Z powrotem na zmywak, czyli M. mysli zebrane

27 Apr

Gdy juz Angole doprowadzaja na skraj rozpaczy, bilety sa wzglednie tanie, a prognoza pogody przewiduje, ze bedzie ciepelko, wtedy zwijam mandzur i jade na swoje smieci. Tak naprawde bylo pare innych powodow, ale pozostawie je dla siebie. Post na szybko, bo chwilowo mam pare roznych zajec (na koncu napisze o jednym z nich) i niestety zadne z nich nie polega na tarmoszeniu keyboarda za bracmi Figo Fagot. No wiec pedzim z tym suplem*.

-Przylecialam w czwartek 3 kwietnia, wiec ominela mnie przedkanonizacyjna feta z nekrofilia w tle po Papiezu. Jesli kogos oburza to, co przed chwila napisalam, to niech sobie przypomni nagonke polskich mediow pod oknami Papy w 2005 roku i odpowie sobie na pytanie, czy to nie bylo przypadkiem hienowanie na badz co badz starszym, schorowanym czlowieku, ktoremu nikt nie dal spokojnie umrzec.

Przylot nie obyl sie bez walorow rozrywkowych, bo na pasie na Heathrow pan kapytan nie mogl sie przez 15 minut zdecydowac, czy frunie, czy jednak nie. Poniewaz dla mnie fruniecie to stresowka, totez kwadrans rozciagnal mi sie jak kondom (zeby chociaz jak kondom, to by wnioslo nieco fanu) i syczalam sama do siebie “Frun, gosciu, frun bo zaraz sama zasiade za sterami tego burdelu na skrzydlach”) Dzieki mojemu opoznieniu w Warszawie moj wielce nieudany przyjaciel Mufin zaliczyl mandat, bo za dlugo stal na parkingu, gdzie ponoc sie nie stoi. Nie wiem, nie jarze, choc Mufin w dziedzinie stania mial wiele pouczajacych opowiesci do przekazania. Pan policjant nie byl nawet zainteresowany faktem, ze za chwile na miejsce zdarzenia wkroczy 21-letnia egzotyczna pieknosc zza morza, wiec pozdrawiamy wszystkich sluzbistow, elooo.

-Samolot nie zgubil sie w chmurach, ani nikt nie klaskal. Za to szamu w British Airways jest dobre, choc stewardessy powinny byc nieco mniej przedpotopowe. Tak tylko nadmieniam, gdyz widzialam panienki z Quatar Airlines i im na pewno zaden rozbrykany pasazer nie powie, ze wlasnie zglebia tajniki bagazu podrecznego, by odkryc w nim bule do tego pasztetu.

-Ledwiem przyleciala, a juz zlokalizowalam golebie gniazdo na balkonie, z jajami wlacznie. Mufin twierdzil, ze nie kuma, o co kaman, co wydaje mi sie cokolwiek niewiarygodne, by chlop nie ogarnial kwestii jaj, ale skatowana po swoich podrozach malych i duzych nie mialam checi wnikac w zrodlo niewiedzy Mufina. Natomiast musialam podkasac rekawy, zalozyc rekawice i odkazic wszystko dookola, by dokonac eksmisji rodziny golebi, z niejaka aborcja w postaci wywalenia jaj za balkon. Przynajmniej mialam gotowa nazwe dla melanzu na moim kwadracie- “Stypa po golebiu“.

-Jesli ktos pamieta mysl zawarta w pierwszych akapitach notki pt. “Melanz z wiklinowej witki“, to zapewne domysli sie, do czego zmierzam. A zmierzam do tego, ze juz niecale 24h po wyladowaniu czlapalam ku imprezce urodzinowej P., ktora w istocie byla dwudniowym pochlajem w gronie bliskim memu sercu, pardon, pompie ssaco-tloczacej (czyzby fachowa nazwa serca nie brzmiala zajebiscie? Prawie jak skrzyzowanie wibratora z odkurzaczem). Imprezka odbyla sie pod Kazimierzem Dolnym, na wlosciach przypominajacych z lekka “Wesele” Wyspianskiego, zas moim ulubionym sasiadem byl olbrzymi kogut, ktory prowadzal sie z gromada kurek; choc zrobilo mi sie go zal, bo zaczal przed nami spierdalac, a taki byl z niego maczo. Aha, bylabym zapomniala- jeszcze troche, a nie pojechalabym, bo mialam celebryckie wejscie na spoznieniu do busa, gdyz zagubilam sie w podziemiach i nie ogarnialalam, jak wyjsc na al. Jana Pawla II. Podejrzewam, ze gdyby zostala nazwana imieniem Ozziego Osbourne’a albo przynajmniej Tyriona Lannistera, to trafilabym tam z zawiazanymi oczami.

Pierwszego dnia bylam chcialam byc elegancka i saczylam biale wino/porto z M., snujac ciekawa dyskusje o przekladach Biblii, filologii klasycznej i moich paranoicznych zmorach (nie jestem w stanie isc do kibla w towarzystwie na przyklad). Pozniej wpadl do nas R. z porto, na co tez z checia przystalam. W tym momencie ponoc nabralam ladnych rumiencow, co mnie dziwi, bo zawsze jestem bielsza od sciany i honoru ONRowcow. Pozniej uznalam, ze browar brzmi dobrze, choc obawialam sie, ze pomieszanie trunkow to nie bedzie cos, z czym polubi sie me jestestwo po pol roku swietej abstynencji. R. chcial mi juz polewac, ale zywiolowo zaprotestowalam (“Misiu, NIE LEJ MI DO PORTO!”), wiec musialam obsluzyc sie sama. Po ocenie jakosci miejscowego browaru melanz nabral kolorow w piwnicy, a ja bylam zaskoczona, ze nikt nie wie, iz szarlotka nazywamy polaczenie gorzaly/zubrowki z sokiem jablkowym, ktore takze trzeba bylo przetestowac. Pozniej wyruszylismy z F. na poszukiwania resztek zapasow, bo cos trzeba bylo wlac R. do garnka, a i pusty kieliszek to chuj nie kieliszek. Poszukiwania skonczyly sie sukcesem, ale bylismy na tyle uprzejmi, by zostawic reszte Cin Cina (czy czegokolwiek, co mialo rzucic o ziemie) na nastepny dzien.

Moj autopilot wykazal- oprocz blyskotliwosci w tekstach, co nie jest nowoscia, bo ja w kazdym stanie odnajduje sily by potyczkowac sie slownie ze wszystkimi o wszystko- ze nalezy sie przebrac w pizamke i isc grzecznie lulu spac na materacyk, wiec obylo sie bez skandali.

BOZE, CZEMU?!( to chyba byla ta opcja w autopilocie, ktora nalezy zablokowac, tak  przynajmniej slyszalam)

O swicie mialam sen, niczym Martin Luther King, a mianowicie snilo mi sie, ze zlaze na dol, a na stole nie ma mojego aparatu, mojego Mareczka, mojego Canonka, na ktory przelewam swe staropanienskie uczucia. To obczajcie sobie, jaka ze mnie wiedzma, skoro na ciezkiej zwalce potoczylam sie na dol, a Marka NIE MA. Momentalnie przetrzezwialam, choc trzesiawka nabrala intensywnosci. Okazalo sie, ze ktos mily i dobry wpakowal mi go do torby, do tej pory nie wiem kto, ale go wstepnie kocham. Okazalo sie rowniez, ze najlepszym lekiem na kaca jest sok wielowarzywny. Oddajmy hold Hortexowi, bo w przeciwnym razie nie weszlabym na poklad samolotu, gdyz bylabym podejrzewana o malarie.

Drugiego dnia odbylo sie partiro urodzinowe P. podczas ktorego odkrylam, ze z zalanym bakiem nadal umiem obslugiwac flesz i mojego Marka w ogolnosci oraz hasac na wysokich obcasach, natomiast nie do konca wiem, jak sie nazywam. Pryncypia i priorytety sie klaniajo! Krotko korzystalam z trybu “fotoreportaz wcielony”, bo stwierdzilam, ze nie moge cale zycie byc na sluzbie, natomiast bawilam sie swietnie, choc nie wyczailam tego subtelnego momentu, kiedy euforia alkoholiczna zamienia sie w smute, totez po wzruszajacej przemowie P. obie padlysmy sobie w objecia i jelysmy zatruwac swe uszy gorzkimi zalami. No coz, najlepsze w nas jest to, ze umiemy nie tylko ze soba pic, ale i rozmawiac, ja to ciagle powtarzam.

W niedziele nie do konca wiedzialam, czy zyje, czy tez nie, wiec jak ktos kiedykolwiek przylapie mnie na tym, ze sprzedaje madrosci w stylu “najwazniejszy jest umiar” jest proszony o pierdolniecie mnie czymkolwiek ciezkim, co sie znajdzie w zasiegu rak.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, ze podswiadomie mialam nadzieje, ze po pijaku wygladam jak Cersei Lannister, czyli z grubsza tak:
cersei
cersei-wine-game-of-thrones

ale luklam w lustro i niestety prostytutka z nocnej zmiany- i to ta z gatunku tanszych-lepiej trzyma fason. A powiadali na miescie, ze czlowiek na poziomie trzyma sie w pionie, mylili sie.

Po drodze do domu, gdysmy siedzialy w tramwaju z P. i wspominaly nasza zacna szkole, co nam sie niewatpliwie przyda przy okazji spisywania Kroniki Melanzy (ktora to Kronika jest plodem moich mysli i wiecznie podazacej za mna idei zatrzymywania czasu), a takze nasza ukochana pania od matmy, ktorej oprocz niej samej zapewne nikt nie lovcial.

-I wlasnie dlatego w poniedzialek, gdym dymala po trasie kantor-poczta-Tmobile- musialam koniecznie spotkac matematyce na ulicy. Dobrze, ze mnie nie poznala, ale to charakterystyczne zimno zdazylo juz splynac mi z lopatek do ledzwi. Jezu, co ja sie nawkurwialam przez ta postac to moje i jak widac jakos nie moge tego zapomniec. Petanie sie po swoim rewirze ma swoje wady, nieliczne, ale jednak.

-Jedna z takich wad jest niestety powierzanie nieodpowiednim (i mocno nieodpowiedzialnym) osobom pewnych spraw, ktore sa wazne, po czym trzeba je prostowac na ostatnia chwile, bo w przeciwnym razie bedzie sie siedzialo o swieczce we wlasnym domu. Pozostaje tylko pytanie, po waca takie postaci zgadzaja sie na zalatwianie takich spraw, jesli z gory wiedza, ze maja na to wyjebane jak stad do galaktyki Kurwix.

-Przez to nie mialam czasu pozeglowac po prawej stronie Wisly, ale jednak pare fotek zrobilam i je tu niebawem zarzuce. Ze jestem pol-wolanka, pol-prazanka, ktora cale zycie spedzila na Mokotowie, to chcialam pokrecic sie po Woli, ale of kors musialam zalatwiac jakies faktury, oplaty i inne chuju-muju.

-Bylam pod Palacem Prezydenckim, zwanym w dalszej czesci tekstu “pod krzyzem”, choc F. wbil mi noz w pompe ssaco-tloczaca, gdy mnie uswiadomil, ze krzyza juz dawno nie ma. To bylo rownie bolesne jak uswiadomienie sobie po trzech latach noszenia aparatu na zebach, ze chuj bombki strzelil, bo znow sie krzywia, a rownoczesnie pouczajace, bo moje zycie sklada sie z takich wlasnie przypadkow.

-Nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo, bo bylam swiadkiem przemowy Jaroslawa Kaczynskiego do narodu i spotkalam Zuczusia, ktory wlasnie sie intensywnie kuruje z powaznej choroby, aby moc juz swobodnie zamoczyc ryjona na moich urodzinach, coz to za slodkie pachole, nawet wtedy, kiedy bredzi, ze prawica rzadzi, a Analtonio Maciarewicz prywatnie jest mily. Narod zas skandowal “To byl za-mach, to byl za-mach” i przerazila mnie latwosc, z jaka teorie Jara wsiaknely w ten tlum, jakby im powiedzial, ze maja sie wysadzic w powietrze, to zaczeliby kombinowac, skad wziac tyle TNT na raz.

-mialam moment podlamki, kiedy moj dwumetrowy wnuk M. na pozegnanie nie powiedzial mi zadnego papa, dozo czy tam inna nerka, ale…”Do jak najszybszego!” Nie wiem, czemu to mnie az tak poruszylo, ale pare przecznic zajelo mi machanie rasiami dookola oczu celem nierozmazania tapety.

-Zuczus wpadl na genialny plan-wszyscy przeniesiemy sie do UK, bedziemy mieszkac na jednym squacie i bedziemy co tydzien latac do Biedronki tanimi liniami lotniczymi, by uzupelniac zapasy. Wstepnie sie wzruszam, gdy o tym mysle, powaznie.

-M. z kolei stwierdzila podczas posiedzenia nad Wiselka, ze wszyscy jestesmy w jednym

wielkim friendzone. To tez jest sluszna mysl, choc ta akurat powoduje, ze wlos mi sie jezy, nie tylko na glowie.

-moja czytelniczka K. sprzedala mi inna mysl- bycie singlem od bycia zwiazkowcem rozni sie tylko tym, ze wiecej sie pije. Od siebie dorzuce do tego aforyzmu chroniczny brak wiertarki w stanie wolnym. Dzieki niejwiem tez, ze niektorym nie tylko chuj w dupe, ale i “pizda w plecy”. Tego mi bylo trzeba do szczescia, a jesli nie do szczescia, to przynajmniej do zjadliwego chichociku.

-Szeregowy W., Wasza propozycja ozenku bylaby interesujaca, gdyby nie warunek akceptacji JAPONECZKI (tak, Japoneczki, a nie Japonki, z kim ja przez te telefony konwersuje :O ) w stadle, bo inny warunek pt. obywatelstwo jakiegos milego kraiku ( Jamajki?) wzglednie akceptuje. Polecenie wyko…a nie, moze jednak nie.

-co do celow praktycznych mojej wizytacji- zlapalam pewnego dzentelmena na staz, czyli wzglednie upieklam dwie pieczenie na jednym ogniu, bo podsunal mi rowniez nieswiadomie pomysl, ktory wykorzystam, by jednego takiego wbic w ziemie. Natomiast trzecia pieczen sfajczylam w stylu widowiskowym, a raczej sama sie spalila za moimi plecami. Upieram sie, ze z brykietu tez mozna wykrzesac ogien, wiec calkiem mozliwe, ze nowa drama na horyzoncie. (jak skoncze z drama studencka)

-natomiast mozecie skladac mi gratulacje i kwiaty (byle nie chryzantemy zlociste), bo odwazylam sie pojsc na gielde foto w Stodole, do czego skladalam sie cztery lata, a motywem przewodnim bylo to, ze polazlam w stanie wczorajszym na gielde komputerowa i stwierdzilam, ze skoro zerwalam sie jak durna z wyra o dziewiatej, to mam blisko do Stodoly. Nie bylam za bardzo zachwycona, a jak uslyszalam za plecami trzy hipsterki w wieku zaawansowanego gimnazjum, ktore usilowaly sie bawic w rzezbienie fotek za pomoca Heliosow, bo tak jest trendi, kul i kriejtiw, to musialam sie predko ewakuowac, bo rece opadly mi i szlajaly sie za mna od Pol Mokotowskich. Do fotoplastikonu dalej mi bylo daleko.

-Nie bylo mi daleko z zakupem ksiazki “Tyrmand warszawski” i trzech lakierow do paznokci. Pamietalam tez o kupieniu pralinek Wedla dla Flafiego (juz gdzies je zamelinowal jako ten Gollum przez Boga do jaskini wtracon), wielkiej Milki 300g (ktora juz pozarl, a ja zajelam dugie miejsce w kolejnosci obzarstwa, szamiac ostatni kawalek swojej dzien pozniej) i slodkosci dla dziadzi D. oraz Joanny Marii K. Przypadkowo kupilam jej tez piguly na rzucanie szlugow, za ktorymi lazilam w Wielka Sobote przez pol miasta i dalam sie obsluzyc farmaceucie z rozowej armii, ktory mnie dopytywal o mydelko i torebeczke, wiec cuda, panie, cuda w tej Warszawie.

-podobno Tecza Zbawicielska ma sie znowu odbudowac i chyba jest w tym ziarno prawdy, bo jak przejezdzalam przez pl. Hipstera tramem, to jakas babcia zaczela siac bulwers, ze zboczency atakuja. Problem w tym, ze jej nawet zboczeniec by nie chcial, wiec powinna czuc sie bezpiecznie, a jednak sie nie czula. Oto co robia z ludzmi media, skoncentrowane na tragediach tego swiata.

-heroicznie zostala zamontowana na moim balkonie siatka przeciwgolebiowa, za co dziekuje bardzo J., zwanemu W. i Andzi Dz., bo inaczej golebie by mnie zjadly zywcem, albo mialabym na sumieniu wiecej golebich istnien niz wszyscy uczestnicy festiwalu w Roskilde.

-Impreza pt.”Stypa po golebiu“, byla wporzo, ale bylaby jeszcze lepsza, gdyby wjechala na nia straz miejska. Rzecz do poprawki nastepnym razem.

-Moj chrzestny mial ubaw, kiedy puscil mi przebojasy Franka Kimono, na co wykulam teorie kulturowa, iz spadkobiercami spuscizny intelektualnej Franka (“Polskiego Ziggy’ego Stardusta”- trabilam wytrwale) sa Bracia Figo Fagot. To bylby temat na zacna magisterke swoja droga. Pozniej odbylismy parogodzinnego czata, bo my zawsze umielismy sie dogadac, a najbardziej wtedy, kiedy S. spoilowal mi Wladce Pierscieni podczas projekcji pierwszej czesci trylogii i wszyscy chcieli nas wywalic z kina na zbite  twarze. Od tamtej pory hejtuje spoile i rozumiem, czemu irytuja wszystkich dookola.

-Wiec nie odmowilam sobie przyjemnosci zaspoilowania sie nowa seria Gry o Tron; niestety nie wiem, kiedy bede miala czas, zeby nadrobic, pewnie pod koniec maja, wiec juz mnie dupa zaswedziala i powiem jedno- jeden z pierwszych odcinkow bedzie wymagal celebracji z dryniem w dloni, bo kopa w kalendarz zaliczy moj najwiekszy nie-ulubieniec.

-A mam czym celebrowac, bo przywiozlam sobie likier czekoladowy Wedla z chili (moim zdaniem lepszy niz malinowa wersja, bo wytrawniejszy i bez posmaku zaprawy do piwa albo inszego syropu na kaszel; z checia poprobuje wisniowej, bo wisnia+czekolada mnie jara) P. twierdzila, ze to na smutne wieczory, kiedy bede ogladac fotki nasze zydowskiej Familii i bede przy nich smutac.

-zeby nie smutac na razie ich nie ogladam i mam w planach zabicie toporem kasztanow rosnacych tuz przed oknem w moim pokoju(stad do Varhali!), bo za bardzo przypominaja mi ulice W. A kysz, zmory jedne! Najwyzej wyjebia sie jakiemus studenciakowi nadjezdzajacemu strupieszala Corsanka na zajecia, bo obok mam collegowy parking.

-przy czym dzisiaj juz mi sie snilo, ze wyszlismy wszyscy ze szkoly, bylo cieplo, wiosennie i slonecznie, usiadlam z B. i K. na lawce w parku i dzielilam sie z K. swoja kanapka, zapakowana tak, jak to zwykle czynil moj Dedi(!) A pozniej to wszystko rozplynelo sie we mgle i sie obudzilam.

-Wielka Sobote spedzilam na celebrowaniu mojego wyjazdu, co skonczylo sie tym, ze poszlismy walic tanie wino (no dobra, nie najtansze, bo 12,99 to duzo jak na mozgojeba, nawet na warszawskie standardy) pod mostem Swietokrzyskim, by przygotowac sie na przyszlosc i ewentualnie zaprawic sie w boju o kwatere pod piatym przeslem. Gdyby ktos sie zastanawial, czemu Vistula zaczela swiecic w nocy, to juz wam odpowiadam- F. byl laskaw do niej dzentelmensko (gdyz odwrocony plecami do pan) nalac. Mialam juz gotow komentarz w tej sprawie, ale chwilowo wstrzymuje sie od glosu.

-W planie na maj mam posta o mojej bylej juz matjurze, cos z pogranicza kultury i rozkminy, a takze opis pewnego eventu, w ktorym racze brac udzial. No i pod koniec maja mija trzy lata, od kiedy tu siedze, chyba naprawde zaczne zaznaczac kreski na scianie.

-Lany Poniedzialek i od razu twardo w rzeczywistosc, bo bylam na chrzcie, robic za support fotograficzny. Tak oto moj plan zycia w trzezwosci znowu runal, ale powstal , bo jak sie bawic, to sie bawic, ale jak popierdalac, to niestety juz jak maly samochodzik.

*pedzim z suplami, bo kiedys lecialo sie z koksem, czyli blisko.

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: