bywaja tez stare wiedzmy, ktore prowadzaja sie trojkami badz czworkami, co automatycznie skojarzylo mi sie z szekspirowskimi fatalnymi jedzami z Makbeta. Makbetowskie tufty sa obrazone, gdy ich nie rozumiem- ostatnio mialy pretesje, gdy huczaly, ze chca herbate i SZKLANKE (glass) zimnego mleka. Nie mialam bladego pojecia, skad wzial im sie pomysl na szklanke, bo mleko podajemy w dzbanuszkach.

Pozniej okazalo sie, ze jednak chodzilo im o DZBANUSZEK(kettle). Mam nadzieje, ze przy wyborze drewna na trumne beda rownie wybredne. Mimo wszystko nauczylam sie nie bac sie takich stworow i meznie stawiam im czola, wiec jest przynajmniej jakis plus.

-Norma jest tez to, ze przychodzi para, gdzie jedna polowa jest pelnosprawna, a druga np.ma problemy ze sluchem. No w z yciu nie wpadniecie na to, kto sklada zamowienie.

-jeszcze M. nie zginela w M., bo gdy przylazl do nas jakis kolezka w wieku slusznym, za to z Canonem wyposazonym w optyke z serii L, to mowiac perwersyjnie patrzylam panu caly czas na obiektyw, az zapomnialam wyjac mu z tostera ciacha z rodzynkami, bo przesladowala mnie mysl, ze czy jestem w pracy, czy nie, to i tak mnie na cos takiego nie stac, a Trybson z “Warsaw Shore” siedzi i zawija to w sreberka.

Za to w tydzien czasem zdarza mi sie wyjac wiecej, niz moj wnuk M. zarabia w miesiac w warszawskim Starbucksie, wiec wlasciwie juz sama nie wiem, czy to jest smieszne, czy straszne, czy jest dobrze czy zle.

A tak poza tym to ja chce na sajgooooooonki na Rakowiecka!!!

Wal mature, przyjemniejsze bycie imbecylem

16 Jun

Skonczyl sie maj, kasztany pieknie kwitna za oknem, bo w UK nie pozeraja ich milimetrowe stworzenia (ale to glupie, mierzyc pare metrow i zostac zabitym przez robala), wieczorem zapach bzu sasiadki mieszal sie z aromatami tutejszych chinczykowni. (a niech ich chuj, kiedys jadlam kurczaka slodko-kwasnego w ich wydaniu i zapytuje sama siebie- dlaczego w sosie byl  OCET?! Tym niecierpliwiej czekam na wizyte w Viecie na Rakowieckiej i szamanie dobrego Vietnamca, a nie w wersji oszukanej dla Angoli).
Jednak miesiace maj i czerwiec dla kilkudziesieciu tysiecy mlodzian i mlodzianek to okres padluszego nastroju, gdyz zdawali mature i oczekiwali jej wynikow. Na tej fali zasiegnelam do mych kombatanckich wspomnien, jak to bylo miec 19 lat i zdawac egzamin dojrzalosci. Dojrzalosc realizowala sie w tym, ze ja i moje zuczki spiewalismy piesni Justina Biebera(zagrzewajac tym samym niejakiego Zuczusia do efektywniejszego kopania galy), nasmiewalismy sie z rownoleglej klasy humanistycznej, bo byli bule przez bibule (teraz prawdziwi warszawiacy powiedzieliby: przez papierek na hipsterskim burgerze gourmet) mieli francuski i wygrywali szkolny festiwal teatralny. Pocieszajace bylo to, ze u chemiczki i matematycy mieli rownie przejebane jak my.

comment_5U4bM6CiVw7KNQgCg1Um9DINztzzkrcr

Tak wlasnie bylo!
Aha, nasza ulubiona rozrywka bylo umawianie sie na biologii, nudnej jak…jak…seks malzy chyba…na melanz. No dobra, to akurat bylo w drugiej klasie, bo w trzeciej bioli i chemii juz nie bylo i mial to byc taki niesamowity wyroznik klasy humanistycznej. (Kto przybywa na posiedzenie ludyczne zaopatrzony w alkohol?-poszeptywalam.-Ze co?-KTO KURWA PRZYNOSI GORZALE?!-Aha…JA!)
Dodatkowo od czasu do czasu robilam prowokacje, by zaintrygowac zarowno wolne duchy z klasy A, jak i “rodzimych” nastawionych prawicowo koksow (bo wiadomka, ze Slask jest niemiecki!). Przynosilam do szkoly “Oryginal Laury” Nabokova, albo kupiony po drodze egzemplarz “NIE” albo innego GW, w skrajnym przypadku przynioslam raz do szkoly…Koran.
Bylam bardzo ciekawa, czy ktos da mi w kly na ta okolicznosc, albo zadzwoni na psy, ze niby jestem Monica Kaczynski, pseudonim Rurabomber. Eksperyment potwierdzil jedynie, ze koksy w grupie sa silne, natomiast w obawie przed zarobieniem zielona ksiega islamu w puszke mozgowa zaden nie odwazyl sie publicznie oznajmic, ze jestem zydokomunistyczna sucz. Na swoj sposob zrobilam furore, bo nawet polonistka kiwala nade mna glowa ze zdziwienia. Wkrotce mialam ja zadziwic czyms innym.
Przy okazji lekcji j.polskiego mialam o wiele ciekawsze zajecia niz czytanie “Potopu”. (po 32 stronach bylam zmuszona pasc inwazja Kmicica, pozytywizmu w jego najbardziej upierdliwej, dydaktycznej formie I typowego dla Sienkiewicza sztampowego opisu kobiet, ktore to obowiazkowo u Henia byly umierajaco-omdlewajaco bladziutkie z nuta filigranowosci. A jak jakas byla odrobine zywotniejsza, to miala latke rozpustnicy, jak Anusia Borzobohata. Ponoc malzonka Sienkiewicza cierpiala na suchoty I dlatego kreowal podobne jej postaci zenskie, ale czemu, czemu do chuja bylam zmuszona to czytac?!)
Moim ulubionym zajeciem w klasie maturalnej bylo rozbijanie sie autobusem po Wawie, czytanie w tymze antyutopii I straszenie starych bab coraz to wymyslniejszymi dzwonkami w telefonie, oraz odbieranie telefonu w okolicach rury pociagu metra z haslem “halooo, wlasnie stoje przy rurze. Nie, nie, dzisiaj wyjatkowo nie w pracy”.

wawanabogato

…Sajgonek z Rakowieckiej? Mentolowych Lucky Strike palonych na spolke z moim kolega R., zwanym Murzynem/ Spadaj Dziwko? Wina pitego pod mostem? Swiatopogladowych dyskusji? Ksiazek z antykwariatu? Tego warszawskiego chuj-wie-czego z lekka domieszka hipsterstwa i sloikowej wiochy? Pewnie wszystkiego naraz, czego potrzebuje zawsze i wszedzie w trybie “teraz-zaraz”. Dobra, koniec rozmarzania sie. ZIEMIA DO EM.
Przymusowa rozrywka bylo tez cotygodniowe ciaganie sie na wyklady przedmaturalne na wydzial polonistyki UW, gdyz pojawila sie sugestia, ze za to bedzie lepsza ocena z polaka, a ja ze wzgledu na powyzsze wyjebanie na lektury szkolne musialam znalezc sposob, zeby sie nie narobic (czytaj: nie zawracac sobie dupy Sienkiewiczem), a jednak zrobic (czytaj: miec czworysia ktorego wraz ze mna- jak na klase humanistyczna przystalo- podzielaly 3 inne osoby, wszystkie z mojego elitarnego kolka rozancowego).

Dla mnie to byla czysta radocha, bo moglam sie przy okazji urwac z lekcji etyki, ktore za sprawa jakiegos zidiocialego geniusza (oksy-moron!) odbywaly sie na ostatniej lekcji w piatek. Wszyscy nawroceni ateisci nasmiewali sie ze mnie do lez, ale ja dumnie szlam w zaparte, ze bekam siarka I przynajmniej w srode wysypiam sie do 10-tej, a oni, poganie w jagniecych skorach, odmawiaja pacierze.
Oprocz tego zajezdzalam na UW z siata pelna cotygodniowych zakupow, co rowniez zdziwilo moja polonistke, gdy pewnego razu powiedzialam jej :”prosze pani, alez ostroznie, prosze nie wdeptywac w moje racje zywnosciowe!”. A mnie dziwilo, kiedy wracalam potem z I., a ta nasmiewala sie ze mnie, bo wylal mi sie jogurcik na kolana.
Cala klasa pokretnie sie cieszyla, ze przed matura liczba lekcji matmy zredukowala sie z cierpietniczych pieciu do wzglednie znosnych trzech. Po pierwszym roku, ktory byl dla mnie najwieksza trauma edukacyjna w zyciu I drugim, gdy przekonalam sie, ze swiat tzw.doroslych polega na robieniu ze swojej twarzy choragiewki tudziez szmaty, trzecia klasa pod wzgledem matematycznym byla jeszcze do zgryzienia. Ale blagam was, nie pytajcie mnie o Pitagorasow, stozki I inne cuda na chuju, bo wiedza ta bedzie dla mnie cale zycie niedostepna.
Za to dzieki lekcjom matematyki dowiedzialam sie, ze za katastrofa smolenska stoja Rosjanie. I to nie byle jak stoja, bo to wcale nie byl trotyl, TNT, nitrogliceryna albo czeski plastic. Nasza matematyca, ktorej mlodosc uplynela miedzy dwoma nagimi mieczami, z pelna powaga wkrecala motyw, ze Rosjanie przyciagneli samolot na olbrzymi magnes. A dalej to juz wszyscy wiecie, co sie stalo.
Problem z ta teoria byl taki, ze siedzialam w srodkowym rzedzie w pierwszej lawce (po karnej ekspedycji z ostatniej, gdzie probowalam sie chowac przed zadaniami przy tablicy z optymalizacji czy innych ukladow wspolrzednych) I za kazdym razem matematyca szukala potwierdzenia swych donioslych slow w mej szczerej I oddanej twarzy, a takze fizjonomii mojej kolezanki z lawki, tez zreszta M.
Wraz z darem M. do rozsmieszania mnie, magnetyzm smolenski stworzyl takie combo, ze modlilam sie do wszelkich istniejacych bogow, by psora nie podeszla do mnie I nie spytala, co sadze na temat tej teorii. Inaczej musialabym jej przyznac, ze dzieki niej bede rozpamietywac ta historyjke na dlugo I zaoszczedze w ten sposob na zielsku, gdyz bedzie mnie wprowadzac w podobne stany swiadomosci. Zamiast tego wyglosilam wieloznaczne “hmmm…”, by milosciwie nam panujacy dzwonek ostatecznie rozstrzygnal dylemat, czy mam wyslac matematyczke do psychiatry, czy tez po prostu westchnac “kurwa ja pierdole, co ja tu robie”.

putin-meteoryty-kwejk

Mam nawet komentarz Vladimira w tej sprawie. BrejkinNius, CalaPrawdaCale24hMonopolInformacyjny. Oddaje glos do studia.
Oprocz tego pani P. wielbila muzyke (“Tez mi wielkie rzeczy, jakis blackmetal o nazwie ZELAZNA PANIENKA”), niestety klasyczna, wiec moze dlatego chciala wygruzic z klasy R.,bo wniosl do jej lochu wiedzy pokretnej swoja gitare.
Ja z kolei usilowalam wnosic wklad intelektualno-manipulacyjny, co polegalo na tym, ze mialam swego rodzaju chody u matematyczki, poniewaz sie mnie…bala, a konkretniej bala sie obiecanej jej w pierwszej klasie interwencji Gazety Wyborczej, kuratorium i paru innych organow, ktore zapewne zainteresowalby fakt, iz pani P. stawia uczniowi tak zwana pale za krzywo napisane zdanie na tablicy badz brak marginesow w zeszycie, po czym te stopnie oceniajace chuj wie co wrzuca do sredniej oceniajacej wiedze ucznia. Oprocz tego lubi tez nazwac ucznia bezmyslnym i mu to powtarzac, zeby przypadkiem nie zapomnial po wyjsciu ze szkoly, co o nim mysli pani P.

W kazdym razie chody te polegaly na tym, ze byla dla mnie mila i uprzejma, wiec podobno moglam u niej co nieco przeforsowac. Ja natomiast nie zapomne, jak pani P. integrowala sie z wynalazkiem zwanym komputerem, schowanym w szafie a’la Inspektor Gadzet, ktora po otwarciu okazywala sie biurkiem(? Nie wiem, ile trzeba wypalic zieleniny, zeby cos takiego wymyslec, ale mysle, ze Bob Marley klaskal z niebios Rubikowi w chorkach, gdy to ujrzal), a ja w tym czasie mialam zrobic jakies bzdurne zadanie na tablicy (Dobra. Kazde zadanie bylo bzdurne, macie mnie.)

Koncowka kwietnia, goraco, drzwi od sali otwarte, wtem spostrzegam, jak na korytarzu lopocze skorzany plaszcz mego matematycznego mastera K., ktory przybyl, by nas odwiedzic, glownie B., ale swojego matematyka podobno tez. Pani P. szuka kolezanek spod Grunwaldu na NK, no spoko, wiec ja caly czas nawijam jakies smuty w stylu “A wiec zadanie nalezy rozwiazac tak….”, zeby nie pomyslala, ze z wrazenia padlam na twarz. W miedzyczasie uprawialam pantomime a’la “Przybadz i mnie ratuj, cny rycerzu”, machajac zamaszyscie kreda i pokazujac rekami na przemian ni to ❤ , ni to podrzynanie gardla. K. smiejac sie na caly volume pokazywal mi wyrazy czulosci znane jako “fakju”, B. tez sie smiala, wszyscy sie cieszyli, bo rzecz jasna widzieli ten cyrk, zas pani P. niewzruszenie gmerala w swoich social media. Skonczylo sie to jak zwykle, czyli dzwonkiem, a K. na przerwie chichral sie ze mnie jeszcze glosniej niz zwykle.

Matjura…Straszak dobry jak kazdy inny, jak w polowie drugiej klasy slyszalam “matura” odmieniane przez kazdy mozliwy przypadek co dwie godziny, no to zrobilo sie dosyc nudne, cos jakby uslyszec 15 razy spoiler nowego odcinka GoT- mialo jarac, a spowodowalo wkurw. Rzecz jasna najbardziej emocjonowalam sie tym, ze nie zdam z matmy, nad czym intensywnie pracowal K., bo z jakiegos sobie znanego powodu wbil sobie w rozum, ze przeszarpie mnie i B. za uszy przez matematyczne kregi piekielne. Co sroda ofiarnie pykalysmy z B na tzw.douczki (przy okazji douczylam sie tez co nieco o pewnych mocno krzywych ruchach w naszym towarzystwie i roznicy miedzy Ballantinesem a Johnnym Walkerem); raz nawet udalo mi sie przysnac na tychze i wyraznie slyszalam, jak K. szepcze “narysujmy jej chuja na czole” (najwyrazniej chcial, zebym zostala jednorozcem przez sen), pozniej przysnela B. i przekonalismy sie, ze “swinki maja ryjki“, a “stocznie staczaja ostatecznie“, gdyz B. lubi sobie pomonologowac przez sen.

Zdawalam tez historie sztuki i wiedze o spoleczenstwie (czyt. JestemEloEloCzytamWprost), w sumie teraz nie wiem po co. Najprosciej mozna ujac to w ten sposob, ze mi sie w domu nudzilo, ale z tego co pamietam to mialam wtedy rychle nadzieje na studiowanie dziennikarstwa na UW (chcialam zdobyc licencje na pisanie pierdol w Fakcie) albo antropologii (?? widocznie mialam wtedy faze na “bezrobocie jest najs”. A robilam sobie podsmiechujki z psychologow; w tym secie brakuje jeszcze socjologii, choc ta podaje sobie reke z mediami w ktoryms momencie).

Najzabawniej bylo jednak z ustnym polakiem, bo wybralam sobie temat pt. “Pamietniki-chwilowa moda czy wymog czasu; ocen na wybranych przykladach” i moglabym tu poprzynudzac jeszcze nastepne 10 stron na ten temat, gdyz nawet pamietam, co wymyslilam w tej sprawie (nie to co pajace, ktorym pisywalam ponoc powazne rozprawy naukowe), ale w skrocie napisze, ze oparlam ta opowiesc o ksiazki stylizowane na pamietniki (jak Bridget Jones czy Adrian Mole) i rzeczywiste pamietniki pisarzy (Mrozek- zdecydowanie inny niz jego utwory, Plath-moja kuzynka oddala mi z odraza ta ksiazke, bo sie jej bala, natomiast mnie mocno wciagnela, Gombrowicz- chcial byc drugim Salvadorem Dalim zdaje mi sie)

Wszyscy pukali sie w czolko, ze chyba odwalilo mi na czache, zeby jakze powazny egzamin dojrzalosci zdawac z Adriana Mole’a i Bridget Jones, ale ja sie upieralam, ze tak bedzie w chuj. Warto odnotowac dla nastepnych pokolen, ze wahalam sie przy wyborze tematu, bo oba pasily mi jednakowo, wiec na biologii, ktora zazwyczaj sluzyla rozwiazywaniu kwestii towarzyskich, poprosilam I. pseudonim Cycu, by wylosowala jedna z karteczek. Biedne dziecie spojrzalo na mnie swymi olbrzymimi oczami przerazonego kota, wybralo karteczke z P jak Pamietniki. Zaklaskalam w rasie i oznajmilam:

-Wlasnie wybralas mi temat na mature!

Biedna Cycu przerazila sie jeszcze bardziej.

Moja familija wymyslila, ze jak na intelektualistow przystalo, pomoga mi przy opracowaniu tematu. Z tego procesu najlepiej pamietam, ze moj dwuletni wtedy kuzyn wygrzebal  rzucona na kanape Bridget Jones, po czym zaczal nia wesolo potrzasac. Byloby zupelnie wpyte, gdyby nie to, ze na smierc zapomnialam, ze pozakladalam sobie strony tego dziela…ulotkami agencji towarzyskich (przy stanie posiadania 100+ ksiazek na kwadracie ciezko o zakladki). Doslownie jak na Matrixie ulotki powisialy przez chwile w powietrzu, po czym opadly, wprost proporcjonalnie do entuzjazmu meza mojej siostry ciotecznej i jej oburzenia. Rzecz jasna ja w niczym nie widzialam problemu, bo uwazalam, ze dziecie powinno wiedziec od malego, iz “kazda dama ma swa cene, trzeba po prostu pytac, a nie czaic sie z kwiatami”.

Przed wejsciem na polonistyczny oral chcialam umrzec, spawiac sie albo ewentualnie rozbic flaszke po zimnym Lechu na czyims wodoglowiu, poniewaz wystapienia publiczne o charakterze naukowym srednio mnie rajcuja (wystapienia w stylu “Eeeesze cooo? ‘A egooo nie szropie? Pacz mnieeee terasz” to inna bajka) Koniec koncow zrobilam wszystkim na zlosc i zdalam na 100%.

Z kolei pisemny polski zarowno w wersji podstawowej, jak i rozszerzonej nijak nie byl skierowany do mnie, ani do nikogo, kto odrobine myslal. Czytaj se tu Nabokova czlowieku do podusi, a na egzaminie rzekomej dojrzalosci rozkminaj sie nad “Granica” , ktora z grubsza byla o tym, ze Ziembiewicz chcial byc Clintonem, ale zabraklo mu cygara, no wielkie mi halo w roku panskim 2011, ze polityk se kogos stuka i jest przy tym dwulicowy. Takie sprawy to mam dzien w dzien jak wlacze TiVi i jeszcze mi to ktos eufemistycznie nazywa zwiazkiem.

Za to z angielskiego mialam lepsze wyniki niz z obu polskich matur. Na rozszerzeniu mialam przez chwile bol dupy, bo kazali wymyslec opowiadanie, w ktorym wazna role odegra przedmiot- niewazne, czy dildo czy Psalterz. Rozgladam sie po sali, zero idei fix, czas popierdala niemilosiernie. Wtem przypomnial mi sie K. i jego swiatlowstret, czyli okularki zaciemniajace (blagam, bez durnych zartow o Jaruzelskim, ktory poszedl do urny na eurowybory) Wyszlo mi z tego opowiadanie, ktore darlo za leb pod wzgledem fabularnym i mysle, ze nawet scenarzysta M jak Milosc by sie go wstydzil. A oto i pobieznie tresc: jest sobie szeregowy pracownik banku (czyzby Stanley Ipkis z “Maski”?) znany jako Jack Greyhound. Chodzi se do pracy, wychodzi z pracy, normalka. Ktoregos dnia odkrywa jednak w gabinecie swojego spaslego kapitalistycznym hajsiwem szefa okularki bossa miejscowej mafii, ktory robil sie na Tony’ego Montane. Wkrotce z pomoca sekretarki odkrywa afere finansowa na wielka skale.

Kumacie, taki troche FOZZ, “Raport Pelikana” no i nieodzownie Al Pacino. Jakem wpadla w szal tworzenia, to musialam robic adnotacje, zeby poszukiwac zakonczenia opowiadania w brudnopisie. Za to popadalam w mysli samobojcze, bo rozszerzony oral (o co mozna rozszerzyc oral, jakies propozycje?) z inglisza poszedl mi raczej ponizej przecietnej. W 2012 zdawalam natomiast IELTS, ktory jest miedzynarodowym testem jezyka angielskiego i z czesci mowionej mialam najlepsza note, wiec mialam chec zwinac w trabke tenze dokument i wyslac go do mojej szkoly z podpisem “A KOMISJI MATURALNEJ Z 2011 ZROBIE PIATEK TRZYNASTEGO. POCALUJTA WY W FALLUSA WOJTA”. Kolejny dowod na to, ze szkola sobie, a zycie sobie.

Nie pamietam, na czym spedzilam przyslowiowy dzien przed matura, na pewno nie na uczeniu sie, raczej na trzy dni przed uderzylam w jakis totalny luz i odmozdzanie, pewnie odstawialam jakies szopki, wygibaszalam sie nad jakimis Rushdimi i innymi Alameddinimi. W kazdym razie zakonczenie matury swietowalam w pewnym orientalnym miejscu, choc trudno nazwac to swietowaniem, bo skonczylo sie dosyc mizernie. Ale to chyba temat na osobna opowiesc.

Przypomnialo mi sie to wszystko w sumie dlatego, ze koniec koncow i tak musialam udawac, ze nie zdalam matury, zeby dostac sie na kurs przygotowawczy na uniwerek. Oh, zycie, ty zawsze smiejesz mi sie prosto w ryj.

Nie podrzucic tego przeboju w kontekscie mojej matjury i liceja w ogolnosci byloby wstydem, gdyz jest to piesn, ktora nasz radiowezel popierdywal wesolo, gdy glownodowodzacy radiowezla nie mial depresji (bo jak mial, to buczal optymizmami w stylu “Fade to black”) i ilekroc ja gdzies przypadkowo slysze, to sie usmiecham na sama mysl o moich malych Zydziatkach, moich pysiach niezrownanych. Wlasciwie wspominki spodobusialy mi sie, mozliwe, ze bedzie tego wiecej, np. co ma wspolnego ze soba miecz i zlamany paznokietek i skorzane papucie na sznurki.

Co ja tutaj robie, vol.nieskonczony

29 May

Czyli pytanie, ktore co i rusz pojawia sie w mojej bani, kiedy musze miec slownie do czynienia z przecietnym Angolem. Chyba utworze (w otworze) osobna kategorie na blogasku, w ktora bede wrzucac takie kwiatki, az zrobie se bukieta. (pamietajcie- w gwarze pomorskiej na tzw. zioma mawiamy “Hej, bukiecie!” pod zadnym pozorem “esie”, gdyz niesie to tresc w stylu “wacpan ubogi na umysle”)

W weekend mialam do czynienia z wieksza grupa reprezentatywna, na dodatek w roznych przedzialach wiekowych. Ze strony Angola plci byc moze meskiej w okolicach 40-stki padlo moje ulubione pytanie: skad jestem.

Odpowiedzialam rowniez zgodnie z kanonem:

-Zgadnij.

Ostatnie dwie szare komorki wykonaly u wielmozy kilka serii zderzen, by wykrzesac reakcje lancuchowa. Taki skalpel Chodakowskiej w wersji “przepalona zaroweczka”. Wtem…

-Rumunia?

51554d654803c_o,

“a nie, sorry, on tak na powaznie” 

-Nie.

-WIEM!

-Dawaj.

-CZECHOSLOWACJA!

Funny-WTF-meme-face

Oto krotki instruktaz, jak zaliczyc podwojna wtope za pomoca jednego slowa (“zostanmy przyjaciolmi” to wciaz jakby nie bylo dwa slowa), a przy okazji przypomnienie dla mnie, ze wlasnie w tym miesiacu mija trzy lata, od kiedy tu jestem, mam nadzieje, ze jakos udalo mi sie opoznic proces degradacji umyslu, w mysl zasady “jesli wejdziesz miedzy wrony, musisz srac na parapety”.

Moze to dlatego, ze odkrylam appke na smartfona z darmowymi ksiazkami (same klasyki, ktore juz nie sa objete prawem autorskim, jakies Dracule, Poe i inne Beniaminy Buttony, ale tez dobrze. No i Kamasutra w wersji angielskiej- albo zamierzam nia straszyc, albo kusic, sama juz nie wiem)

Czyli podsumowujac:

d863196238_ja_pierdole_kurwa

Z powrotem na zmywak, czyli M. mysli zebrane

27 Apr

Gdy juz Angole doprowadzaja na skraj rozpaczy, bilety sa wzglednie tanie, a prognoza pogody przewiduje, ze bedzie ciepelko, wtedy zwijam mandzur i jade na swoje smieci. Tak naprawde bylo pare innych powodow, ale pozostawie je dla siebie. Post na szybko, bo chwilowo mam pare roznych zajec (na koncu napisze o jednym z nich) i niestety zadne z nich nie polega na tarmoszeniu keyboarda za bracmi Figo Fagot. No wiec pedzim z tym suplem*.

-Przylecialam w czwartek 3 kwietnia, wiec ominela mnie przedkanonizacyjna feta z nekrofilia w tle po Papiezu. Jesli kogos oburza to, co przed chwila napisalam, to niech sobie przypomni nagonke polskich mediow pod oknami Papy w 2005 roku i odpowie sobie na pytanie, czy to nie bylo przypadkiem hienowanie na badz co badz starszym, schorowanym czlowieku, ktoremu nikt nie dal spokojnie umrzec.

Przylot nie obyl sie bez walorow rozrywkowych, bo na pasie na Heathrow pan kapytan nie mogl sie przez 15 minut zdecydowac, czy frunie, czy jednak nie. Poniewaz dla mnie fruniecie to stresowka, totez kwadrans rozciagnal mi sie jak kondom (zeby chociaz jak kondom, to by wnioslo nieco fanu) i syczalam sama do siebie “Frun, gosciu, frun bo zaraz sama zasiade za sterami tego burdelu na skrzydlach”) Dzieki mojemu opoznieniu w Warszawie moj wielce nieudany przyjaciel Mufin zaliczyl mandat, bo za dlugo stal na parkingu, gdzie ponoc sie nie stoi. Nie wiem, nie jarze, choc Mufin w dziedzinie stania mial wiele pouczajacych opowiesci do przekazania. Pan policjant nie byl nawet zainteresowany faktem, ze za chwile na miejsce zdarzenia wkroczy 21-letnia egzotyczna pieknosc zza morza, wiec pozdrawiamy wszystkich sluzbistow, elooo.

-Samolot nie zgubil sie w chmurach, ani nikt nie klaskal. Za to szamu w British Airways jest dobre, choc stewardessy powinny byc nieco mniej przedpotopowe. Tak tylko nadmieniam, gdyz widzialam panienki z Quatar Airlines i im na pewno zaden rozbrykany pasazer nie powie, ze wlasnie zglebia tajniki bagazu podrecznego, by odkryc w nim bule do tego pasztetu.

-Ledwiem przyleciala, a juz zlokalizowalam golebie gniazdo na balkonie, z jajami wlacznie. Mufin twierdzil, ze nie kuma, o co kaman, co wydaje mi sie cokolwiek niewiarygodne, by chlop nie ogarnial kwestii jaj, ale skatowana po swoich podrozach malych i duzych nie mialam checi wnikac w zrodlo niewiedzy Mufina. Natomiast musialam podkasac rekawy, zalozyc rekawice i odkazic wszystko dookola, by dokonac eksmisji rodziny golebi, z niejaka aborcja w postaci wywalenia jaj za balkon. Przynajmniej mialam gotowa nazwe dla melanzu na moim kwadracie- “Stypa po golebiu“.

-Jesli ktos pamieta mysl zawarta w pierwszych akapitach notki pt. “Melanz z wiklinowej witki“, to zapewne domysli sie, do czego zmierzam. A zmierzam do tego, ze juz niecale 24h po wyladowaniu czlapalam ku imprezce urodzinowej P., ktora w istocie byla dwudniowym pochlajem w gronie bliskim memu sercu, pardon, pompie ssaco-tloczacej (czyzby fachowa nazwa serca nie brzmiala zajebiscie? Prawie jak skrzyzowanie wibratora z odkurzaczem). Imprezka odbyla sie pod Kazimierzem Dolnym, na wlosciach przypominajacych z lekka “Wesele” Wyspianskiego, zas moim ulubionym sasiadem byl olbrzymi kogut, ktory prowadzal sie z gromada kurek; choc zrobilo mi sie go zal, bo zaczal przed nami spierdalac, a taki byl z niego maczo. Aha, bylabym zapomniala- jeszcze troche, a nie pojechalabym, bo mialam celebryckie wejscie na spoznieniu do busa, gdyz zagubilam sie w podziemiach i nie ogarnialalam, jak wyjsc na al. Jana Pawla II. Podejrzewam, ze gdyby zostala nazwana imieniem Ozziego Osbourne’a albo przynajmniej Tyriona Lannistera, to trafilabym tam z zawiazanymi oczami.

Pierwszego dnia bylam chcialam byc elegancka i saczylam biale wino/porto z M., snujac ciekawa dyskusje o przekladach Biblii, filologii klasycznej i moich paranoicznych zmorach (nie jestem w stanie isc do kibla w towarzystwie na przyklad). Pozniej wpadl do nas R. z porto, na co tez z checia przystalam. W tym momencie ponoc nabralam ladnych rumiencow, co mnie dziwi, bo zawsze jestem bielsza od sciany i honoru ONRowcow. Pozniej uznalam, ze browar brzmi dobrze, choc obawialam sie, ze pomieszanie trunkow to nie bedzie cos, z czym polubi sie me jestestwo po pol roku swietej abstynencji. R. chcial mi juz polewac, ale zywiolowo zaprotestowalam (“Misiu, NIE LEJ MI DO PORTO!”), wiec musialam obsluzyc sie sama. Po ocenie jakosci miejscowego browaru melanz nabral kolorow w piwnicy, a ja bylam zaskoczona, ze nikt nie wie, iz szarlotka nazywamy polaczenie gorzaly/zubrowki z sokiem jablkowym, ktore takze trzeba bylo przetestowac. Pozniej wyruszylismy z F. na poszukiwania resztek zapasow, bo cos trzeba bylo wlac R. do garnka, a i pusty kieliszek to chuj nie kieliszek. Poszukiwania skonczyly sie sukcesem, ale bylismy na tyle uprzejmi, by zostawic reszte Cin Cina (czy czegokolwiek, co mialo rzucic o ziemie) na nastepny dzien.

Moj autopilot wykazal- oprocz blyskotliwosci w tekstach, co nie jest nowoscia, bo ja w kazdym stanie odnajduje sily by potyczkowac sie slownie ze wszystkimi o wszystko- ze nalezy sie przebrac w pizamke i isc grzecznie lulu spac na materacyk, wiec obylo sie bez skandali.

BOZE, CZEMU?!( to chyba byla ta opcja w autopilocie, ktora nalezy zablokowac, tak  przynajmniej slyszalam)

O swicie mialam sen, niczym Martin Luther King, a mianowicie snilo mi sie, ze zlaze na dol, a na stole nie ma mojego aparatu, mojego Mareczka, mojego Canonka, na ktory przelewam swe staropanienskie uczucia. To obczajcie sobie, jaka ze mnie wiedzma, skoro na ciezkiej zwalce potoczylam sie na dol, a Marka NIE MA. Momentalnie przetrzezwialam, choc trzesiawka nabrala intensywnosci. Okazalo sie, ze ktos mily i dobry wpakowal mi go do torby, do tej pory nie wiem kto, ale go wstepnie kocham. Okazalo sie rowniez, ze najlepszym lekiem na kaca jest sok wielowarzywny. Oddajmy hold Hortexowi, bo w przeciwnym razie nie weszlabym na poklad samolotu, gdyz bylabym podejrzewana o malarie.

Drugiego dnia odbylo sie partiro urodzinowe P. podczas ktorego odkrylam, ze z zalanym bakiem nadal umiem obslugiwac flesz i mojego Marka w ogolnosci oraz hasac na wysokich obcasach, natomiast nie do konca wiem, jak sie nazywam. Pryncypia i priorytety sie klaniajo! Krotko korzystalam z trybu “fotoreportaz wcielony”, bo stwierdzilam, ze nie moge cale zycie byc na sluzbie, natomiast bawilam sie swietnie, choc nie wyczailam tego subtelnego momentu, kiedy euforia alkoholiczna zamienia sie w smute, totez po wzruszajacej przemowie P. obie padlysmy sobie w objecia i jelysmy zatruwac swe uszy gorzkimi zalami. No coz, najlepsze w nas jest to, ze umiemy nie tylko ze soba pic, ale i rozmawiac, ja to ciagle powtarzam.

W niedziele nie do konca wiedzialam, czy zyje, czy tez nie, wiec jak ktos kiedykolwiek przylapie mnie na tym, ze sprzedaje madrosci w stylu “najwazniejszy jest umiar” jest proszony o pierdolniecie mnie czymkolwiek ciezkim, co sie znajdzie w zasiegu rak.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, ze podswiadomie mialam nadzieje, ze po pijaku wygladam jak Cersei Lannister, czyli z grubsza tak:
cersei
cersei-wine-game-of-thrones

ale luklam w lustro i niestety prostytutka z nocnej zmiany- i to ta z gatunku tanszych-lepiej trzyma fason. A powiadali na miescie, ze czlowiek na poziomie trzyma sie w pionie, mylili sie.

Po drodze do domu, gdysmy siedzialy w tramwaju z P. i wspominaly nasza zacna szkole, co nam sie niewatpliwie przyda przy okazji spisywania Kroniki Melanzy (ktora to Kronika jest plodem moich mysli i wiecznie podazacej za mna idei zatrzymywania czasu), a takze nasza ukochana pania od matmy, ktorej oprocz niej samej zapewne nikt nie lovcial.

-I wlasnie dlatego w poniedzialek, gdym dymala po trasie kantor-poczta-Tmobile- musialam koniecznie spotkac matematyce na ulicy. Dobrze, ze mnie nie poznala, ale to charakterystyczne zimno zdazylo juz splynac mi z lopatek do ledzwi. Jezu, co ja sie nawkurwialam przez ta postac to moje i jak widac jakos nie moge tego zapomniec. Petanie sie po swoim rewirze ma swoje wady, nieliczne, ale jednak.

-Jedna z takich wad jest niestety powierzanie nieodpowiednim (i mocno nieodpowiedzialnym) osobom pewnych spraw, ktore sa wazne, po czym trzeba je prostowac na ostatnia chwile, bo w przeciwnym razie bedzie sie siedzialo o swieczce we wlasnym domu. Pozostaje tylko pytanie, po waca takie postaci zgadzaja sie na zalatwianie takich spraw, jesli z gory wiedza, ze maja na to wyjebane jak stad do galaktyki Kurwix.

-Przez to nie mialam czasu pozeglowac po prawej stronie Wisly, ale jednak pare fotek zrobilam i je tu niebawem zarzuce. Ze jestem pol-wolanka, pol-prazanka, ktora cale zycie spedzila na Mokotowie, to chcialam pokrecic sie po Woli, ale of kors musialam zalatwiac jakies faktury, oplaty i inne chuju-muju.

-Bylam pod Palacem Prezydenckim, zwanym w dalszej czesci tekstu “pod krzyzem”, choc F. wbil mi noz w pompe ssaco-tloczaca, gdy mnie uswiadomil, ze krzyza juz dawno nie ma. To bylo rownie bolesne jak uswiadomienie sobie po trzech latach noszenia aparatu na zebach, ze chuj bombki strzelil, bo znow sie krzywia, a rownoczesnie pouczajace, bo moje zycie sklada sie z takich wlasnie przypadkow.

-Nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo, bo bylam swiadkiem przemowy Jaroslawa Kaczynskiego do narodu i spotkalam Zuczusia, ktory wlasnie sie intensywnie kuruje z powaznej choroby, aby moc juz swobodnie zamoczyc ryjona na moich urodzinach, coz to za slodkie pachole, nawet wtedy, kiedy bredzi, ze prawica rzadzi, a Analtonio Maciarewicz prywatnie jest mily. Narod zas skandowal “To byl za-mach, to byl za-mach” i przerazila mnie latwosc, z jaka teorie Jara wsiaknely w ten tlum, jakby im powiedzial, ze maja sie wysadzic w powietrze, to zaczeliby kombinowac, skad wziac tyle TNT na raz.

-mialam moment podlamki, kiedy moj dwumetrowy wnuk M. na pozegnanie nie powiedzial mi zadnego papa, dozo czy tam inna nerka, ale…”Do jak najszybszego!” Nie wiem, czemu to mnie az tak poruszylo, ale pare przecznic zajelo mi machanie rasiami dookola oczu celem nierozmazania tapety.

-Zuczus wpadl na genialny plan-wszyscy przeniesiemy sie do UK, bedziemy mieszkac na jednym squacie i bedziemy co tydzien latac do Biedronki tanimi liniami lotniczymi, by uzupelniac zapasy. Wstepnie sie wzruszam, gdy o tym mysle, powaznie.

-M. z kolei stwierdzila podczas posiedzenia nad Wiselka, ze wszyscy jestesmy w jednym

wielkim friendzone. To tez jest sluszna mysl, choc ta akurat powoduje, ze wlos mi sie jezy, nie tylko na glowie.

-moja czytelniczka K. sprzedala mi inna mysl- bycie singlem od bycia zwiazkowcem rozni sie tylko tym, ze wiecej sie pije. Od siebie dorzuce do tego aforyzmu chroniczny brak wiertarki w stanie wolnym. Dzieki niejwiem tez, ze niektorym nie tylko chuj w dupe, ale i “pizda w plecy”. Tego mi bylo trzeba do szczescia, a jesli nie do szczescia, to przynajmniej do zjadliwego chichociku.

-Szeregowy W., Wasza propozycja ozenku bylaby interesujaca, gdyby nie warunek akceptacji JAPONECZKI (tak, Japoneczki, a nie Japonki, z kim ja przez te telefony konwersuje :O ) w stadle, bo inny warunek pt. obywatelstwo jakiegos milego kraiku ( Jamajki?) wzglednie akceptuje. Polecenie wyko…a nie, moze jednak nie.

-co do celow praktycznych mojej wizytacji- zlapalam pewnego dzentelmena na staz, czyli wzglednie upieklam dwie pieczenie na jednym ogniu, bo podsunal mi rowniez nieswiadomie pomysl, ktory wykorzystam, by jednego takiego wbic w ziemie. Natomiast trzecia pieczen sfajczylam w stylu widowiskowym, a raczej sama sie spalila za moimi plecami. Upieram sie, ze z brykietu tez mozna wykrzesac ogien, wiec calkiem mozliwe, ze nowa drama na horyzoncie. (jak skoncze z drama studencka)

-natomiast mozecie skladac mi gratulacje i kwiaty (byle nie chryzantemy zlociste), bo odwazylam sie pojsc na gielde foto w Stodole, do czego skladalam sie cztery lata, a motywem przewodnim bylo to, ze polazlam w stanie wczorajszym na gielde komputerowa i stwierdzilam, ze skoro zerwalam sie jak durna z wyra o dziewiatej, to mam blisko do Stodoly. Nie bylam za bardzo zachwycona, a jak uslyszalam za plecami trzy hipsterki w wieku zaawansowanego gimnazjum, ktore usilowaly sie bawic w rzezbienie fotek za pomoca Heliosow, bo tak jest trendi, kul i kriejtiw, to musialam sie predko ewakuowac, bo rece opadly mi i szlajaly sie za mna od Pol Mokotowskich. Do fotoplastikonu dalej mi bylo daleko.

-Nie bylo mi daleko z zakupem ksiazki “Tyrmand warszawski” i trzech lakierow do paznokci. Pamietalam tez o kupieniu pralinek Wedla dla Flafiego (juz gdzies je zamelinowal jako ten Gollum przez Boga do jaskini wtracon), wielkiej Milki 300g (ktora juz pozarl, a ja zajelam dugie miejsce w kolejnosci obzarstwa, szamiac ostatni kawalek swojej dzien pozniej) i slodkosci dla dziadzi D. oraz Joanny Marii K. Przypadkowo kupilam jej tez piguly na rzucanie szlugow, za ktorymi lazilam w Wielka Sobote przez pol miasta i dalam sie obsluzyc farmaceucie z rozowej armii, ktory mnie dopytywal o mydelko i torebeczke, wiec cuda, panie, cuda w tej Warszawie.

-podobno Tecza Zbawicielska ma sie znowu odbudowac i chyba jest w tym ziarno prawdy, bo jak przejezdzalam przez pl. Hipstera tramem, to jakas babcia zaczela siac bulwers, ze zboczency atakuja. Problem w tym, ze jej nawet zboczeniec by nie chcial, wiec powinna czuc sie bezpiecznie, a jednak sie nie czula. Oto co robia z ludzmi media, skoncentrowane na tragediach tego swiata.

-heroicznie zostala zamontowana na moim balkonie siatka przeciwgolebiowa, za co dziekuje bardzo J., zwanemu W. i Andzi Dz., bo inaczej golebie by mnie zjadly zywcem, albo mialabym na sumieniu wiecej golebich istnien niz wszyscy uczestnicy festiwalu w Roskilde.

-Impreza pt.”Stypa po golebiu“, byla wporzo, ale bylaby jeszcze lepsza, gdyby wjechala na nia straz miejska. Rzecz do poprawki nastepnym razem.

-Moj chrzestny mial ubaw, kiedy puscil mi przebojasy Franka Kimono, na co wykulam teorie kulturowa, iz spadkobiercami spuscizny intelektualnej Franka (“Polskiego Ziggy’ego Stardusta”- trabilam wytrwale) sa Bracia Figo Fagot. To bylby temat na zacna magisterke swoja droga. Pozniej odbylismy parogodzinnego czata, bo my zawsze umielismy sie dogadac, a najbardziej wtedy, kiedy S. spoilowal mi Wladce Pierscieni podczas projekcji pierwszej czesci trylogii i wszyscy chcieli nas wywalic z kina na zbite  twarze. Od tamtej pory hejtuje spoile i rozumiem, czemu irytuja wszystkich dookola.

-Wiec nie odmowilam sobie przyjemnosci zaspoilowania sie nowa seria Gry o Tron; niestety nie wiem, kiedy bede miala czas, zeby nadrobic, pewnie pod koniec maja, wiec juz mnie dupa zaswedziala i powiem jedno- jeden z pierwszych odcinkow bedzie wymagal celebracji z dryniem w dloni, bo kopa w kalendarz zaliczy moj najwiekszy nie-ulubieniec.

-A mam czym celebrowac, bo przywiozlam sobie likier czekoladowy Wedla z chili (moim zdaniem lepszy niz malinowa wersja, bo wytrawniejszy i bez posmaku zaprawy do piwa albo inszego syropu na kaszel; z checia poprobuje wisniowej, bo wisnia+czekolada mnie jara) P. twierdzila, ze to na smutne wieczory, kiedy bede ogladac fotki nasze zydowskiej Familii i bede przy nich smutac.

-zeby nie smutac na razie ich nie ogladam i mam w planach zabicie toporem kasztanow rosnacych tuz przed oknem w moim pokoju(stad do Varhali!), bo za bardzo przypominaja mi ulice W. A kysz, zmory jedne! Najwyzej wyjebia sie jakiemus studenciakowi nadjezdzajacemu strupieszala Corsanka na zajecia, bo obok mam collegowy parking.

-przy czym dzisiaj juz mi sie snilo, ze wyszlismy wszyscy ze szkoly, bylo cieplo, wiosennie i slonecznie, usiadlam z B. i K. na lawce w parku i dzielilam sie z K. swoja kanapka, zapakowana tak, jak to zwykle czynil moj Dedi(!) A pozniej to wszystko rozplynelo sie we mgle i sie obudzilam.

-Wielka Sobote spedzilam na celebrowaniu mojego wyjazdu, co skonczylo sie tym, ze poszlismy walic tanie wino (no dobra, nie najtansze, bo 12,99 to duzo jak na mozgojeba, nawet na warszawskie standardy) pod mostem Swietokrzyskim, by przygotowac sie na przyszlosc i ewentualnie zaprawic sie w boju o kwatere pod piatym przeslem. Gdyby ktos sie zastanawial, czemu Vistula zaczela swiecic w nocy, to juz wam odpowiadam- F. byl laskaw do niej dzentelmensko (gdyz odwrocony plecami do pan) nalac. Mialam juz gotow komentarz w tej sprawie, ale chwilowo wstrzymuje sie od glosu.

-W planie na maj mam posta o mojej bylej juz matjurze, cos z pogranicza kultury i rozkminy, a takze opis pewnego eventu, w ktorym racze brac udzial. No i pod koniec maja mija trzy lata, od kiedy tu siedze, chyba naprawde zaczne zaznaczac kreski na scianie.

-Lany Poniedzialek i od razu twardo w rzeczywistosc, bo bylam na chrzcie, robic za support fotograficzny. Tak oto moj plan zycia w trzezwosci znowu runal, ale powstal , bo jak sie bawic, to sie bawic, ale jak popierdalac, to niestety juz jak maly samochodzik.

*pedzim z suplami, bo kiedys lecialo sie z koksem, czyli blisko.

 

Mloda, bezrobotna i wkurwiona

2 Mar

Skladam aplikacje do roboty. Na tyle, na ile pozwala mi moj strajkujacy net i umiejetnosci z pogranicza wszystkiego i niczego.

Pare dni temu ( a moze to bylo dwa tygodnie temu, ktoz wie, w kalendarz nie patrze na daty, tylko na czarne kociska, ktore sa w nim uwiecznione. Co mi przypomina o tym, ze musze wygrzebac kalendarium spod bialych koszul, sciagnac je z wieszaka, zmienic luty na marzec, powiesic na wieszaku, a wieszak zawiesic haczykiem do dolu (!) za roleta na drzwiach. Nie chcialo mi sie szukac gwozdzi, to teraz mam bol dupy)  wygmeralam fajna oferte, pisali, ze jest i na full time i na part time, wporzo.

Dostaje telefon, wiec sie jaram. Chuj tam, ze wypepralam ekran jakims specyfikiem nafejsowym i wsmarowalam w niego wspomnienie mojego manikir…manikiur…manichuj…zrobionego dwie minuty wczesniej.

Pan mnie pyta, czy pobieram zasil dla bezrobotnych. Robie wielkie galy do fona, bo przeciez w moim CV jak byk stoi, ze studiuje, a student nie moze byc rownoczesnie bezrobotny. Odpowiadam, ze nie.

Wtedy dowiaduje sie, ze w sumie to szukali na pelny etat, a jak ktos nie ma roboty na pelen etat, to znaczy, ze pobiera zasil.

Zeby pobierac zasil, musialabym jebnac szkole (czego  bylam niemal bliska), lub miec bojfrenda bezrobotnego nieroba, albo byc studentka w zwiazku z nierobem i jeszcze miec z nim dziecko.  Super, o niczym innym nie snilam! To swoja droga zapewne bardzo motywuje mlodziez angielska do kontynuacji nauki, bo skoro maja wybor, zeby po 16 roku zycia pizgnac szkole w diably i np. pojsc na kase do Tesco na pelny etat i po dwoch-trzech latach zostac menadzerami czy studiowac, dokladac do interesu i miec problem nawet z praca na weekendy, czyli wyjsc ze szkoly na pozycji zerowej, to chyba wiadomo, o co kaman.

sztuczny fiolek

Niestety, Bozio nie dal mi koordynacji ruchow, wiec calkiem niewykluczone, ze wybilabym sobie zeby o rure, a tego bysmy przeciez nie chcieli. Chyba ze klientow rajcowaloby zbieranie moich klow na szufelke pani Waci.

Doda

Kolejny problem, bo nie dosc ze z wokalem cienko (choc znam takich, ktorzy sie upieraja, iz mam bardzo interesujacy glos. Moze wiec powinnam sie zaczepic do seks telefonu, jak Anja Orthodox?) to i granie na trojkacie przychodziloby mi z trudem.

Przez chwile mialam pomysl na zycie, by sie wlasnymi szponami oskalpowac, ale raczej nic by to nie zmienilo, oprocz uwydatnienia mej kontrowersyjnej urody. No wiec skladam dalej, niczym Balcerzak z kabaretu Paranienormalnych, skladajacy podanie.

Jade do kolezanki, jecze jej w rekaw o moim bezrobociu, ta kaze mi skladac dalej i daje mi do zajecia swojego Murzynka, ktory do repertuaru pt. wyrywanie mi paznokci i sciaganie bluzki dolaczyl nowy numer z pogranicza szkolen Amwaya i manipulacji. Rzeczony nielat rasy pol-czarnej (szarej?) wspina mi sie na kolana, po czym poklada mi sie na cyckach, wylegujac sie jak rozjechana ropucha. Jest to calkiem mile uczucie, a ze maly produkuje cieplo, to jest blogo. Stan ten trwa okolo minuty, bo wtedy mniej wiecej Murzynek odkryl, ze moj aparat przy ustawianiu autofocusa swieci czerwona lampka (na co zaden z doroslych jeszcze nie zwrocil uwagi!), wiec wysmarowanie obiektywu recami jest swietnym sposobem na odkrycie, jak to sie dzieje. Po czym znowu palnal mi sie na cycki, wiec uznalam, ze jest zmachany. Po wpakowaniu go do wyrka przez pietnascie minut byl spokoj i nagle maly w ryk. Otwieram drzwi, a ten stoi na bacznosc w wyrku. Wygrzebuje pacjenta z okow jebadla, co jest dosyc problematyczne. Co robi maly? No nie zgadniecie- zaciesza sie w chuj i dalej sie na mnie rozklada.

Wniosek jest taki- mezczyznom od drugiego roku zycia do okolo setnego nalezy gwarantowac nieprzerwany strumien cyckow, wtedy ma sie ich fochy ze lba.

W kazdym razie po powrocie do domu w nocy wylansowalam swieze ogloszenie, wiec zarzucilam wedke. Na tyle skutecznie, ze nastepnego dnia dostalam maila z zaproszeniem na dzob interfju.  O BozeBozeBozenko, pewnie sciema!-pomyslalam, ale nie. Majny ulubiony sklep z ciuchami domagal sie, zebym przypedalowala na dzob interfju.

O samym dzob interfju moge powiedziec, ze bylo krotkie, zabawne (bo najpierw wystraszylam kobitke rekruterke, jak jej powiedzialam, ze interesuje sie motorsportem, a po chwili pokazalam jej moje wydziwaczone paznokcie i dodalam :” ale nie przeszkadza mi to w byciu baba”. Zawsze mnie to bawi) nostalgiczne (gdyz musialam sobie przypomniec, ze zaopatruje sie w ciuchy tej firmy juz od szesciu lat- bym tu strzelila klasyczny bon-mot, ze czas zapierdala niezauwazenie, ale wiadomo, ze tego nie uczynie) i zrecznie (gdyz udowodnilam rekruterce, ze kumam co nieco asortyment, bo jej opowiedzialam o moim ulubionym ciuchu z tejze firmy) Na wyniki czekam z niecierpliwoscia; w sumie wszystko zapowiadalo sie cool, ale ja ze swoim szczesciem  zwichne palec w misce budyniu , wiec sie zbytnio nie napalam.

Aha. Podobno zostalam tez Online Content Designer magazynu studenckiego. Niestety, mimo najwiekszych checi spoznilam sie bite pol godziny na pierwsze spotkanie redakcyjne, bo w szkole mamy nowy projekt, tzw. Industry Project, czyli grupowe zlecenie od klienta. Klentem byla panienka reprezentujaca meska grupe taneczna, wiec A. nie moglam powiedziec Robowi, ze spadam, bo bylabym nieprofesjonalna, B. nie moglam jej powiedziec, zeby sie streszczala, bo bylabym niepoprawna politycznie, C. w sumie nie wiedzialam, czy mnie wkurwia fakt spoznienia, czy to, ze cale to spotkanie moznaby bylo strescic w dwoch zdaniach “w sumie jeszcze nie wiemy, czego od was chcemy, ale juz wiemy, ze cos chcemy”, a nie wlec wielowatkowa dyskusje o testosteronie w sali tanecznej (?) i trzech muszkieterach jako inspiracji.

Na razie wiem jedno- cos juz ruszylo do przodu, innymi slowy wiosna, panie sierzancie.

P.S. A na koniec taki kwiatek, bo fiolek; ja tym czasem zwijam sie w kojo, bo od 10 rano krece jakies promo na koksiarni i musze wczesnie wstac, zeby zrobic sobie lancz, gdyz jak przystalo na studenta na stazu musze sama sobie organizowac szamu i transport, w ramach bycia wspolczesnym murzynskim zbieraczem bawelny. Jest pieknie, ze ja jebie!

http://wyborcza.pl/1,75248,15498803,Sztuczne_Fiolki__Mam_w_sobie_duze_poklady_wscieklosci.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta_Wyborcza