Jesli nie podszedles wystarczajaco blisko to znaczy, ze jeszcze zyjesz

17 Nov

Historia, ktora kryje sie za kupnem tej ksiazki wydaje mi sie zabawna, a siega Walentynek 2012 roku. Jak na szczesliwego singla przystalo, sama sobie kupuje prezenty walentynkowe, wiec i tym razem poszukiwalam jakiegos artefaktu. Ciuchy? Eee, nie. Perfumy? Dziekuje, kupie w UK. Kosmetyki? Nein. Ksiazka? Prosze bardzo.

Szlajajac sie wzdluz Nowego Swiatu wpadlam do Matrasu i tradycyjnie przepadlam wsrod ksiazek. Zlapalam za „Podrecznik projektowania graficznego” (w chujze romantyczna lektura), po czym odlozylam go na chwile na polke, by polukac za czyms wiecej. I to byl moj blad, gdyz mimo mojej ostroznosci zobaczylam, jak na zwolnionym tempie ksiazka zwala sie na druga, ta na inna, by potem w tym szalenczym domino kolejna spadla na album z obrazami Rembrandta, ciagnac za soba reszte. Co tu duzo gadac-Rembrandt po tym dzezie mial na sobie dwie wampirze dziury i raczej nie nadawal sie do sprzedazy. Zaczerpnelam dechu, bo byl to Rembrandt wielkosci zacnej i cegla ta kosztowala 1,5 tauzena (nie zmuszajcie mnie do skomentowania tego, prosze). Za chwile zjawil sie pracownik tej ksiegarni, ktory na moje oko byl w moim wieku. Zaoferowalam sie, ze pomoge mu ogarnac ten bajzel i po wielokroc przeprosilam, na co stwierdzil, ze nie trzeba. OK; przy okazji w ramach niejakiej rekompensaty wzielam w koncu romantyczny i zmyslowy „Podrecznik…”.

A wtedy do akcji wkroczyl szef instytucji krzewiacej kulture pisana, z wygladu i zachowania niestety warzywo pastewno-korzenne, czyli burak. Zaczal wymachiwac mi lapami przed oczami, drzec ryja i ogolnie spowodowal, ze sie zjezylam, stojac juz przy kasie i placac za swoj nowy nabytek. Przy czym jego lojalny pracownisio przybiegl do niego i oznajmil mu, ze „ta pani nie byla nawet laskawa przeprosic!”. Tu juz kurwica mnie ogarnela, a ze w ksiegarniach nie mam zwyczaju wkrecac sie w napierdalanki- no chyba ze to Empik albo inny fast-food czytelniczy- to wbilam caly moj wkurwiczny wzrok w obydwu chujoglowych, po czym syknelam:

-Panie, idz pan sobie ukladac te ksiazki tak, zeby przynajmniej nikt sie o nie nie zabil nastepnym razem. I ladnie sie tu obchodzi z klientami, do widzenia- a te dwa ostatnie slowa podkreslilam partykula w postaci porzadnego pierdolniecia drwiami.

Od tamtej pory konsekwentnie omijalam ta ksiegarnie, az do wrzesnia 2013, kiedy robilismy z P.sesje zdjeciowa pt. „Jeste hipstere”, ktora nie mogla sie obyc bez wizyty w Starbuniu, a jej wspolczynnik hipsterskosci podkrecila lokalizacja. P. Uparla sie, zebysmy wpadly do Matrasa, ja natomiast dalej rznelam focha, ale jakos dalam sie wciagnac. Teraz musze pamietac, zeby za to pocalowac P. W czolko przy najblizszej okazji.

No coz, w rozmieszczeniu ksiazek dalej nic sie nie zmienilo, wiec wciagnelam powietrze i wywalajac oczy jak karp koi mialam nadzieje, ze nie dokonam nastepnego epickiego rozpierdolu. Az tu mym oczom ukazal sie wieeelki kosz z ksiazkami na wyprzy. I na samiusienkim szczycie, 15 cm od mojej rasi ksiazka, ktora stala jak byk trzy lata z rzedu na mojej muszmieciowej liscie. Wzdychalam, myslalam, kombinowalam, ale te 9,90 PLN i pozycja, w jakiej knizka sobie zlegiwala, wskazywaly na jedno- ta wystepna pani bardzo chciala isc ze mna do domu. Zabralam ja, a do towarzystwa dorzucilam jej hologramowa zakladke z pawiem, bylam tez obsluzona przez bardzo mila pania, wiec wspolczuje jej, jesli tamten buraczan nadal jest kierownikiem przybytku.

Ksiazka zwie sie „Czekajac na Roberta Cape” i jest fabularyzowana jakby-biografia najslynniejszej pary w biznesie fotograficznym, czyli Andre Friedmanna i Gerdy Pohorylle, znanych szerzej jako Robert Capa i Gerda Taro. Ktoregos pieknego dnia przeczytalam o nich artykul w bodajze „Przekroju”, bo tam byla kolumna na ostatniej stronie prezentujaca wybrana foto-ikone. Najbardziej zastanowilo mi to, ze owym tekscie bylo napisane, ze calymi dniami nie wychodzili z lozka, moze nie tyle z pobudek erotycznych, co raczej ekonomicznych.

Historyja ogolnie ksztaltuje sie w ten sposob- jest ona, polska Zydowka, ktora uciekla przez Niemcy do Francji i tam chce zaczac nowe zycie, przy czym nadal wzdycha do obrazu, a raczej do fotki swojego narzeczonego. Wlasciwie wiadomo, ze sprawa pojdzie sie ganiac, bo oto na scene wkracza juz znany, chociaz artystycznie golodupczy Friedmann. Tez Zyd, ale dla odmiany wegierski- dodam do tego, ze firme Kodak zalozyl niejaki Eastmann, dlatego w pelni sie zgadzam z tym, ze Zydzi rzadza swiatem i tak ma kurwa byc i juz. Za Talmudem panny sznurem.

Ich drogi krzyzuja sie przypadkiem, bo jak to w Paryzu bywalo, w cieniu rewolucji ustrojowych wszelkie nedze artystyczne spedzaly wspolnie czas po knajpach, wiec przez przyslowiowych wspolnych znajomych poznaja sie. Pozniej rzecz sie rozwija; ona wymysla mu nowa tozsamosc i na potrzeby wszelakich redakcji wymyslaja Roberta Cape, fotoreportera, ktory strzela z migawki na wojnach, a przy tym prowadzi zycie na full. Friedmann powoli staje sie Capa, a u jego boku wyrasta nie tyle konkurencja, co dopelniajaca go w jego nowym alter ego polowka. Zycie sie kreci, mylosc kwitnie, ale co ciekawsze caly czas mialam wrazenie, ze czytam o dwoch osobach, ktore sa w swoich swiatach, po to, zeby sie zetknac na chwile-krotsza lub dluzsza-i wrocic do nich z powrotem. Trudno powiedziec, czy dochodzilo tu do jakiejs rywalizacji zawodowej, bo byly to dwa rozne podejscia do fotografii, ale tez gdzies w polowie sie zazebiajace.

Oczarowalo mnie to, ze akcja jest prawdziwa, doslownie i w przenosni, ksiazka dobrze oddaje zycie poswiecone temu nieuchwytnemu czemus, za czym sie gania, niewazne za jaka cene, by potem okazalo sie, ze po zdobyciu nieuchwytnego jest sie postawionym pod sciana, bo przed toba nie ma juz nic. W przypadku Capy mialo to byc zdjecie „Padajacy zolnierz”- obojetne, czy pozowane, czy nie( choc teorii na ten temat wiele, no ale z drugiej strony Analtonio Maciarewicz tez ma mnostwo teorii), napedzilo mu kariere, a przy tym dobrze wiedzial, ze nic chocby odrobine podobnego juz mu sie nie trafi, wiec moze ten pierwotny entuzjazm ustapil miejsca sposobowi na zycie, bo juz innego sobie nie wyobrazal. Zycie w biegu, w emocjach, w adrenalinie, bez zbednego przywiazywania sie do czegokolwiek. Ktos moze powiedziec- do dupy z takim zyciem, jesli za chwile mozesz umrzec, pojebawszy? A wlasniez nie- bo niby kiedy indziej jest sie blizej zycia niz w sytuacji jego zagrozenia?

Przyzwyczajonych do potoczystego (czyt. nudnego do wyrzygu) stajla Sienkiewicza musze przestrzec, gdyz Fortes napisala ksiazke jezykiem krotkim, szybkim niczym migawka w Canonie 1Ds mark IV, tak jakby chciala przekazac za posrednictwem slow nie tylko to co j e s t na zdjeciu, ale j a k i e ono jest, jakby ogladala caly plik zdjec z ludzmi i sytuacjami, o ktorych pisze-od ugotowania papugi Gerdy w ramach antysemickich protestow sasiadow po moment rozstania sie Capy i Taro, oraz cale tlo polityczno-historyczne tamtego okresu. (po czjem do sie zawrocili, czyli cierpieli na niezdecydowanie.) Ostrzegam tez wrazliwych dziewicow praworzadnych, ze w ksiazce sa tzw.momenty- chyba nawet kurwa lepsze niz w 50 Ryjach Greya. W razie co miejcie pod raczka Pisma Zebrane Red.Terlikowskiego i Szymona Holowni.

Ktos, kogo fotografia interesuje bardziej jako obrazek do zalajkowania niz sposob na zycie moze byc z lekka poruszony i uwazac, ze to grafomania, tak gloryfikowac nakurwianie fotek na automacie. Kiedys tez tak myslalam, az do 2005 roku i teraz jestem w opozycji, ale nie zna zycia ten, ktoremu pewnego pieknego dnia nie otworzyly sie oczy i nie zobaczyl 10 razy wiecej rzeczy dookola niz zwykle. Jak sie tego nijak nie czuje, to sie potem pierdoli, ze to jest niepowazne, niepotrzebne i ogolnie rzecz biorac dziwaczne.

Capie udalo sie przezyc piec wojen, w tym wojne domowa w Hiszpanii, ktorej niestety nie przezyla Gerda. W zwiazku z tym zakonczenie jest bardzo poruszajace, moze nie bede do konca go zdradzac, ale powiem, ze Bob Capa przezyl ja o 17 lat i tulal sie po swiecie chyba jeszcze intensywniej niz wczesniej, jeszcze bardziej nie majac juz niz do stracenia.

Nawiasem mowiac to Taro zmarla w wieku 27 lat, a my tu sie uzalamy nad jakims Klubem 27, zlozonym z przecpanych na smierc muzykow ery progresu, grundge i ostatnio nawet para-jazzu. Za to nie wspomina sie za czesto Gerdy Portohylle, ktora zmarla na „sluzbie”, swiecie przekonana o slusznosci swojej misji, ktora niejako nadal kontynuuja kolejni fotoreporterzy. HELOL, o co tu kaman?!

Ciekawi mnie swoja droga, co by taki Capa powiedzial na Instagram, wyzysk fotografow przez redakcje- a raczej zastepowanie ich pajacami, ktorzy robia zdjecia za darmo-ktoremu sprzeciwil sie, zakladajac agencje Magnum; co bys zrobil, drogi Jewreju, gdybys teraz mial  przeciwko temu zaprotestowac?

Teraz z kolei bede poszukiwac dlugo i namietnie „Capa. Szampan i krew”, „The decisive moment” i „Slightly out of focus”, bo cos mi sie widzi, ze moj jebiec na punkcie decydujacego momentu wlasnie sie poglebil. (tak, ja nadal pamietam, ze za ta teoria stoi kolezka Capy, Henri Cartier-Bresson. Tez byscie to pamietali, jakbyscie komus w dwa tygodnie napisali o tym prace magisterska) A przy tym na dniu otwartym naszego uniwerku pragnelam zabic krzeslem jasnie szefunia wydzialu Global Media Practice, ktory uwazal, ze krecenie poltoragodzinnych filmow jest „przestarzale”, bo przypomnial mi tym samym moje bitwy w liceum z nauczycielami od pozal sie Boze plastyki, ktorych nijak nie szlo przekonac, ze fotografia to sztuka.

Mam nadzieje, ze przyblizenie TAKICH zyciorysow rozjasni nieco przynajmniej paru pustoglowiom ich pernametna pomrocznosc mozgowa. Jesli nie, to sorry, ale bilet na Kamczatke jest oplacony tylko w jedna strone.

P.S

Pare godzin po przeczytaniu tej ksiazki w Warszawie zaczal sie strajk generalny roznych profesji I protest zwiazkow zawodowych z calej Polski. Kiedy sie o tym dowiedzialam, bylam na Sluzewiu, do domu pobieglam w pol godziny.

Tylko po to, zeby zmienic buty na wygodniejsze I wziac aparat.

EDIT: Dnia 22 pazdziernika,  Robert Capa obchodzilby setne urodziny, do ktorych niemal udalo sie dociagnac jego kolezce Bressonowi. Osobiscie nie wyobrazam sobie, zeby dozyl takiego sedziwego wieku, bujal sie w fotelu i opowiadal nastepnym pokoleniom fotografow o swojej pracy, nie z tym typem osobowosci, ktorego wymagala fotoreporterka wojenna. Z tej okazji ma byc nawet jakas wystawa objazdowa fotek Capy w kolorze, mam nadzieje, ze dotrze do Londynu; wtedy zapierdalam w podskokach podziwiac opus magnum. Ja jednak nie o tym.

Ja mam po prostu nadzieje, ze gdziekolwiek by sie nie znalazl, to jego Gerda na niego czekala i najpierw dala mu w ryja za romanse z Ingrid Bergman, a potem poszli szukac dobrych kadrow.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: