Piatku nie ma, ale jestesmy blisko

22 Mar

Przez ostatnie poltora roku namietnie ogladam produkcje z platformy ToSieWytnie, glownie “Piatek:The Series”. Fabula polega na tym, ze glowny bohater Dakann musi sie cale zycie pierdolic z debilami. Znaczy sie debilami ze swojej pracy-Kierownikiem, biczujacym sie parowkami (choc rozkminy w stylu “Czemu kupilem karbowane frytki? Przeciez zawsze biore proste” sa mi calkiem bliskie) bracmi Kwas, z ktorych jeden jest patologicznym idiota (Stanek), a drugi jest fanem Dakanna i ni to wlazi mu w dupe, ni to probuje dorownac swojemu ajdolowi, ale idzie mu to topornie. Sa tez postaci dodatkowe, np. Cyber Marian czy wyjebany juz z redakcji Wujek Bielu, ktorego dewiza weekendowa brzmiala “dobra wodka, dobre zielsko, seks, seks, melanz, wodka, zielsko, seks, seks” Pomysl prosty, z grubsza przypominajacy “Dilberta”, ale ja osobiscie wielbie Dakanna.

W swietle powyzszego video moj piatek pewnie wygladalby tak( jako ze bylby mixem ostatnich paru dni):

Budzik. 7.30. Nie spie od 5.55. O ile spanie to lezenie z zamknietymi oczami i myslenie “Ciekawe kiedy jasnie Lord Flafi wytoczy dupsko i bedzie szczal mi nad uszami, kurwa” (nagroda specjalna dla mlota, ktory umiescil WC obok malego pokoju) No trudno, chuj, wyspie sie…Musze umiescic taka pozycje w moim organizerze, kiedy to ja sie wyspie. Ktorego notabene nie mam, bo u mnie wszystko przebiega w trybie radosnego “pozaru w burdelu”. No dobra, szlafroczek i AjPod. Ups, jebnelam sie w paluszek u giry. Przygodo, nadciagam. Muzyczka z Indiany Jonesa.

Prysznic. Niech mi ktos powie, czemu mam sterczec trzy minuty, zanim woda sie nagrzeje? Landlady, czyli zydowska dusigrosica, od ktorej wynajmujemy chalupe, odgraza sie, ze nowy piecyk bedzie w sierpniu- a to mi sie szarpnie na prezent urodzinowy. Chyba po pieciu wizytach tutejszych “specjalistow”- z ktorych co jeden zostawial bojler w jeszcze gorszym stanie niz przed wizytacja-w koncu sie ulitowala. No to myju-myju i zebrac mysli w jeden fragment, bo na razie to klocki Duplo rozwloczone przez stado starszakow z ADHD. Kiedys musze o tym zrobic grafike, animacje czy chuj wie co. Dobra, koniec prysznica. Balsamujemy zwloki, ubranko i przystepujemy do sniadanka. Czemu mowie o sobie w liczbie mnogiej? Moze M.M to osobny byt? A nie, to pewnie dlatego, ze na psychotescie z fejsa wyszla mi osobowosc Stalina. Wyklety powstan ludu!

Sniadanko. Co my tam mamy w lodoweczce…Pechcimy, szukamy, szukamy. Wiater wieje, wiatr liche drzewa lamie, heeej…Jak zwykle nie to, co by sie z checia obszamalo. Wyciagam wiec makaron z serem w proszku/robie kanapeczki z zoltym serem albo moim ukochanym serkiem Kiri z polskiego sklepu/jogurt,owoce, owsiane ciacha. Robie kawke, bo dalej poruszam sie z dynamika opoznionego w rozwoju zombie. Niczym na reklamie heroiny po wciagnieciu niucha kawowego aromatu galy robia mi sie jak piec zeta. Usiluje wlaczac telewizornie na jakies newsy, a tam reklamy podpasek ze strefami bezpieczenstwa (az boje sie pomyslec, jak moze wygldac strefa zgniotu w podpasce) zdekapitowane kurczaki, ktore nadal podskakuja i probuja latac no i Donald Tusk. Uff, jak to dobrze, ze Komitet ds. Zwalczania Laicyzacji w Polsce dziala tylko w Sejmie ( i dlaczego ICH nie chcesz sadzac za murem, Lechu Waleso?), bo inaczej kazda emisja telewizyjna zaczynalaby sie od nabozenstwa w wykonie Terlikowskiego z Frondy i dzingli z “Apelem Jasnogorskim”. Zalaczam muzole na IPodzie. Obudz sie i z nami chooodz, skonczyla sie juz nooooc…no wlasnie kurwa wiem, nie trzeba mi przypominac. O, slonce. Nie, deszcz.

Czasem slonce, czasem deszcz-powiedzial Shan Rukh Khan i kopnal drzwi z polobrotu.

Jakies pol godziny pozniej czaje, ze jak zwykle zostalo mi piec minut do wyjscia. Zabki pucu-pucu, ubranko poprzednio jebniete na krzeslo, perfumy, buciki, klucze…KLUCZE…GDZIE SA KLUCZE? Aha, po zmacaniu sie po dupie juz wiem- w kieszeni. Mam drzwi na zatrzask, wiec bez kluczy poracha.

Buda. Visual Arts, czyli jak po espresso wprowadzic mnie w stan letargu- wylaczyc swiatla, nakotlowac w kaloryferach i opowiadac przez 40 minut o teorii Johna Campbella o mitologii czy tez procesach kulturotworczych wg Waltera Onga. Owszem, jest to interesujace, ale nie w momencie, kiedy wysluchuje tego w formie monologu. Welcome to fuckin’hell, burning lives burning…Uff, przerwa na szlugensa. Slonko, swieze powietrze i przyjemny chlodek, ktory zaraz stanie sie nadmorskim wypizdowem. A chwalilam sie juz, ze nauczylam mojego szkockiego kolezke E. trzech nowych slow? ” Labadz”, “ges” i-tu chwala mojemu talentowi pedagogicznemu- “gesiatko”!

Kreconko filmu. Mamy ambitne zadanie nakrecenia filmu dokumentalnego. Postanowilismy krecic o tutejszych skejtowcach, bo Benny ma u nich wtyke, gdyz propaguje calym soba styl zycia Laski z “Chlopaki nie placza”.

Benny ma luz, bo biega z kamera wsrod swoich ziomow, ja chce z tego zrobic druga “Smierc czlowieka pracy”, a E. uwaza, ze jako jednostka mlodsza nadaje sie do ciagania za nim statywow i swiatel. Rownouprawnienie, kurwa jego mac. Gdzie trzech artystow sie spotka, tam najpewniej dojdzie do tego, ze Benny skreci szlugena po amsterdamsku i pusci go w obieg- niestety, nie skusilam sie, bo obawialam sie, ze zalicze kola w gorze i bede sie kretynsko smiac, zaglusze wypowiedzi bohaterow dramy, a E. da w leb puchatym mikrofonem.

Potem kombinowalismy, jak udawac, ze nie podpielismy kamery GoPro do skejtowej deski, bo gosciu z wypozyczalni sprzetu prawdopodobnie przywiazlby nas do Beemicy Trevora od interaktywow i zawiozl do ciemnego lasu, raczej nie na zbior grzybow. GoPro zostalo przyczepione 10 warstwami tasmy klejacej do deski, a ze ma rozmiar paczki zapalek, to szybko poszlo. Benny caly czas modlil sie do Boba Marleya, zeby mu kamera nie odpadla i pykal z ostrozna. Koledzy go dopingowali, a E. podtrzymywal zar w jego blancie. Finalnie udalo sie zrobic plan dnia. Pozniej E. zaczal sie odgrazac, ze jedziemy w poniedzialek do Dorchester, by filmowac kolesia, ktory produkuje skejtowe deski. O radosci, iskro bogow! Marze w chuj o jezdzie pociagiem z calym sprzetem wypozyczonym z collegu do miejsca, gdzie psy nawet nie szczekaja dupami, bo czasoprzestrzen tam sie zagina.

Niektorzy twierdza, ze jest tam przystanek autobusowy, poczta i dwa monopole i nic poza tym, a ma to swiadczyc o wysokim stopniu zagospodarowania przestrzeni urbanistycznej. A ja mowie jedno- to jest wiocha i bedzie to cud, jesli sie nie pogubimy w tych deszczach, wichurach i sztormach w tym no man’s land. Pewnie zatrzyma tam nas kontrola przygraniczna- na granicy miedzy czarna dziura a planeta Ziemia-i widze te naglowki w periodyku ” Wiesci ze Zdupixa” ->” Ludz stanal na granicy swiatow”.

Przynajmniej jest szansa, ze jak sie zgubie, to wyladuje w Londynie. WyLonduje, o. WyLondynuje?

Dom. Blozesz ty moj, na dzien dobry atakuje mnie papa Flafiego. Mnie i moje obolale spaniem na niewygodnym wyrze plecki, oh niechzesz go…

Finalnie szama, jeb na wyrko i nie wiem jak to sie dzieje, ale budze sie o 21.42. Mega pasjonujace. Zycie na krawedzi niemal.

P.S. Zabijcie mnie- przeczytalam druga czesc seksualnych rozterek Greja.

Ale mam tez na bebnie inne pozycje (!) i bede was nimi meczyc podczas przerwy wielkanocnej, zeby wam zajaczek i pociag do Tczewa uciekly.

Advertisements

7 Responses to “Piatku nie ma, ale jestesmy blisko”

  1. carmay March 22, 2013 at 1:04 am #

    Heheheh o moich ostanich wyczynach pisalam:
    pobudka 8 rano – jeszcze nie
    pobudka 9 rano – jeszcze nie
    pobudka 10 rano – jeszcze nie
    pobudka 11 rano – podejmujemy walke ze wstaniem
    pobudka 12 w poludnie – walka trwa
    12:30 wstaje… 😀
    Wycieczka do kolesia od desek ? ostanio widzialam jakis progz o tym w tiwi…. 😛 pasjonujace naprawde…. az sie zygac chce.. no chyba ze koles robi te wszystkie mordy na te dechy to spoko, “dechowy grafik” moze okazac sie calkiem niezlym kolesiem.. w kazdym razie… proszę pamiętac, że kiedyś zaproponowałam kręcenie filmu o patologii.. mam juz nawet tytul – coprawda to miałbyc tytul na moja ksiazke, ktora chcialam napisac ale moge w sumie nazwac tak tez film… a tymczasem wielkie jou i pozdrowienia, o 6 rano dzierżę łopatę pod garażem….. adjos muciacios !

  2. monicam March 23, 2013 at 11:27 pm #

    Patologia to brak zainteresowania czymkolwiek, a te chlopaki przynajmniej maja pasje.To mi sie u nich podoba, akurat jako pasjonat dziwactw uwazam, ze to lepsze niz opijanie tanich win pod blokiem. A ze jaraja blanty? No ja zesz jebie, jak sie dobrze zastanowic, to czekolada tez jest poteznie uzalezniajaca, a nadwaga, cukrzyca i inne takie syfy tez nie sa taka sobie blahostka.
    Obawiam sie, ze wlasnie to bedzie konstruktor, ktory tworzy deske od A do Z, mam nadzieje, ze tez maluje, bo inaczej usne ze swiatlami w rekach z nudow 😀 Ostatnio widzialam deske z namalowanym na niej Benedyktem XVI. Mial atrybuty zarowno papieskie, jak i diabelskie. Podobalo mi sie toto, prawie jak sredniowieczny drzeworyt 😀
    A co do tych pobudek- to niemal jak na kacu, chcesz nam cos przekazac? 😛 I ta lopata pod garazem, czyzby to byla sprawka posredniaka?

    • carmay March 24, 2013 at 7:47 pm #

      Ale ja nie powiedziałam, że te Twoje chłopaki to patologia, tylko miałysmy krecic film o “mojej” patologi 🙂 Łopata pod garażem oznacza, że śneigu napadało i musze sobie odśnieżyć wyjazd, a pośredniak już niedługo 😉

      • monicam March 24, 2013 at 9:24 pm #

        No to czekaj, bo to nie jest takie hop-siup, musimy napisac scenariusz, znalezc producenta, sponsora, zorganizowac casting i to nie sa tanie rzeczy panie Marianie 😀
        Nawet kurwa nie mamy tytulu!

  3. Joanna Kalinowska March 24, 2013 at 11:08 am #

    ej no to ja mam bogatsze życie wewnętrzne po obudzeniu. Śpię jakieś 2 godz bo małpa mimo iż zachowuje sie bardzo po cichu (melduję, że to ja szczam w nocy, a nie on) jednakowoż gdyby nawet fruwał nad podłogą, to obudziłby mnie szum jego skrzydeł, więc nie w tym rzecz. Otwarte oczki, od razu komputer, co tam na fejsie, mejle i dyskusje z debilami, bo jakże by bez tego. Potem jakaś mała szamka, przeważnie jogurcik i owocki, ablucje, czesanko (conajmniej 10 min) i wypad w trybie “now” do autobusu. srodek wypizdu, wiatr i deszcz, ach kurwa czemu Flafi pracuje od rana i mnie nie odwiózł do arbajtu…………….Słuchawki z muzą w uszach, dwa fajki wypalone podczas dygusiania od przystanku do bram raju zwanego Kerry Foods………..Ich przekroczenie oznacza spotkanie z indywiduami, na których w poprzednim życiu nawet bym nie spojrzała………….a teraz muszę słuchać ich poleceń. No bez przesady, 10% załogi to fajne dziewczyny i chłopaki i to naprawdę. Reszta to chciwe zawistne tłuki z polskich małych miasteczek, co za funta sprzedadzą duszę oraz Rumuni z ich cygańskim charakterem………….W Polsce ich ziomy grają w tramwajach na akordeonie i żebrają pod kościołami, a panienki ciągną druta na autostradach za 10 funtów………..a tut rżńą wielkich kurwa bossów i menagerów, wiele obrażeni jak komuś (mnie) to się nie podoba.
    8 godzin ciągnie się jak sto lat, ból mięśni i ścięgien nie do wytrzymania, czasem słyszę, jak trzeszczą. Jedyna pozytywna rzecz – luzackie i eyciszające gesty pracujących ze mną młodych Rosjan, którzy pokazują mi, abym się nie przejmowała…………..weź sie tu kurwa nie przejmuj, kiedy widzisz, to co widzisz.
    Godzina 22.00, koniec tego burdelu, Flafi czeka pod bramą w samochodzie, za 5 min jestem w domu. No i chuj, pomimo iż jestem zmęczona, nie mogę spać do 3-ciej………….i wszystko abarot od nowa.

  4. carmay March 24, 2013 at 11:17 pm #

    Mam tytuł !!!!!!!!!! miał iść na moją książkę ale może być na film !!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: