Tag Archives: praca

Współczesny Spartakus, czyli korpoodbyty tłuką się o urlop

2 Apr

Zaczęło się niewinnie, czyli od zapotrzebowania na nowe ryje w pracy. Ja i W. dostałyśmy ambitne polecenie rekrutacji według oceny testu pisanego i mówionego. Na ile można było odstrzelić kretynów, którzy pisali “komurka slurzy do dzwonia, a także jej funkcją jest wykonywanie połączeń telefonicznych”i tych, którzy przerzucali swoje elaboraty przez translator Google (po co Polak tłumaczy tekst napisany po polsku…na polski przez auto-translatora?! A walić się w imię dziewictwa też umiejo?), na tyle odstrzeliłyśmy, ale w międzyczasie rekrutacją zajmował się ktoś jeszcze. 

Dzięki temu trafiły do nas 4 osoby, z czego dwie dziewczyny są normalne i starają się kumać, co się do nich mówi, oraz dwa przypadki…cięższe. Stanowi to swego rodzaju rozrywkę, choć z drugiej strony bombardowanie pytaniami z dupy z ich strony i następny nalot dywanowy po stronie klientów w kółko przez 8 godzin dziennie wyjebują mnie z kapci.

Jednostka męska po usadzeniu niczym przedszkolak pod okiem W. zaczął ogarniać. Wcześniej nie trafiały powtarzane do wyrzygu wykłady o procedurach i czynnościach ( A Kapitan Bomba na to…), za to z miejsca zaczaił system rezerwacji urlopu. Sprawa jest prosta-dwie osoby z zespołu jakoś mogą pójść na urlop, ale kto pierwszy wbije się w system, ten lepszy. Był lojalnie uprzedzony, że jako młodszy stażem może poczekać grzecznie w kolejeczce, bo liczy się moment wpisu do kalendarza, no ale…Któregoś dnia chciałam przenieść wpisy z kalendarza do systemu,a tam zonk, moje sierpnie poszły się ciupciać!! Zaglądam do kalendarza, a tam nasza gwiazdeczka szaleje. W. się nieco zakurwiła i poszła go prostować, na co następnego dnia przyleciał do mnie kiero i zaczął stękać, że kolega nowy, że trzeba dać mu szansę, że bla blabla, że mam się nie opierać o pierwsze wrażenie, że makaronów sto. Wzdycham na to i rzucam taką orację:

-Spoko, ale kolega sprawia wrażenie, że nie ma chęci na jarzenie czegokolwiek dotyczące pracy, ale system urlopowy ogarnął raz dwa, więc nie dziw się takiej reakcji po naszej stronie.

-Może był rozkojarzony, kiedy mu coś mówiłaś, a może nie był zainteresowany…

-COOO?! I tak spokojnie przyjmujesz do wiadomości, że starszy stażem przekazuje coś młodszemu, a on wbija w to lachę?! Czy ja dobrze słyszę??

To się zaczęło jakieś korpo blabla, chyba o współpracy i komunikacji w zespole, ale teraz dla odmiany ja nie byłam zainteresowana. Powiedziałam tylko, że spoko, jak będą coś chcieli, to pomogę, ale bez rzucania kwiatków pod stopy i rozwijania czerwonego dywanu. A tak poza tym to chcę urlop, czekoladę, draże i baton.

No dobra, kolega jakoś się wyrobił jak żelbet z promocji i jest miły (tj. już skończył z żarcikami o ciągnięciu druta, jak go spytałam, czy występował w roli płatnika czy obsługującego), ale jednostka żeńska, zwana Bulwą, oh jej, to dopiero historia.

Bulwa jest wrzaskliwa, tj. formułuje swoje zapytania z drugiego końca biura, drąc ryj-kiedy robi to za moimi plecami, przechodzą mnie ciarki, zwłasza, gdy kończy je perlistym HYHYHY. Nawet się nie wtrąca w rozmowy, tylko się bezceremonialnie wpierdala, a trochę głupio dorosłej babie tłumaczyć, że mamusia za takie zachowania zapomniała ją usadzić na karny jeżyk. Bulwa jest 20 cm ode mnie niższa i tyleż samo kilo cięższa. To jest akurat najmniejszy problem; najgorsze jest to, że nadal wielki chuj ogarnia z całej tej roboty. Nie umie nawet powtórzyć tego, co się do niej mówi i 5 minut później odstawia w kolejnej sprawie podobnej do tej sprzed chwili dokładnie ten sam kaszan.No i mówi najbardziej przerażające słowo świata-PIENIĄŻKI. JEZU, KURWA, BOŻE, JESTEM NA NIE.

Mamy jej pomagać, dobra, niech będzie i tak. Ponieważ Bulwa na szkoleniu zajmowała się plotami, kiedy dzwoni klient, ona drze ryj o pomoc, przerzuca klienta na linię oczekującą i zaczynają się cuda. Bo pytamy, na czym polega problem, a ona nie wie. My też nie wiemy. No to ktoś musi nad nią stać i dosłownie dyktować, o co ma pytać; i tak połowy rzeczy po drodze zapomina.Potem trzeba pokazać palcem rozwiązanie na ekranie, a najlepiej wpisać jego nazwę na ekranie, bo powiedzenie go też nie jest gwarancją sukcesu. Aha, Bulwa ma 21 lat, w UK jest od prawie 10-ciu, a jej angielski zarówno w wersji pisanej, jak i mówionej przypomina mi piosenkę o forfiterze, którego wypasał szwagier, co też jeździ mi po bębenkach usznych niczym wibratto Zenka Martyniuka-na trzeźwo nie zniesę, ale przynajmniej po pierwszej butelce winiacza śpiewam razem z nim. Najlepiej to ilustruje reklama jego byczego enerdżi driniacza, który mi poleca swym czarującym barytonem.

Bulwa chyba ma dwie szare komórki, a te w wyniku zderzenia się na sobie wyznaczonych torach jazdy doprowadziły ją do wniosku, że lepiej nie pytać mnie po raz 15-sty w ciągu godziny o to samo, choć starałam się być grzeczna i nie cisnąć jej od najgorszych, tylko starałam się ją doprowadzić do właściwej procedury, zadając różne pytania, żeby przez odpowiedzi wycisnąć z niej, co trzeba. Po pierwszych 10 minutach wiedziałam, że szuka leszcza, który odwali za nią całą pańszczyznę, a szelest sam się będzie zgadzał w kieszeni. Nie dałam się wciągnąć w tą zabawę, bo po prostu kurwa N.I.E, czemu jakaś księżniczka Cebulandii ma siedzieć i wzdychać, a ja mam cisnąć jej i moją robotę za damski chuj? ( O nieee, sorry, w korponarzeczu nazywa się to PERSPEKTYWA ROZWOJU DLA OBIECUJĄCEJ KADRY, którą odczułam najlepiej, kiedy moje dwie aplikacje na wyższe stanowiska poszły się jebać) Ćwiczyłam już ten temat w poprzedniej pracy i dziękuję bardzo.

Efekt jest taki, że poleciała do mojego kiero i mu oznajmiła, że sprawiam, że czuje się przeze mnie…głupia.


Nie ma to jak spojrzeć prawdzie w oczy i nadal jej wmawiać, że jest ściemą. Od siebie dodam, że spojrzałam tylko na naszego capo di tutti i rozłożyłam ręce, no bo albo chce, żebym kogoś czegoś nauczyła, albo żebym klaskała z uznaniem, gdy ktoś odstawia teatrzyki z dupy.

Popis buractwa Bulwa odstawiła podczas naszej imprezki zespołowej, kiedy na niezłej najebce zaczęła cisnąć do W. że ta jej niby zabrała urlop, a ona potrzebuje, bo buduje dom i gruz się sypie (??? i dlaczego urlop bierze we…wrześniu???) , zarówno po polsku, jak i po angielsku. Nikt nie był w stanie przemówić jej do rozumu, nawet jedna Włoszka, która ją zjebała; w pewnym momencie stanęłam między nią a W., bo zaczęła machać łapami, co niechybnie skończyłoby się wpierdolem.

-Słuchaj K., jesteśmy poza biurem, więc daruj sobie takie wrzaski, bo mogłaś dzisiaj rano to ogarnąć-westchnęłam.

-Alemójdomgruzkafelkidompieniążkijachcęurlop!!!

-Zacięłaś się? Poza biurem nikt Ci tego nie załatwi, co sobie wyobrażasz?

-W.zabukowałaurlopjachcędwadniwtymsamymczasiejakmogłazabukowaćurlopdommöjjamuszęjechaćblablabla

-A W. ma prawo to serdecznie jebać, bo rezerwowała urlop, zanim żeś zakumała, że firma C. wogóle istnieje. Tym bardziej Twój gruz.

Nie przeszkodziło to w poniedziałek rano chwalić się Bulwie, że jej men musiał stawać w trybie alertowym po melanżu, bo Karolinka chciała ubarwić swym bogatym wnętrzem jego bezcenne wozidło (niech zgadnę-Volkswagen Passat 1.6 TDI kombi pseudonim Passerati? Audi A4? ) Oczywiście zakończyła tą tyradę obowiązkowym HYHY. Debilom to się jednak łatwo żyje, zawsze to powtarzam.

Na koniec chciałabym napisać jakieś zajebiste podsumowanko, jakąś górnolotną klamrę kompozycyjną, ale nic mi nie przychodzi do głowy oprócz tego, że niestety tego typu postaci wśród Polaków rzucają się tubylcom w oczy i nie świadczą o nas najlepiej, co w ostatecznym rozrachunku zagrało całkiem skutecznie, bo spowodowało falę nastrojów i manipulacji, które przyczyniły się do Brexitu.

Ale spoko, jak patrzę na takie elementy, to mam sama chęć zrobić od nich Brexit, byle jak najdalej. Tylko czy to możliwe?

Advertisements

Idź Pan w chuj z taką robotą i przenieś się do korpo

14 Jun

Uff, szarpałam się z wywołaniem opcji formatowania w adminie chyba z pół godziny, to wszystko wina Żydów i masonów zapewne. Ale ja nie o tym, a o moim zatrudnieniu, co rozpocznę pewną anegdotą, by jak zwykle zgrabnie i z wdziękiem przejść do meritum, którego w moich postach zazwyczaj nie ma.

Otóż kapitan Vlad dostał niedawno awans i został kierownikiem popołudniowej zmiany w swojej fabryce cudów takich jak głowice rakiet, śruby do stacji kosmicznych i jakieś części samolotów, w które można schować ruski trotyl. Jednym z jego podWŁADnych jest niejaki J., który został wydalony z USA, Kanady i paru innych miejsc za dilowanie prochami, próbę gwałtu i wyścigi z policją (zanim poznam tego gościa muszę się dowiedzieć, czy jestem w jego typie, bo inaczej szykuje się widzenie przez szybę). Gdy chłopcom nie chciało się pracować, jeden z nich zaproponował przywleczenie miejscowych prostytutek, które by za nich pracowały.

-Ale bejbe, one za jeden dzień pracy wezmą tyle, co wy w miesiąc!-zaprotestowałam.

-J. powiedział to samo- stwierdził Vlad.

Tak oto moje myślenie o biznesie jest zbliżone do kombinacji angielskiego handlarza prochami. Idąc tym tropem powinnam cisnąć kapuchę we wszystkich możliwych nominałach, ale chyba u mnie to działa na opak.

W każdym razie wasza wiedza o mojej pracy zatrzymała się tu i tu (Jezu, ale mi spodobały te hiperlinki, będę Was teraz męczyć nimi do porzygu i zapętlać dygresje), więc Wam opowiem, co się stało jakieś 3 miesiące po moim rozpoczęciu pracy. A stało się to, że przyjechał nasz menago od HR, czarny jak sadza (“No pięknie, jestem murzynem Murzyna”-pomyślałam) i oznajmił, że zwija biznes, bo kierownictwo centrum handlowego chciało nas przenieść w inne miejsce na czas remontu naszej parcelki; miejsce do którego żaden Angol by się nie zapuścił (byliśmy ulokowani tuż przy wejściu od strony zajezdni autobusowej, a chcieli nas wepchnąć na piętro, na które nie hasał nawet koń Rafał z przetrąconą girą) i do tego 2x droższe i 2x mniejsze.

Byznys is byznys i tak oto mój kolega D. całkiem bezwstydnie szukał nowej roboty w godzinach pracy, odbierając milijon telefonów i wypisując coraz to nowsze aplikacje, G. zwinęła się jeszcze wcześniej i to w dosyć dziwny sposób, a mianowicie najpierw biorąc urlop, by na chwilę przed jego rozpoczęciem oznajmić, że właściwie nie wraca- mam pewną teorię na ten temat, ale nie miałam nigdy okazji jej potwierdzić lub zaprzeczyć, więc zatrzymuję ją dla siebie. J., jak przystało na Angielkę z dwojgiem dzieci stwierdziła, że życie na benefitach nie jest złe, K. została menago innej kawiarni.

Ja z kolei zapodziałam się w innym punkcie naszej le sieci, która chciała być drugim Starbucksem, Nero czy Costą, a nie została nawet Biedrą. Punkt w innym centrum handlowym na dzielni słynącej z kwaterowni Polaków (bo tanie mieszkania) i bycia kanałem przerzutowym prochów na całe hrabstwo (bo ból życia na zasiłkach i z mózgiem przeżartym cukrem-pudrem i sajdrami zabija). Centrum kulturalnym na dzielni B. są paznokciownie, gdzie mamuśki na benefitach trzaskają sobie szpony w kształcie łopaty (jako fanka ładnych manikiurów mam konwulsje na ten widok., natomiast to jest totalna boskość i zajebistość nie tylko do sześcianu, ale i nawet do bryły platońskiej)  oraz Aldi, gdzie można wyhaczyć takiego sajdra oraz ulica, po której czasem turlają się poważniejsi handlarze swoimi furami na spotkanie zarządu.

No i weź tu Panie bądź mądry i rób flat white na sojowym mleku (np. na życzenie dwóch kolesi typowo waginosceptycznych, którzy ochoczo cisnęli do mojego kolegi F.). Ale ja chciałam, bo wiedziałam, że z trzymiesięcznym doświadczeniem w pracy wiele nie zwojuję, a bilety autobusowe na uniwerek same się z drzewa nie ruchają. Tak oto zaczęłam martyrologię gdzie indziej.

W kontrakcie miałam zapisane 8-10 godzin w tygodniu, co całkiem mi pasiło, choć bywało różnie, gdy do biletów autobusowych dorzucałam gazetę i colę. Moja nowa menago rodem z Rumunii podchodziła do sprawy dosyć swobodnie, a właściwie na pełnym wypierdolu dawała mi 2 godziny tygodniowo (w PL rządzą umowy śmieciowe, a tu kontrakty typu zero godzin- raz walisz 60 godzin w tygodniu, a raz 2). Dodatkowo w tej okolicy pomieszkiwał Vlad, więc widywaliśmy się po mojej pracy, gdzie łapiąc Wi-Fi w KFC oznajmiałam mu, że znowu dojazd do pracy będzie zajmował mi więcej czasu niż sama praca, po luknięciu w grafik. Menago twierdziła, że na razie tylko tyle godzin może mi dać i już. No to skąd wzięło się 8-10, którymi HR mnie zanęcił? Nie wiem. Skąd mam załatać dziurę budżetową, jeśli zarabiam 18 funtów tygodniowo, a wydaję jakieś 40? Tego też nie wiedziała.Teoretycznie mogłam szukać drugiej roboty, ale wtedy byłabym rozjebana jak kamienica po blitzkriegu albo rzucić tą robotę i wrócić do punktu wyjścia, czyli wisieć na czyimś garnuszku, co tak chętnie wypominał mi Flafi.

Po dwóch tygodniach ugodowego załatwiania sprawy stwierdziłam, że mnie to nieco wkurwia i napisałam maila do HR, zostawiając im kwestie matematyczne do rozkminienia i oszacowania, czy ja jestem może niczym budżet Polski, żeby się tak żyłować nie wiadomo po co. HR nie był hapi i w końcu godziny się dla mnie znalazły. W ramach ciekawostki powiem Wam, że zjeb musiał być niezły, skoro moja menadżerka prawie do ostatniego dnia pracy wspominała ten event z wielkim oburzeniem, bo przecież m o g ł a m do niej przyjść i porozmawiać pokojowo w tej sprawie. Nie potrafiła sobie przypomnieć, że przecież, kurwa, przychodziłam.

giphy-facebook_s.jpg

Patrz, jak bardzo mnie to chuj obchodzi.

W ogóle ta dama to przypadek klasycznego Rumuna w UK, który wziął się z dupy świata, ma z tego powodu kompleksy, więc usiłuje udowodnić wszystkim, że jest KIMŚ. Problem w tym, że bycie menadżerem jakiegoś lokaliku to jeszcze nie jest bycie KIMŚ; niech świadczy o tym fakt, że zarabiałam jakieś 6.50/godzinę, a ona z tego co kojarzę 7/godzinę, więc bez przeginy, prawdziwi menadżerowie poważnych firm po takie pieniądze nawet się nie schylą. Lubiła naginać fakty, szczególnie w przypadku osób, które studiowały (ja i dziewczyna z Rosji, która robiła magistra w UK i do późna ślęczała przy swojej pracy magisterskiej, więc prosiła o zmianę godzin. I jak myślicie, czy zostały zmienione? Taaa. Dostała ich jeszcze więcej) i udawać, że o niczym nie wie, a poza tym to jest zajęta- głównie siedzeniem na fejsie i podładowywaniem swojego AjFona Rumun Edyszyn w naszych firmowych gniazdkach, co mogło się skończyć np. wyjebką tele w surowe ciasto na mufiny, kręcące się w mikserze.

Ale gdzie tam, lepiej ścigać kogoś o 5mm-we paznokcie, które na okrągło są czyszczone i zabezpieczone rękawiczkami przed wpadnięciem komuś do jedzenia i odwalenie cyrku pt. masz tu M. funta na cążki do szponów i je obrzynaj (akurat tego dnia były Walentynki, więc trochę je zapuściłam, żeby nie wyglądać jak oderwana od pługa) Już nie mówiąc o tym, że jej gadka była tak chaotyczna i zapętlająca się w niekończącym loopie, że po 5 minutach nie miałam pojęcia, o co jej właściwie chodzi, gdy snuła swoje monologi z kosmosu. Pod tym względem o wiele bardziej ceniłam jej vice, Węgra F., który był krótki i konkretny, przy czym zazwyczaj robiliśmy sobie też polewkę, bo wiadomo, że Polak z Węgrem zawsze się dogada. Lubiła podkreślać, że na urodziny ma ZWYCZAJ kupowania sobie czegoś DROGIEGO, najlepiej zegarka lub torebki, co moim zdaniem świadczyło o tym, że koniecznie chce się wybić na tle swoich znajomych, którzy zostali w Rumunii i pokazywać wszystkim, co to nie ona, co zazwyczaj kwitowałam pół-uśmieszkiem, bo po prostu śmieszą mnie takie akcje, również z punktu widzenia osoby, która na tle swoich rówieśników w PL jest w wymarzonej sytuacji finansowej, ale nie odjebuję z tego Jeziora Łabędziego dla Albańców.

Meanwhile_91e562_3016433

I z czym do ludzi, ja się pytam.

Aha, cudna G. lubiłą też nas poganiać i wprowadzać atmosferę jeszcze większego rozpierdolu; jak to się wszystko kulało w godzinach lanczowych to właściwie nie wiem. Starałam się jak mogłam, ale tej dalej było źle, wolno i szybciej, migusiem, migusikiem. Mistrzostwem świata było, kiedy poprosiła mnie, żebym z nią została i pomogła jej ogarniać bajzel po godzinach mojej pracy i też miała pretensje, że robię to za wolno. Inna sytuacja, kiedy w niedzielę byłam sama z F. na zmianie, który zdychał na kaca, więc właściwie miałam roboty za dwoje, decydując się na krycie mu dupy w razie niespodziewanej inspekcji naszej zrytej area menager, jako że on starał mi się też nie robić pod górkę. G. przylazła wtedy z tragarzami z Misia i też cisnęła, że się nie wyrabiam, na co już wywaliło mi pianę na pysk, bo trudno być w czterech miejscach naraz, ale widocznie z niej była taka Łonder Łumen, bo umiała zalogować się na fejsa i udawać, że robi zamówienia przy firmowym laptopku równocześnie, wow, wow, uszanowanko. W sumie znosiłam to wszystko, bo coś mi podpowiadało, że sytuacja może ulec zmianie i wtedy do śmiechu może być komuś innemu.

Nasi klienci mimo lokalizacji w sercu patoli hrabstwa Dorset nie byli źli, zwłaszcza ci stali, którzy nas kojarzyli i znali nasze imiona, np. sympatyczne dziadki albo babcia, która mówiła na mnie “aniołku”, chociaż byłam od niej wyższa ze 20 cm. Był też koleś rozmiaru szafy gdańskiej, z dziarami i miną żołnierza Pruszkowa, który zawsze zamawiał duże, karmelowe latte; robił na mnie posępne wrażenie, ale któregoś dnia usłyszał, jak nasza area manager piłuje dziób na naszą nową Hiszpaneczkę A. i-co dosyć niezwykłe na Angola- wtrącił parę słów od siebie o charakterze zjebującym pod jej adresem. Wśród stałych klientów był tez regularny zbok, który lubił mnie dopytywać, co będę z nim robić wieczorem, na co ja któregoś dnia oparłam się o kasę, spojrzałam się na niego, westchnęłam i spytałam:

-Ej, a co powiesz na trójkącik? Ja, ty i mój facet, dwa metry wzrostu, sto kilo wagi. Bardzo chciałby cię poznać, bo trochę o tobie słyszał.

F., który robił obok kawę, mało się nie zaksztusił, głównie ze śmiechu, co było moim szczęściem, bo gdyby gość się bardzo uparł, to mogłoby się okazać, że to ja go molestuję (bez przesady, nawet w lubowaniu się w starszych facetach miewam granice), a nie on mnie. O radości politycznej poprawności! Za to jego syn był zawsze do rany przyłóż, może był od mleczarza czy listonosza. Zbok dał sobie spokój, za to ja za każdym razem mu salutowałam, na co zwykle wyglądał, jakby miał na końcu jęzora jakiś dziwny gryps.

Polacy, którzy do nas przychodzili, dzielili się głównie na tych, którzy po angielsku umieli powiedzieć:” Wanilia ajskim, plis. Kurwa, Zbyszek, tak to się mówi?”, na co ja przechodziłam na polski w momencie wydawania reszty, bądź na ambitne mamusie, które szczebiotały do swoich Brajanków, Alanków i Nikolek po angielsku, utrwalając im w głowach swoje błędy językowe i pal licho że na wakacjach w Polsce dzieciaki nie dogadają się z dziadkami, mają być naturalizowanymi Angolami i już. A poza tym cała galeria postaci, które miały pretensje, bo nie wiedziały czego chcą lub gorąco mnie zachęcały, abym wracała skąd przyszłam, gdy ich zamówienie nie łapało się do promocji i Cyganie, których dzieci robiły sobie tabor na naszych stolikach. Kiedy F. grzecznie spytał jednej z takich ore ore mamusiek, czy mogłyby uciszyć swoje mini panny młode, usłyszał co następuje:

-To idź i je uduś, jak Ci się nie podoba!

F. był profi, więc zacisnął zęby, wziął po mini mufinku dla każdego bachorzęcia i powiedział, że im je da, jak się uciszą. Tu nastąpiła cisza rodem ze stepu astrahańskiego, co F. skomentował przechodząc koło mnie (miałam akurat lancz) tymi słowy:

-Jebani Cyganie!

No i masz, wywołał mi przed oczami tą scenę (od 1:55).

Moim ulubionym zajęciem w czasie mniejszego ruchu było rozkminianie, co tu można zrobić, żeby wypromować naszą miejscówkę, bo na tle konkurencji było różnie i wymyślałam plan kampanii, głównie dla własnej rozrywki, bo coś trzeba  było robić przy pucowaniu talerzy. Przy zmianie identyfikacji wizualnej odpadłam, bo nasz gejowy dizajner odwalał kaszany, które nijak nie miały startu do świątecznych edycji kubków na wynos Costy (tu klik do Costy, a tu do ewolucji świątecznych Starbuniów) W sumie w kawiarniach głównie chodzi o lajfstajlowe pitu-pitu i żeby liczba lajków pod fotą takiego kubka na Insta się zgadzała, więc sama nie mogłam się nadziwić, czemu ten element został pominięty, bez kompletnej świadomości faktu, że promocja to opieranie się w kulturze obrazków o przyciąganie czyichś gał, a za tym hajsów.

Myślałam o zmianie menu i wprowadzeniu różnych promocji przy mopowaniu podłogi (czynność, która jest wybitnie z dupy, czyli oblewanie podłogi wodą, aby za chwilę mop był syfiasty i rozprowadzanie syfu po jeszcze większej powierzchni) i łapaniu targetu przy wycieraniu kurzy. Nie ma to jak wybitne rozrywki intelektualne. Co innego robić, kiedy mamusie przewijają swoje dzieciątka przy stolikach, gdy łazienki znajdują się 50 metrów dalej? No chyba tylko tyle.

Tak się to wszystko kręciło, dopóki nie zmienił nam się area manager. Nie wiem, czy we franczyzach w Polsce też jest taka funkcja, ale area manager to ktoś, kto kupuje dany punkt i nim rządzi, kontroluje zyski (jakąś ich część wysyła do firmy-matki, część zabierają opłaty, a za resztę zazwyczaj może iść kupić sobie waciki, raczej te tańsze) Na miejsce laski, którą podczas roku pracy widziałam góra 3 razy, przyszła inna, T. T. miała głos, który sugerował, że niejedną flaszkę obróciła pod sklepem, bo co ma się szczypać i taszczyć ciężkie siaty do domu, a patrząc na nią, miałam zawsze wątpliwości, do którego kibla może chodzić. W każdym razie była KOSZMARNA. Przychodziła do nas dzień w dzień i zawracała dupę minimum 3-4 godziny, co w porze lanczowej było co najmniej niewskazane. Gdy nie mogła przybywać osobiście, nasyłała na nas swoich znajomych i rodzinę. No OK, pewnie jakbym miała własny biznes, też bym chciała wiedzieć, jak się kręci, ale np. instalowanie kamer i oglądanie podglądu z nich na swoim telefonie CAŁY CZAS to już jest obsesja; mało jej było kamer z naszego centrum, potrzebowała jeszcze swoich. Gdy ktoś wyrażał swoją opinię- niekoniecznie narzekając, ale po prostu mówiąc, co mu się w danym pomyśle nie podoba-w odpowiedzi słyszał, że jak mu się nie podoba, to może nawet nie tyle się zwolnić, co spierdalać (jakie to konstruktywne).

Żałuję, że gdy przychodziłam w soboty, to się mijałyśmy w drzwiach, bo któregoś razu mogłabym nie wytrzymać i powodując się na kodeks pracy spytać jej, czy za takie texty będzie ją w zamian stać zapłacić komuś odszkodowanie za mobbing, do którego takie popierdywanie śmiało się kwalifikuje. G. wybrała opcję rumuńskiego rozwiązania problemu, czyli zamiast posłać ją do diabłów, wsadzała jej palec w dupę, wychodząc z założenia, ze jak T. będzie zadowolona, to nie będzie się czepiać. Na nic próby uświadamiania jej, że jest granica między byciem chamem (co w przypadku kobity już w ogóle rozjebuje, kiedy próbuje się przyfrantować, jaka jest silna i niezależna, a wychodzi z niej zwykłe chamstwo i kołtuństwo) a byciem świadomym, czego się chce i wymagania od siebie i innych przestrzegania pewnych zasad.

T. wymyśliła też, że mamy sobie sami płacić za jedzenie, które bierzemy na lancze (wcześniej każdy miał swój limit, zależny np. od godzin, które pracował danego dnia i np. w ciągu zmiany 8 godzin mógł wsunąć bagietkę/tosta i mufina z napojem, w ciągu 3h samego mufina i napój, co i tak było spoko bo starczało i dla nas, i dla klientów, a często organizowałam mufiny też dla Vlada, żeby nie poszły do śmietnika), co już było parodią, bo pytałam wszystkich dookoła, którzy pracowali/pracują w gastro i nikt nie musiał płatosić za swoją szamę, natomiast T. wyraźnie szukała pieniędzy nie tam, gdzie trzeba.

Na spotkaniu, gdzie opowiedziano nam o zmianach w naszym trybie pracy samej pomysłodawczyni tychże zabrakło, a mogliśmy poczytać jedynie wydruki z maili wymienianych między G. a T. i spytać G., jak czegoś nie kumaliśmy, co jakoś mnie nie urządzało, bo na takim spotkaniu oczekiwałam raczej konfrontacji z kimś, kto te bullshity wymyślił. Koniec końców podpisałam papier, że zapoznałam się ze zmianami, mówiąc jednak, że taki system wzmożonej kontroli nie spowoduje niczego dobrego, bo zestresowana załoga nie przyciągnie ludzi, ale jakoś przeszło to bez echa.

Pomyślałam, pokombinowałam, kończyły mi się studia, więc tak czy inaczej potrzebowałam pełnego etatu, a nie zabawy w dom na podwórku. I to był moment na odejście z tegoż przybytku rozkoszy wątpliwych. Początkowo myślałam o swojej branży, ale po zakończeniu roku obłożenie na jedno miejsce na staż było takie jak na fuchę ordynatora w Leśnej Górze. Miałam też propozycję pracy w PL, która była jednak dosyć niepewna. W końcu znalazłam robotę, w której jestem do dzisiaj (i o której będzie następny post, bo jest dosyć zabawna) i  z niekłamaną satysfakcją złożyłam wymówionko. Gwoździem do trumny był pewien piątkowy wieczór, kiedy kładłam się z myślą, że następnego dnia mam po raz pierwszy od jakiegoś czasu wolną sobotę, gdy nagle słyszę trurururu nad uszami, bo dziecko G. zachorowało, są w szpitalu, drama, Panie, drama, więc miałam przybyć na godzinę siódmą rano. No dobra, składam soracze i pobudka piąta rano. W ciągu dnia przybył do nas starszy latorośl, z jakże dziwnym pytaniem, czy zastał mamunię. Wyłapałam zonka- mieszkają wszyscy razem, no to chyba kumał, że matka w szpitalu z młodszym? Najwyraźniej jakoś mu to umknęło. Albo jej. Przynajmniej przekonałam się, że te dwa tygodnie wypowiedzenia miną mi wesoło.

Później w nowej pracy spotkałam kolesia z Dominikany, który pracował w funciaku i często do nas przyłaził smędzić po hiszpańsku albo umierać na jednej z naszych sofek na weekend. Oznajmił mi, że wszyscy właściwie się pozwalniali, z G. na czele, bo mieli dosyć pomyslów wspaniałej T.

Właściwie to czemu ja nie jestem wróżką?

 

 

Może i mam Cię w dupie, ale mam za to piękny zegarek

3 May

Siemson! Nie było mnie tu od dawien dawna- zrzucanie lorda Flafiego ze schodów, zmiana pracy i wreszcie posypka mojego lapka i przeprąciowa jesień i zima (które w UK są totalnie jednym i tym samym, czyli porą nieustającego monsunu w scenerii, w której Werter zabiłby się po wielokroć) chwilowo mnie uciszyły. (dobra- nie chce mi się robić backupu całego lapka przed dokonaniem lecznicznej procedury, znanej jako :”Gdy Ci smutno, gdy Ci źle, jebnij format dysku C”). W międzyczasie wolałam kupić parę płyt/książek/whatevs, pojechać na koncert Sabatonu w Southampton (lovelovelove111!!!) rozkminić symbolikę Iron Mana, przywitać się z mumiami w londyńskim muzeum i pojechać do Polski, co ma też swoje konsekwencje, ale to opiszę inną razą.

Wybieram się też na siłkę (słyszysz to, moja durna babo od WFu z podstawówki? Przyjadę do PL z bicami a’la Marit Bjoergen i Ci pokażę, jak skakać przez kozła, lol), bo zmiana trybu pracy z “zapierdalaj, gdy Ci Rumun każe” na “siedzę, nic się nie dzieje i czekam na multum telefonów”jakoś mi nie posłużyła; pewnie wypluję serducho na siłowni i jakaś Ewa Chodakowska je zdepcze i ani przez chwilę nie zapłacze po jakimś tłustym baleronie. W planach mam też coś, na co szykuję się od dawna i mam nadzieję, że ta sytuacja zilustruje powiedzenie “wjechać komuś na chatę” i nie wiem czemu uważam, że to będzie najlepszy soundtrack tego wydarzenia: Deadpool Rap.

Miałam Wam napisać, jak wyfrunął od nas lord Flafi, ale czy ma to znowu sens? Zgodnie z moimi podejrzeniami okazał się być bardziej zjebany od audycji Lata z Radiem, prowadzonej przez ojca Dyrektora lub sesji topless w Playboyu posłanki Pawłowicz. No więc jednak Wam to opiszę, bo po pewnym czasie ma to wymiar komiczno-tragiczny, choć na początku było czystą porachą. Nie wpuszczać Angola za drzwi, zwłaszcza, gdy to świadek Jehowy lub komandos RAFu, proste.

Że Lord miał rozrywki w stylu darcie na mnie japy albo zastanawianie się, czemu papier toaletowy nie jest rwany wzdłuż perforacji, ale w poprzek, to już wiecie. Stopniowo jednak te rozrywki pogłębiały się, aż doszło do sytuacji, kiedy Flafiego drażniło WSZYSTKO. Oprócz jego telewizora (właściwie to był NASZ telewizor, ale nie omieszkał go ze sobą zabrać, zostawiając gruza), z tym mógł wziąć ślub. Kiedy wychodziłam z pokoju, gdzie urzędował, z talerzem kanapek w ręku, dostawał szału, bo jada się w JADALNI. A zęby zmienia się w kielni.

Flafi miał też inny powód do zmartwień; wymyślił, że zadając się z Vladem wpadnę w narkotyki, bo jego córka miała starszego faceta, który miał swój własny startup z dużym ROI i targetem skierowanym do fanów hardkor umcyk-umcyk i pudrowania nosa (tekst Flafiego o wciąganiu w dragi wspominaliśmy czule z Vladem podczas palenia zioła) Nijak nie szło go przekonać, że nie każdy tak robi. Jego agresja narastała, a łysy łeb przybierał kolor wiśni i miał coraz więcej pretensji o COŚ. Nie wiadomo o co; w każdym razie było mu najcudowniej, kiedy wszyscy dookoła byli dobici lub kiedy można było odstawić pokazówkę nie wiadomo o czym i po co, np. przy swoim pedalskim synusiu, którego kiedyś lubił podduszać (baronie Mindhauzen, gdzie jesteś?). Tak mu się Vlad nie spodobał, że zanim go poznał, już wymachiwał mi nożem przed oczami, krzycząc, że obetnie mu jaja. Czemu moje oczy pomyliły mu się z jajami to nie wiem, w każdym razie Flafi po ujrzeniu Vlada był w stanie ponownie przybrać kolor wiśni i…tyle. Mam dziwne wrażenie że podobny, równie zjebany typ osobowości mają też hejterzy internetowi, przy czym hejterzy publicznie są zryci, a Flafi dla publiki był do bólu słodki. Tym bardziej należy mu się stopione żelazo na leczenie hemoroidów.

Kiedy już się wyprowadzał, to już nie byłam “bezużyteczna”, tylko byłam kochaniem i skarbeczkiem i w sumie czemu nie dałam mu w ryj, to nie wiem, chyba szkoda piąchy. Przy wyprowadzce zwinął połowę rzeczy, w tym moją i Vlada formę do pieczenia, gdzie zrobiliśmy pierwszą wspólną rzecz, która miała ręce i nogi i nie była murzynkiem, a plackiem ze śliwkami- bądź po wielokroć przeklęty i rżnięty w swój angielski ryj!

Joanna Maria K. była na tyle miłościwa, że po sprzedaży Mazdy RX8 (Zwanej też “Bajo”) kupiła Lordowi BMW…BMW…no jakieśtam BMW; w wieśniakowozach nie robię, nie odróżniam jednej BMWu od drugiej. (Natomiast muszę się poważnie zastanowić nad sobą, bo Vlad deklaruje miłość do Mitsubishi Evo Lancera i prawdę mówiąc nie wiem, jakby skończył z takimi deklaracjami na początku naszej znajomości. Na razie mamy Audi A6 o imieniu “Niewyżyta Niemra”, na cześć Katarzyny II z pieśni Jacka Kaczmarskiego). Do BMWu są potrzebne kluczyki, a tych nigdzie nie można było znaleźć, bo jaśnie Pan gdzieś je zwinął, zapewne mając na myśli zrobienie tego z całością urządzenia.

Wpadłam na genialny (jak zwykle) pomysł, by zmelinować wózek, gdy Lord nie będzie patrzył i w międzyczasie załatwić sprawę; wg angielskiego prawa bowiem właścicielem jest ten, kto wykłada hajs na furę, niekoniecznie ten, który nią jeździ. Joanna Maria K. najpierw sie opierała, by tydzień później wydzwaniać do Vlada, bo wpadłą na pomysł, by schować BMW, a więc popełniła plagiat. (nie umiem jej nazywać po jej pseudonimie “Becia”. Becia, bleeee. BEEEEEE-cia. Nieładnie to brzmi.) Kluczyki też się znalazły, pod materacem. Trochę po starowiejsku, ale się nie znam, więc może to kul i trendi- Flafi jako fan Szanela, Armaniego, kilograma złota na każdym paluchu i hawajskich koszul pewnie wiedział lepiej.

Aha- to pudło rzeczy Flafiego, które pomagałam mu wynosić- naprawdę wypadło mi z rąk przez przypadek. Cały czas żałuję, że te wszystkie noże i talerze nie wyjebały mu się na łeb, ale biedny ma zawsze pecha.

Flafi długo za nami nie płakał, bo niebawem szukał już nowych ofiar na portalach radkowych, wypisując, że jest drugim Dżejmsem Bondem, skacze na bungee (niestety nadal z linką), spadochronem, a przy okazji wiąże buty i pięć razy ziewnie. Nie wiem, jaka laska może polecieć na kolesia, który potraktuje ją jak przyrząd do wycierania butów, po czym następnego dnia będzie cmoktał, że jest miłością jego życia i tak w kółko, niemniej jednak angielskie panie z tego co wiem szybko traciły zainteresowanie. Może orientowały się, że takie życie jest do dupy, albo po prostu nie miały jak ciągnąć z niego kasy (fun fact: angielskie laski są wybitnie interesowne), bo mocium Pan przy okazji swoich wybuchów złości został też przeniesiony do jakiejś dupy świata, bo wszyscy mieli go dość.

W każdym razie życzę chuja koło dupy kolesiowi, który mówił, że traktuje mnie jak swoje dziecko i usiłował brać na łzawe historyjki, jak bardzo mnie lovcia (szkoda mi w takim razie jego dzieci….), a tymczasem doprowadził do sytuacji, w której uciekałam z domu byle jak najdalej, a kiedy zamachiwał się na mnie z łapami, to było mi już totalnie obojętne, czy rozwali mi łeb, poderżnie gardło czy może zrobi coś jeszcze innego. Niestety, osobowości narcystyczne nikomu nie mówią hejoo i nie ma się co łudzić, że kiedykolwiek będzie inaczej.
BTW- chuj koło dupy, bo Lord Flafi ma w posiadaniu dildo analne, którym się bawi, relacjonując takie upodobania nowo poznanym laskom (obczaj taką scenę: podchodzi do Ciebie Ktoś i mówi:”Siemankoo, jestem ktoś i mam dildo analne.Fajnie, nie?” N.I.E). Śmiało więc można powiedzieć, że to co innych cieszy, on ma po prostu w dupie i niech to będzie podsumowaniem krótkiego pobytu Flafiego w moim życiorysie.

 

Cap, cap, cappucino, czyli potyczek czesc dalsza

17 Aug

Z pamietniczka obslugi klienta:

– kiedy G. krzyczy “MONIA IDZ ZROBIC PANU LODA”, to chocby nie wiem jak korzystnie finansowo to brzmialo, to niestety chodzi o wyrabianie sobie bica na silowaniu sie z zamarznietymi lodami. Ktoregos pieknego dnia zaczelam sie sama do siebie tragicznie smiac, bo nie wiedziec czemu te wysilki przypominaly mi zyciowe powolanie zuka gnojaka.

-niektorzy niedoszli klienci usilowali nas ojebac z tubek z cukrem, gdy zostala im odmowiona woda z kranu. Teraz cukier trzymamy w miskach, moze ochroniarze zauwaza, jak ktos tarmosi pod pacha miche cukru, choc raczej powatpiewam.

-mamy swojego ulubionego klienta, ktory poczuwa sie w obowiazku, by prezentowac nam swoj dywan na klacie liczacy ok. 60 lat* oraz usmiech zjadacza malych dziewczynek. Z checia bym widziala tego pana rzucanego na pozarcie lwom przez naszych ochroniarzy.

-…jednakowoz ochroniarze maja inne rozkminy, np. gdy znalezli w naszym centrum handlowym patyk porzucony przez jakichs nielatow, ktorzy chcieli sobie owym konarem oczy wydlubac (po jakze okrutnej reklamie srodka na dochujenie o nazwie Braveran, ktoraz jest rownie chujowa co jej tematyka, slowo “konar” jest mi wrecz nieznosne), sami zaczeli sie nim bawic.

-sprzatacz, ktory dostal jezdzacy wynalazek do sprzatania twierdzi, ze jest ksieciem i ma swoja karoce. A Flafi tymczasem chce zamienic swoja Mazde na BMW i niby to ma byc gwarancja szczescia, a takiego wala!!

-jesli w moje urodziny przyjdzie mi pracowac i trafi mi sie jakis upierdliwy pajac, to go natrzaskam zamrozona bagietka, gdyz doswiadczenie uczy, iz wor bagietek (35 sztuk) tarmoszony na plecach jednak nieco wazy.

-Ostatnio jedna z klientek najpierw zazadala ode mnie polerowania trzech lyzek (po czym wziela jedna), by pozniej domagac sie, zebym dala jej do sprobowania resztek milkshake’a z dzbanka, w ktorym sie krecil. Ten sam milkshake, ktorego zamowila; prosze nie pytac, czemu po prostu nie mogla sprobowac ze swojej szklanicy. Stalam chyba z 15 sekund z dzbankiem w reku, nie wiedzac, czy mam sie smiac, czy plakac, az w koncu posluchalam polecenia sluzbowego G. i to olalam.

-przy kasie nikt nic nie chce, za to przy wydawaniu napojow jest wielkie oburzenie, czemu nie ma bitej smietany, slodkich pianek (marshmallows po polsku to..?), dziwek, szampana i koksu. Bo kurwa N.I.E. Dzisiaj moga byc frytki do tego, toz ja nie wroz Maciej i nie czytam w myslach pospolstwa.

-Ja nazywam klientele szarancza, zas G. mieni ich “trutniami”. Twierdzi tez, ze dzieki nim ma chec poskakac na bungee bez liny, jechac do SPA do Pacanowa (?) oraz zaprasza mnie na dancing do Ciechocinka. W sumie czemu nie, zawsze chcialam jebnac w tance z zusowskim rencista przy slodkich tonach “Pszczolki Mai”.

 

-Umiem juz rozmawiac z gluchoniemymi; pewna klientka nie jarzyla moich wykladow, ale szczesc Boze od razu udalo jej sie wykrzyknac, ze mnie nie slyszy (bo inny klient po dluzszej przepychance usilowal ode mnie uciekac) Machajac rekoma i poslugujac sie duza liczba rekwizytow w stylu miska, kubek oraz noz ustalilam, ze chce herbate i mufina.  Teatr w cenie mufina, no widzial to kto?

-Mozna oszalec, kiedy z jednej strony mam robic tosty, z drugiej wpada G., zebym myla gary, ale w sumie bardziej to stanela przy kasie, a najlepiej to robic to wszystko naraz, ale juz sie przyzwyczajam.

-Chcialabym wiedziec, czemu male arabskie dzieci na moj widok wywalaja galy (no to wiadomka, bo jestem bielsza od scian) i krzycza:” MAMA! AJSKRIM!”, choc moze to lepiej niz “a wysadzisz mnie pod szkola?” W kazdym razie male dzieci mnie uwielbiaja, czego nie rozumiem. A ich arabscy tatusiowe patrza na mnie z kolei jak nakaralucha do zdeptania i usiluja wydawac polecenia( tak, oni nie nie zamawiaja, oni literalnie wydaja komendy jak w jakims ISIS albo innej organizacji od upierdalania sobie nawzajem lbow), nawijajac rownoczesnie przez telefon. Wielce to eleganckie.

-rownie eleganckie jest, gdy klient mnie nie doslyszy i zamiast powiedziec “przepraszam, czy mozesz powtorzyc?”, tak jak czynie to ja, ucieka do popularnej w Dorset formy zadania pytania-“EEEEJ?!”, z przeciagnietym “eeeeeee”. Za to mam chec trzymania pod lada kalacha i powystrzelania towarzystwa i sama nie wiem czemu.

GIFSec.com

Mimo wszystko powinnam sie cieszyc, ze nie nawiedzil mnie jeszcze krol Justynian Joffrey we wlasnej osobie.

-oprocz dawania darmowych wystepow teatralnych za kasa, prowadze tez wyklady ekonomiczne i zostane drugim Balcerowiczem, tlumaczac np. namietnie  pracownikom naszego centrum, czemu nie dam im znizki pracowniczej na kawe i mufina, skoro w ofercie bez znizki maja go taniej. (no moze bez przesady z ta namietnoscia, w UK nie umiem wykrzesac z siebie takiej emocji wobec tych osobnikow, ktorych napotykam. w PL jak sie znajdzie jakis kandydat, to jestem zbyt prostolinijna/przyzwoita by pociagnac dalej watek, skoro i tak za chwile wracam z powrotem do UK. Moze sie z tym zglosze do Ewy Drzyzgi, bo ma na podoredziu sepleniajaca psycholog, ktora jesli mi nie pomoze, to przynajmniej mnie ubawi)

Przemawiam tez do portfeli ludzi, ktorzy dalej nie kumaja idei oferty “bagietki za funta”, wiec probuje im zobrazowac problematyke utworu na wybranym przykladzie, zeby przestali strzelac fochy, ze mieli niby zaplacic dwa funty, a placa prawie szesc i pol. No i te ich epickie karpie ryje, kiedy wciskaja mi dwa funciszcze, a ja im na to w myslach “ni chuja, nie ma raczek, nie ma ciastek” i ze slodkim usmiechem oznajmiam “szesc funtow prosze!”.

-troche mnie niepokoi, ze mam znaczek ze swoim imieniem, bo niektorych to bawi, kiedy zczytuja moje imie z mych cyckow. Szerokie usmiechy i “oh, bo wie pani, ja nie wiem, na  co sie zdecydowac…”wprowadzaja mnie raczej w stan przedepileptyczny.

-Powiem Wam wiecej: z niepelnosprawnymi umyslowo, ktorzy przybywaja ze swoimi opiekunami, jestem w stanie lepiej sie dogadac (tak, tak, wiem, ze zaraz znajdzie sie jakis dowcipnis, ktory bedzie robil przytyki do mojego stanu umyslowego-JEBIE MNIE TO), sa mili, ciesza sie, kiedy sie do nich zagaduje i nie odwalaja szopek, tak jak ci rzekomo normalni. Co mnie swoja droga przeraza, bo cywilizacja zachodnia jak widac swietnie obywa sie bez empatii, ale chyba nie na dlugo…

-jesli znowu ktos do mnie przycwaluje do miejscowki, gdzie wytwarzam bagietki i zacznie skladac tam zamowienie i sie wielce dziwic, kiedy mowie ” w takim razie zapraszam ze mna do kasy” (tez mnie to dziwi, ale glownie dlatego, ze brzmie wtedy sama sobie jak moja u k o c h a n a chemiczka z liceum, ktora ze zlowieszczym usmiechem zapraszala w ten sposob do tablicy mnie i reszte mojego klubu dyskusyjnego, tj. B. i Cyca, by ujebac nas ostatecznie) i oburzac, to nasmaruje ryjona czerwona cebula, ostrzegam. Niektorzy sie zachowuja, jakby nigdy w zyciu nie byli w sklepie i nie kumali, ze placi sie przy kasie, a nie rzuca sie hajsem w chleby i pomidory.

-Ostatnio probowalam tlumaczyc jednej paniusi roznice miedzy americano( czarna kawa) a flat white( kawa z mlekiem na cieplo bez pianek, czekolad i innych wynalazkow). Bo oczywiscie krzyknela entuzjastycznie, ze chce kawe, ale nie wiedziala jaka. No wiec pytam, czy sama sobie naleje zimnego mleka, czy chce na cieplo. Laska twierdzila, ze nie kuma, o co mi chodzi. No wiec raz jeszcze- jesli zwykla kawa, to czy na pewno chodzi o czarna, do ktorej pani naleje SOBIE mleka, czy kawa JUZ z wlanym mlekiem? Dalej zero kumacji. Clint Eastwood z legendarnym wzrokiem Clinta Eastwooda pacza na to i mowi:

1506736_472986676156555_1980098222_n

No coz, byle do przodu. A jesli nie do przodu, to przynajmniej do piatku, kiedy dostajemy wyplaty. Pewnie wiecej zolci splynie po mojej klawiaturze za jakies 9 dni, kiedy bede (nie)szczesliwie fetowac moje 22-gie urodziny (mam szczera nadzieje, ze sie napierdole i zapomne o calej sprawie prawde mowiac). Na razie oddalam sie w kierunku blizej nieznanym, by pomiedlic w lapach “A Clash of  Kings”- dalej mam cicha nadzieje, ze po przeczytaniu wszystkich siedmiu tomow “Gry o Tron” skumam, jak Tyrion Lannister byl w stanie uprawiac seks z panienkami normalnego wzrostu.

*zwanego tez przez mojego ulubionego , etatowego Jewreja F. zabotem. Zeby byla jasnosc- nie wiem czemu lubie dywan na klacie, ale na litosc boska, nie w pakiecie z usmieszkiem w stylu “A pokazac ci kolekcje moich znaczkow, bejbe?”

Wester-latte, czyli M. pracuje

3 Aug

Olaboga, czo z to M., gdzie jo diably wywiali?!

Wywiali mnie do pracy w kawiarni i na razie moge powiedziec iz:

-wstawanie o 5.15 masakruje jeszcze bardziej, niz myslalam, za to na autopilocie umiem juz piec bagietki. Bardzo zaluje, ze nic nie pamietam, co robie na autopilocie, bo z samego rana udalo mi sie kiedys zrobic piekne cappucino, a potem juz mi nie wychodzilo.

-Mimo toczenia i bicia piany cale zycie nadal mam problem z wykreowaniem pianki na cappucino, za to robie ladne latte.

-nie udalo mi sie zbic zadnego talerza, ani filizanki, za to dorobilam sie przykurczu miesni czy tam innych sciegien w rece od zbyt mocnego sciskania tacy. Moje wiezadla krzyzowe w prawym kolanie dolaczyly do zbiorowego protestu i teraz moze mnie uratowac tylko interwencja dr. House’a albo tego kolezki z Chlopow ktory oberznal se spacerowke. Posiniaczony lokietek od poslizgu na posadzce chcial dolaczyc do strajku, ale ostatecznie sie rozmyslil.

– mam dziwne wrazenie, ze caly czas odbywa sie wojna wplywow (moze nie tyle wojna, co jakies napiecie) miedzy aktualna menadzerka, a byla menadzerka, ktora jest teraz vice i wyczuwam nadchodzacy cyrk.

-niechcacy zdolalam juz byc swiadkiem w postepowaniu dyscyplinarnym; na razie nikomu nie wpadlo do glowy, by postepowac przeciwko mnie i mnie dyscyplinowac. Chyba ze przylezie do nas Christian Grey i bedzie usilowal trzaskac mnie pejczem, ale raczej jestem na nie, bo widzialam trailer ekranizacji “powiesci” z pogranicza fallusa i szpicruty i nawet ten filmowy Greju jest jakis taki po praciu.

brando wali pale

Taka raza moj pomysl na ksiazke o emigracji poszedl sie chedozyc. Nie on Ci pierwszy, nie on Ci ostatni.

-dorobilam sie tez calkiem wporzo bicow; najpierw sprzatac gary z restauracji, potem rzezba.  Nie zgadniecie, kto tarmosi pelen wozek z magazynu, ktory jest zdecydowanie podsterowny.

dzeremi

Niestety, nie jest to Dzeremi Klakson, sorry, Klarkson.

-moim kolega z pracy jest angielski gej; nawet syn Flafiego z rozowej brygady zwrocil na niego uwage, a ja sie modlilam do Thora, by panowie nie zaznajomili sie blizej, gdyz D. podczas ostatnich odwiedzin przywlokl ze soba do domu bezdomnego inzyniera (?), gdym bawila na swoich warszawskich smieciach. Randez-vous skonczylo sie w ten sposob, ze D. kontynuowal znajomosc w moim pokoju, a inzynier na otarcie lez i pozegnanie dal mu 500 funtow. Raczej wolalam uniknac powtorki, choc tak poza tym byloby to zabawne z ta charakterystyczna dla wszystkich zabawnych zdarzen w moim zyciu nuta zalosnosci .

-mam juz skilla przydatnego na okolicznosc powrotu do PL i pracy w Biedronce, a mianowicie jestem w stanie obslugiwac kase. Po paru zmylach okazalo sie, ze i tak lepiej licze hajs niz delte, czyli w sumie zgodnie z moimi przewidywaniami.

-moze i mam aktualnie czerwone wlosy, ale udawanie Melisandre z Gry o Tron celem ubawienia maloletniej mlodziezy nie jest dobrym pomyslem,

-niektorym kawiarnia myli sie z informacja turystyczna i dopytuja mnie, gdzie jest kibel, przystanek albo zatoka. Niektorzy na bezczela dopytywali tez, gdzie jest McDonald. Moim hitem byla laska, ktora zastala mnie przy robieniu bagietek z rana. Najpierw grzecznie spytala, czy zrobie jej taka to a taka, a ze mialam juz przygotowane biale bagietki pod inne nadzienie to pomyslalam, ze co najwyzej wcisne jej ogorek i ser i niech sie cieszy. Dla pewnosci pytam jednak, czy chce biale pieczywo, czy ciemne, na co odpowiedziala, cytuje-“NIE! BRAZOWE!”, po czym wiszac mi nad glowa spytala mnie, gdzie jest bank o nazwie na Bee i czy to daleko.

-Najgorszy moment dnia? Sprzatanie czesci restauracyjnej- pierdolnik po huraganie Katrina to przy tym jest jeno cicha msza zalobna. Im bardziej wyfiokowane paniusie nadciagaja, tym wiekszy bajzel po sobie zostawiaja. Ze ogolnie nie jestem fanka sprzatania, a tworce programu Per-Fuck-cyjna Pani Domu postawilabym przed plutonem egzekucyjnym, to cierpie, bardzo cierpie, gdyz poniewaz niektorzy za punkt honoru stawiaja sobie nakarmienie podlogi okruszkami, kawalkami mufinow/bagietek/ zarciem przynoszonym z zewnatrz/ kubkami kawy ze Starbucksa (halo, halo, prosze sie zdecydowac, albo my, albo Starbucks). Wiezniowie z celi smierci powinni u nas robic porzadki, a ja z checia zamienie mopowanie na inna torture, np. sluchanie przez 48 godzin zapetlonych przebojow Justina Biebera.

Dzastinian z gitarko

Dzastinian juz grzeje wioslo celem torturowania M. Chyba go napierdole tym instrumentem!

-propos tortur muzycznych- soundtrack z centrum handlowego (Aerosmith+ Britney Spears=EWAKUACJA W TRYBIE NOW) plus zmywarka i blender, a moje biedne uszy marza o Ennio Morricone. Jeszcze w akcie desperacji dojde do Mozarta, mowie wam!

Chyba poprosze kierownictwo, by wymyslilo jakas promocje, ze holota dostanie cos za darmo, jak nie zostawi po sobie burdelu (czyt. wykaze inicjatywe pracownicza). Za to machanie szczota pozwala pozbyc sie zbednych rozkmin, bo zwyczajnie po ponad osmiu godzinach szarpania sie z pajacami i ogarnieciu bajzla dookola dup wizytujacej nas szaranczy nie mam checi na jakies “co by bylo, gdyby…”

-Klienci…Pieszczotliwie zwani przeze mnie szarancza. Srednia wieku 50+, od czasu do czasu obnizana przez biale kolnierzyki, mamusie z milionem dzieci (ktore rzucaja sie na nasze chlodziarki i albo kiedys chwalebnie powybijaja w nich szyby, albo przynajmniej wmasla w nie swoje twarze) i dziewczyny pracujace w pobliskich sklepach, ktore sa dosyc mile, bo same znaja bol zwiazany z obsluga klienta.

Ogolnie to najwiekszy problem jasnie panstwo maja z dokonaniem JAKIEGOKOLWIEK wyboru, nie wiedza, czy chca bagiete z kurczakiem, czy tosta, a przy pytaniu o rodzaj chleba widac, jak przegrzewaja im sie procesory.

Mi przy tej okazji tez, kiedy niektorzy dla sadystycznej radochy szlajaja mnie wzdluz chlodziarki przez nastepne dziesiec minut, po czym kaza mi odkladac bagiety i nakladac inne, a nie, jednak nie, poprosze inna, nie, nie ta, tamta z glebi, tak, wiem, ze to biale pieczywo z tym samym nadzieniem, ale ta z glebi po ktora nie siegnalby nawet goryl ze swoimi ekstra dlugimi rasiami jest zajebistsza i chuj. Wbilas transakcje, ruda ? Super, bo ja jeszcze rogalika, piec mufinkow i dwie lemoniady. Nie, chyba jednak frappe. Nie, smoothie bez banana. Sorry, z bananem. Nie, nie, to nie wchodzi na promocje Bagietka za funta!! A, wchodzi. To chyba jednak tak. Raczej tak. Chociaz wlasciwie kawa bylaby lepsza. A nie, nie, ja tylko tak do zony. To kawe trzeba odebrac gdzie indziej?! NIE PODASZ MI?! Tak w ogole to siedze przy stoliku na szarym koncu, p r o s z e mi zaniesc, a ja tam sobie pojde krokiem niespiesznym z recoma w kieszeniach.

Po takim maratonie kolejka siega poczty, a ja mam kompletny metlik w glowie, bo jak nakurwiam na kawiarnie/ restauracje czy innego McDonalda, to mam juz ulozone w glowie co chce i jak chce, a tu kompletna samowolka. Po metliku w glowie efekt jest taki, ze po godzinie czuje sie jak wymieta scierka, a szarancza lanczowa ma ucieche. Az sie dziwie, ze wykazuje sie cierpliwoscia i jeszcze nikogo nie udusilam. A moze po prostu zaczelam przeliczac takich upierdliwcow na pieniadze, ktore dostaje za uzeranie sie z nimi.

-nikt nie kuma o co chodzi w promocji” bagietka za funta”. Wiec cierpliwie tlumacze, co jest napisane tuz przed oczami tychze hrabian, ze gdy kupia srednia kawe/lodowego drinka to dostana bagiete za funta. Najczesciej mysla, ze kawa i bagieta leci za funta RAZEM i sie ciezko obrazaja, ze jednak nie. Probuja tez wmawiac mi, ze do oferty wlicza sie Fanta i nie wierza, ze “iced drink”, to nie to samo co butelka wyjeta z chlodziarki.

Poprosze jednego z TYCH [klient macha reka jak rozdzka Harry’ego Pottera dosyc niezobowiazujaco, albo w kierunku mufinkow, albo ciastek; ja mam zapewne zgadnac. Gra terenowa godna podziwu. Taki kurwa RPG wrecz, gosciu jest magiem, a ja trollem]

To znaczy ktorego?

TEGO!- machniom, tym razem juz bardziej w strone mufinkow.

Czy mozesz mi podac nazwe?- dopytuje grzecznie.

Yyyyy…eeee…-proba odczytu, login failed-OWOCE LESNE!

I taki dialog staczam niczym batalie pod Beresteczkiem minimum raz dziennie.

Kawe! (na haslo “kawe!” reaguje juz jak pies sledczy, czyli badam temat)

Jaka kawe? Mamy americano, latte, cappucino…-wyliczam.

Jedna zwykla, a druga mala.

Aha, to znaczy zwykla to americano. A ta mala?

Gosc sie zapowietrza, oho, bedzie dawal glos.

MOJA MATKA MA 83 LATA I NIE BEDZIE PIC JAKICHS WYNALAZKOW, JAKICHS LATTE CZY MACCHIATO!!

-?? (wzruszylam sie troskliwoscia tegoz synusia, gdyz bylby przez owa troske wyplul pluca na podloge)

1016459_723047344393934_1261066458_n

tak wygladalo moje wzruszenie.

Mala czarna!

-Kiedys jakas pani miala gorzkie zale, bo nie chciala przyjac w reszcie szkockich funtow, poniewaz jej zdaniem wygladaly ZBYT ZAGRANICZNIE. Niektorym to juz za pozno na przewrocenie sie w bani, wiec wywraca im sie w dupach; podobno to mlodziez jest zblazowana, ale jak widac i starsi maja zerowy szacunek do czegokolwiek, w tym i do pieniedzy. Oto do czego prowadzi cieplarniana polityka socjalna, ci ludzie nawet nie doceniaja tego, co maja. I w tym momecie zaczelam im nieco intensywniej zyczyc, by ich Rumuni wymordowali akordeonami do spolki z Ciapuchami.

-Ci, ktorzy nie potrzebuja pomocy w noszeniu tacy z zamowieniem na restauracje, wrecz jej ZADAJA, natomiast starsi i naprawde schorowani sa bardzo zdziwieni i rozplywaja sie w podziekowaniach, gdy im to proponuje, bo przeciez nie powiem  babci z aparatem tlenowym, zeby spadala z tym czajnikiem, albo zrobila mu “czajniczek” dla towarzystwa. Mamy stalego klienta, ktory jezdzi na wozku inwalidzkim- zawsze sie do mnie usmiecha, pyta jak sie mam, jest dla mnie mily. Stare babska, ktorym nie chce sie ruszac dupy i kupuja elektryczne wozki (robiac z siebie kaleki na wlasne zyczenie) zazwyczaj maja WYMAGANIA. Tak sie jakos zawsze dziwnie sklada, a ja niebawem bede mogla napisac magisterke z socjologii o tym, jak bardzo mozna byc popierdolonym i w istocie sie z tego cieszyc.

-Bywaja tez stare wiedzmy, ktore prowadzaja sie trojkami badz czworkami, co automatycznie skojarzylo mi sie z szekspirowskimi fatalnymi jedzami z Makbeta. Makbetowskie tufty sa obrazone, gdy ich nie rozumiem- ostatnio mialy pretesje, gdy huczaly, ze chca herbate i SZKLANKE (glass) zimnego mleka. Nie mialam bladego pojecia, skad wzial im sie pomysl na szklanke, bo mleko podajemy w dzbanuszkach.

Pozniej okazalo sie, ze jednak chodzilo im o DZBANUSZEK(kettle). Mam nadzieje, ze przy wyborze drewna na trumne beda rownie wybredne. Mimo wszystko nauczylam sie nie bac sie takich stworow i meznie stawiam im czola, wiec jest przynajmniej jakis plus.

-Norma jest tez to, ze przychodzi para, gdzie jedna polowa jest pelnosprawna, a druga np.ma problemy ze sluchem. No w z yciu nie wpadniecie na to, kto sklada zamowienie.

-jeszcze M. nie zginela w M., bo gdy przylazl do nas jakis kolezka w wieku slusznym, za to z Canonem wyposazonym w optyke z serii L, to mowiac perwersyjnie patrzylam panu caly czas na obiektyw, az zapomnialam wyjac mu z tostera ciacha z rodzynkami, bo przesladowala mnie mysl, ze czy jestem w pracy, czy nie, to i tak mnie na cos takiego nie stac, a Trybson z “Warsaw Shore” siedzi i zawija to w sreberka.

Za to w tydzien czasem zdarza mi sie wyjac wiecej, niz moj wnuk M. zarabia w miesiac w warszawskim Starbucksie, wiec wlasciwie juz sama nie wiem, czy to jest smieszne, czy straszne, czy jest dobrze czy zle.

A tak poza tym to ja chce na sajgooooooonki na Rakowiecka!!!

Mloda, bezrobotna i wkurwiona

2 Mar

Skladam aplikacje do roboty. Na tyle, na ile pozwala mi moj strajkujacy net i umiejetnosci z pogranicza wszystkiego i niczego.

Pare dni temu ( a moze to bylo dwa tygodnie temu, ktoz wie, w kalendarz nie patrze na daty, tylko na czarne kociska, ktore sa w nim uwiecznione. Co mi przypomina o tym, ze musze wygrzebac kalendarium spod bialych koszul, sciagnac je z wieszaka, zmienic luty na marzec, powiesic na wieszaku, a wieszak zawiesic haczykiem do dolu (!) za roleta na drzwiach. Nie chcialo mi sie szukac gwozdzi, to teraz mam bol dupy)  wygmeralam fajna oferte, pisali, ze jest i na full time i na part time, wporzo.

Dostaje telefon, wiec sie jaram. Chuj tam, ze wypepralam ekran jakims specyfikiem nafejsowym i wsmarowalam w niego wspomnienie mojego manikir…manikiur…manichuj…zrobionego dwie minuty wczesniej.

Pan mnie pyta, czy pobieram zasil dla bezrobotnych. Robie wielkie galy do fona, bo przeciez w moim CV jak byk stoi, ze studiuje, a student nie moze byc rownoczesnie bezrobotny. Odpowiadam, ze nie.

Wtedy dowiaduje sie, ze w sumie to szukali na pelny etat, a jak ktos nie ma roboty na pelen etat, to znaczy, ze pobiera zasil.

Zeby pobierac zasil, musialabym jebnac szkole (czego  bylam niemal bliska), lub miec bojfrenda bezrobotnego nieroba, albo byc studentka w zwiazku z nierobem i jeszcze miec z nim dziecko.  Super, o niczym innym nie snilam! To swoja droga zapewne bardzo motywuje mlodziez angielska do kontynuacji nauki, bo skoro maja wybor, zeby po 16 roku zycia pizgnac szkole w diably i np. pojsc na kase do Tesco na pelny etat i po dwoch-trzech latach zostac menadzerami czy studiowac, dokladac do interesu i miec problem nawet z praca na weekendy, czyli wyjsc ze szkoly na pozycji zerowej, to chyba wiadomo, o co kaman.

sztuczny fiolek

Niestety, Bozio nie dal mi koordynacji ruchow, wiec calkiem niewykluczone, ze wybilabym sobie zeby o rure, a tego bysmy przeciez nie chcieli. Chyba ze klientow rajcowaloby zbieranie moich klow na szufelke pani Waci.

Doda

Kolejny problem, bo nie dosc ze z wokalem cienko (choc znam takich, ktorzy sie upieraja, iz mam bardzo interesujacy glos. Moze wiec powinnam sie zaczepic do seks telefonu, jak Anja Orthodox?) to i granie na trojkacie przychodziloby mi z trudem.

Przez chwile mialam pomysl na zycie, by sie wlasnymi szponami oskalpowac, ale raczej nic by to nie zmienilo, oprocz uwydatnienia mej kontrowersyjnej urody. No wiec skladam dalej, niczym Balcerzak z kabaretu Paranienormalnych, skladajacy podanie.

Jade do kolezanki, jecze jej w rekaw o moim bezrobociu, ta kaze mi skladac dalej i daje mi do zajecia swojego Murzynka, ktory do repertuaru pt. wyrywanie mi paznokci i sciaganie bluzki dolaczyl nowy numer z pogranicza szkolen Amwaya i manipulacji. Rzeczony nielat rasy pol-czarnej (szarej?) wspina mi sie na kolana, po czym poklada mi sie na cyckach, wylegujac sie jak rozjechana ropucha. Jest to calkiem mile uczucie, a ze maly produkuje cieplo, to jest blogo. Stan ten trwa okolo minuty, bo wtedy mniej wiecej Murzynek odkryl, ze moj aparat przy ustawianiu autofocusa swieci czerwona lampka (na co zaden z doroslych jeszcze nie zwrocil uwagi!), wiec wysmarowanie obiektywu recami jest swietnym sposobem na odkrycie, jak to sie dzieje. Po czym znowu palnal mi sie na cycki, wiec uznalam, ze jest zmachany. Po wpakowaniu go do wyrka przez pietnascie minut byl spokoj i nagle maly w ryk. Otwieram drzwi, a ten stoi na bacznosc w wyrku. Wygrzebuje pacjenta z okow jebadla, co jest dosyc problematyczne. Co robi maly? No nie zgadniecie- zaciesza sie w chuj i dalej sie na mnie rozklada.

Wniosek jest taki- mezczyznom od drugiego roku zycia do okolo setnego nalezy gwarantowac nieprzerwany strumien cyckow, wtedy ma sie ich fochy ze lba.

W kazdym razie po powrocie do domu w nocy wylansowalam swieze ogloszenie, wiec zarzucilam wedke. Na tyle skutecznie, ze nastepnego dnia dostalam maila z zaproszeniem na dzob interfju.  O BozeBozeBozenko, pewnie sciema!-pomyslalam, ale nie. Majny ulubiony sklep z ciuchami domagal sie, zebym przypedalowala na dzob interfju.

O samym dzob interfju moge powiedziec, ze bylo krotkie, zabawne (bo najpierw wystraszylam kobitke rekruterke, jak jej powiedzialam, ze interesuje sie motorsportem, a po chwili pokazalam jej moje wydziwaczone paznokcie i dodalam :” ale nie przeszkadza mi to w byciu baba”. Zawsze mnie to bawi) nostalgiczne (gdyz musialam sobie przypomniec, ze zaopatruje sie w ciuchy tej firmy juz od szesciu lat- bym tu strzelila klasyczny bon-mot, ze czas zapierdala niezauwazenie, ale wiadomo, ze tego nie uczynie) i zrecznie (gdyz udowodnilam rekruterce, ze kumam co nieco asortyment, bo jej opowiedzialam o moim ulubionym ciuchu z tejze firmy) Na wyniki czekam z niecierpliwoscia; w sumie wszystko zapowiadalo sie cool, ale ja ze swoim szczesciem  zwichne palec w misce budyniu , wiec sie zbytnio nie napalam.

Aha. Podobno zostalam tez Online Content Designer magazynu studenckiego. Niestety, mimo najwiekszych checi spoznilam sie bite pol godziny na pierwsze spotkanie redakcyjne, bo w szkole mamy nowy projekt, tzw. Industry Project, czyli grupowe zlecenie od klienta. Klentem byla panienka reprezentujaca meska grupe taneczna, wiec A. nie moglam powiedziec Robowi, ze spadam, bo bylabym nieprofesjonalna, B. nie moglam jej powiedziec, zeby sie streszczala, bo bylabym niepoprawna politycznie, C. w sumie nie wiedzialam, czy mnie wkurwia fakt spoznienia, czy to, ze cale to spotkanie moznaby bylo strescic w dwoch zdaniach “w sumie jeszcze nie wiemy, czego od was chcemy, ale juz wiemy, ze cos chcemy”, a nie wlec wielowatkowa dyskusje o testosteronie w sali tanecznej (?) i trzech muszkieterach jako inspiracji.

Na razie wiem jedno- cos juz ruszylo do przodu, innymi slowy wiosna, panie sierzancie.

P.S. A na koniec taki kwiatek, bo fiolek; ja tym czasem zwijam sie w kojo, bo od 10 rano krece jakies promo na koksiarni i musze wczesnie wstac, zeby zrobic sobie lancz, gdyz jak przystalo na studenta na stazu musze sama sobie organizowac szamu i transport, w ramach bycia wspolczesnym murzynskim zbieraczem bawelny. Jest pieknie, ze ja jebie!

http://wyborcza.pl/1,75248,15498803,Sztuczne_Fiolki__Mam_w_sobie_duze_poklady_wscieklosci.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta_Wyborcza

Wkurw i labora, czyli praco pozwol bic

29 Dec

Czy świat bardzo się zmieni, gdy z młodych gniewnych wyrosną starzy, wkurwieni?-zapytywal Jonasz Kofta, a ja juz wiem- ni chuja sie nie zmieni, bo zanim mlodzi zdaza byc starzy i wkurwieni, to beda mieli trzy zawaly na jedna noge, garscie antydepresantow w kieszeniach, albo calkiem gustowne nagrobki w ladnej okolicy. Jedna z przyczyn moze byc zdobycie zatrudnienia.

ok_moje_siedzenie_w_pracy_wlasnie_2013-12-03_19-48-34_middle

Po trzech miesiacach lazenia za gosciem, ktory udawal, ze nie odroznia C od K (albo i nie udawal, kto go tam wie, skoro nie mogl zapamietac, ze moje imie naprawde mozna pisac przez K) w koncu wygmeral mi oferte, ktora miala powalic mnie na cycki,  miala sprawic, ze pierdolne z zachwytu i juz nie wstane. 10 minut na piechte od mojej lokacji, restauracja, kelnerzenie, lalala. Akurat kelnerzyc chcialam, bo praca zazwyczaj w weekendy, kontakt z zywym czlowiekiem i w koncu moglam spelnic swoje marzenie z dziecinstwa, a mianowicie dowiedziec sie, co sie dzieje za drzwiami garkuchni. Biere! Nawet jesli filozofowie na FB twierdza, ze kto nie pracowal w gastro, ten nie zna zycia.

Mnie tez wzieli, wiec ujaralam sie jak Bob Marley na spotkanie z Jimem Morrisonem i sierzantem Pieprzem. Dzien probny? No problemo, dwa dni przed Bozym Narodzeniem. Najpierw musialam zwalczyc mega sztorm- jesli ktos ma problem z porannym budzeniem, to polecam zapierdalanie do roboty w pospiechu pod wiatr w trakcie sztormu. Ubaw po paszki, moi drodzy!

Gdy dotarlam na miejsce odszukanie menago zajelo mi dobra chwile, bo bylam swiecie przekonana, ze imc obcokrajowiec, a do tego facet. I owszem, viva Espaniola, ale ewidentnie pani. Pani mila, smieje sie do mnie, zywiolowo macha rasiami, ale musze leciec po krawacik.

ZE CO? Mam juz po pierwszym kwadransie wiazac sobie petle na szyi? Prorocze to i niepokojace zarazem. Nie mowiac o tym, ze totalnie nie umiem wiazac krawata, bo i skad, skoro Ojciec preferowal te na gumke i to raz na rok, albo strategicznie na slub badz pogrzeb.

W kuchni trwal bal Murzynow, a wlasciwie to wielu narodowosci, bo kucharzom nudzi sie przy mieszaniu chochlami, wiec sobie spiewaja (moim osobistym mistrzem jest kolo, ktory spiewa “Bohemian Rhapsody” wchodzac do chlodziarki) Zaden nie chcial mi pomoc przy wiazaniu krawata w obawie przed oskarzeniem o molestowanie. wiec zaczelam drzec ryja, zeby nie byli tacy kurwa poprawni politycznie. Inny kucharz ganial mnie z grzebieniem, bo ponoc moja fryzura w zderzeniu  ze sztormem nie prezentowala sie najlepiej.

Po zapoznaniu z kasa przeszlam pod skrzydla Bulgarki/Slowaczki. Uderzylo mnie to, ze paniena nosi sie tak, jakby byla krolowa wszechswiata, a z tego co mi niektorzy podpowiedzieli na kuchni wynikalo, ze pierwszego dnia wytlukla w tym bajzelku ( o pardon, eleganckiej restauracji, gdzie podaje sie amuse bruche, wiec chyba nie gasi sie tu szlugow na czole ani nie obala pryty z centrali, wielka szkoda) pol zastawy. W kazdym razie traktuje mnie z gory, choc nic nie potluklam, a tylko filizanki trzesly mi sie w rekach. Za to musze przyznac, ze gdy klienci skumali, ze jestem swiezynka, to byli dla mnie mili. Nawet jak mylilam ciasta, to twierdzili, ze no problem.

Akurat tego dnia jakas firma odwalila na gorze bankiet na 50 osob, wiec reszta byla na dole. Problem w tym, ze potem po tej trzodzie i tak trzeba bylo myc szklanki (zmywarka udaje, ze czysci szklo) i je pucowac- no po prostu uwielbiam! Moja bulgarska milosc rzucila mi znudzonym tonem pretensjonalnej nauczycielki, ze mam uwazac przy pucowaniu kieliszkow, bo sa- tu koniecznie musiala podkreslic, zebym przypadkiem nie miala zadnych watpliwosci- bardzo drogie. Wczesniej byla zdegustowana tym, ze nie ogarniam skladania serwetek do nakrycia stolu (fakt faktem, tego dnia ze wzgledu na pogode bylam zdziczale zmulona), za to nastepnego dnia menago twierdzila, ze slicznie je skladam, wiec kto zgadnie, ktoz tu naprawde rzadzi, bo ja nadal nie wiem.

Wczesniej  Mon Bulgarian Amour wymyslala sobie, zebym ciasto podawala na talerzyk za pomoca widelca, bo byloby zbyt pieknie, gdyby odpowiednie do tego urzadzenie sie znalazlo. Po dwoch takich probach ciasto laduje wszedzie, ale akurat nie na talerzu, a pomagac sobie raczetami nie wolno, gdyz i tak nikt nie wierzy w to, ze je myjesz.

Potem gwozdz programu, ktory zabil mnie rowniez w srode (tym razem polerka po swiatecznych lanczykach), czyli odbieranie sztuccow z kuchni i polerowanie ich po wymoczeniu w occie z goraca woda. MBA chyba brzydzila sie tej czynnosci, a ja z kolei nie moglam pojac, czemu kaze mi to robic w rekawiczkach i ocierac te jebane widelczyki o sciereczke naraz; chcialam jej spytac, czy kiedys usilowala sie onanizowac w rekawicach bokserskich, bo to podobny sort sensownosci poczynan. Ze niby tak jest bardziej higienicznie. No taaa, rekawiczki wdziewa na lapy pol personelu, wiec pewnie higienicznie jest w chuj.

mj614y

Na lyzeczce do deserow, droga pani!

Potem sie wywiedzialam, ze ocierac o scierke moge bez rekawiczek, a te mam wdziewac do ukladania sztuccow w szufladkach. Mam je ukladac LADNIE. Pytam wiec mej coraz wiekszej milosci, co mam zrobic, skoro jest ich za duzo i male noze wpadaja do szufladki z duzymi lyzkami. MBA udaje, ze nie czai pytania. Pytam wiec jeszcze raz. Aha, mam wkladac nadprogramowe do szafki na pietrze, o ktorej nikt mi nie powiedzial i o ktorej nie mialam pojecia.

No ja zesz pierdole, czemu przed przybyciem do tego gastro raju nie wpadlam na to, by skorzystac z porad wrozbity Macieja, on by na pewno powiedzial, gdzie jest szafka na pietrze!

39ae277354a36ea2ee7a7d1ecfdc4196

Nie mialam tez pojecia, ze w restauracji mozna parkowac Suzuki Crescent, ale po zamknieciu dla klientow bram tegoz przybytku jeden z jasnie panow tam pracujacych udowodnil mi, ze jednak mozna.

W srode byl jeszcze wiekszy czad, bo doliczano musowe 10% do obslugi, wiec MBA i  kolezka, o ktorym srodowiska ONRowskie powiedzialyby, ze ma niepokojaco ciemna karnacje w kierunku kawy z mlekiem (a Joanna Maria K. zaczelaby skrzeczec, ze to asfalt) zachowywali sie tak, ze nic tylko ich nagrac i wyslac do National Geographic z dopiskiem “juz wiem, gdzie zeruja sepy!”. Ale co sie dziwic, skoro jeden ze stolikow wygenerowal ponad 510 funtow rachunku, a od lebka za swiateczny lanczyk bulono 60 funtow. Wiec znowu wypchali mnie na czyszczenie jakichs widelcow, ciagania na wozeczku naczyn z pietra do kuchni (dobrze, ze mamy winde) i inne obciagania.
Zeby nie wybuchnac zloscia, podczas szorowania nozy, zaczelam odplywac z wyobrazaniem sobie, coz to sobie kupie za te milijony ktore zarobie. Z tych rozmyslan wyrwal mnie nakurwiajacy na cala kuchnie pedalski arcyhit “Last Christmas”, wiec przynajmniej przypomnialo mi sie, ze mamy Boze Narodzenie( A MBA zdazyla sie juz sfochac, jak jej powiedzialam, ze dostalam na gwiazdke m.in. Samsunga Galaxy Note II, na co zaczela zawodzic, ze jej bojfrendo chce miec taki fon.)

Przypomnialo mi sie tez, jak wizytowalam we wrzesniu swoje liceum i moj facet od fizyki na wiesc o tym, ze jestem w UK, spytal mnie “czyli jestes na zmywaku, DZIEWCZYNKO?” na co ja sie zaczelam oburzac, ze przeciez wielkopansko studiuje!

691028668227814155_middle

Chyba nastepnym razem pojde do niego z flaszka, jak z niego taki jasno/czarnowidz. Zarobione milijony mam podobno ujrzec dopiero pod koniec stycznia, czyli nadal nie mam kasiory na bilet autobusowy, wiec moge sie spokojnie solidaryzowac z dziecmi w Bangladeszu (bawiac sie rownoczesnie fonem przez nie wyprodukowanym).

Najbardziej wkurwia mnie centralny brak organizacji. Menago miala mi wyslac mejlem plan szkolenia (??!!Ohoho, to brzmi zacnie); ja wydusilam od niej wydruk dopiero w srode. Miala mnie informowac, czy bede jej dzisiaj do szczescia potrzebna- zero odezwacji ani tym bardziej odpowiedzi na moj mejl w tej sprawie. Wyglada na to, ze jutro zrywam sie z wyra tylko po to, by oblac ja zupa pietruszkowo-waniliowa.

Albo bede takim nicponiem, ktory stracil robote po dwoch dniach i nic o tym nie wie. To chyba  i tak bylby dobry wynik, bo niektorzy rezygnowali sami z siebie po dwoch godzinach.

P.S. Dalej macham na pozegnanie lapka razem z chihihua. Mimo mego zawzietego kociarstwa powaznie sie zastanawiam, czy nie wziac tej malej w jasyr.

suri5