Pani Pieczarka i pan Miodek proszeni do gara

20 Dec

Czasem lubie szybko. Teraz, zaraz, natychmiast i nie ma, ze sie nie da.

Czasami wole powoli. Podobno najlepsze rzeczy wymagaja czasu.

Najczesciej na ostro, bo lagodnie mnie nie rusza. Na haslo “lagodnie” trace zapal do dzialania, niestety.

By zgrzeszyc kompletnie, lubie pomieszac pikanterie ze slodycza- ostatnio miod (niegdys tylko gryczany!), bita smietana i owoce w czekoladzie (wisnie!).

By udowodnic wam, moi mili, ze powinniscie  razem z rodzina M. leczyc sie na glowy, napisze stesknionym wyznan rodem z “Pamietnika nimfomanki” (kurwa, nawet bycie nimfomanka mi nie wyszlo…), ze chodzi o gotowanie. Pierdolenie- ale w garach.

Obszamac sobie cos dobrego lubilam zawsze, lubie i pewnie bede lubic. Problem w tym, ze jak uderzam w gosci, to sie okazuje, ze dla niektorych brak przypraw rowniez oznacza “dobre”. Produkcja ogorkowej, ktora powinna sie nazywac “smietanowa Shreka” tez. (sorki, ale pani M. nie wie co to jest smietana i bardzo ja to raduje…No chyba ze bita od Grycana, co bym sie  mogla upodobnic do jego wnus)  Tu mnie lapie absmak, bo wizja kiszonego ogorasa przeslania mi swiat, podobnie jak i cytryny, wisni czy zywej, niesuszonej zurawiny. Podobno celem rozbrojenia ruchu oporu wobec zupek ze sloiczka, dolewano mi do nich sok cytrynowy.

A jakies sto lat pozniej okazuje sie, ze nie umiem wszamac pomidorowki bez cytryny; historii sa znane przypadki, ze po przetrzepaniu wszystkich katow w odwiedzinach, lecialam do sklepu po cytrynke. Chyba nie mozna wkurwic Turka bardziej, niz rzucic mu wielkopansko jedna cytrynke na lade i wrzasnac “Faciu, szybciej, to na obiad!!” Od tamtej pory wszyscy, ktorym skladam wizytacje i zamierzaja mnie tuczyc pomidorowka, wiedza jedno- dla warszawskiej burzuazji z cytrusem raz! No i z ryzem; makaron i pomidorowka to nieporozumienie.

I pomyslec, ze kiedys nasmiewalam sie z niejakiego Cyca ( znanego jako Ida- posiadaczka dwoch walorow, ktore obrazuje jej pseudonim, oraz przelyku, ktory bylby w stanie zrobic nie jeden, nie dwa i nie siedem polykow, co na niejednym melanzu bylo zdumiewajace. Obecnie studentka archeologii, czyli kierunku, do ktorego drzewiej mnie bardzo ciagnelo), ze jest kwoka domowa i produkuje obiadki dla calej rodziny (i ktore byly mniamniusie, co moge potwierdzic, gdym wbijala sie z interesem szkolno-towarzyskim, a wracalam upasiona). Do czasu.

Gospodarzenie sie samemu ma ten urok, ze oprocz takich smiesznosci jak walka z administracja i proby udawania zachowania porzadku.( zazwyczaj nieudane) Trzeba tez kombinowac z zywieniem, zwlaszcza jak sie artystycznie wypierdala hajs za okno na ksiazki. Tu z pomoca przyszedl mi wynalazek zywienia zbiorowego, czyli kantyna Laser, w sensie szkolna. Zafunflowalam sie z kucharzami, ktorymi byly mile chlopaki, chociaz takiej roznorodnosci zastosowan slowa “kurwa” jakie slyszalam w ich wykonaniu  moglby im pozazdroscic profesor Miodek* . Zywienie zbiorowe jak wiadomo waznym punktem w zyciu homo sapiensow jako zwierzat stadnych jest. Zycie toczylo sie w kantynie do momentu, w ktorym nas z niej nie wyjebywano na zbite twarze. Raz watek polegal na tym, ze smialismy sie ze dwadziescia minut do rozpeku, tylko nie do konca wiem z czego. I wtedy tez nie wiedzialam- chyba w pewnym momencie z faktu smiania sie.

W weekendy pojadalam sobie trawe, albo szukalam Wieska na kajak, ktoremu moge wejsc na glowe i uzyskac zlota karte VIPowska do Wieskowej lodowki. Albo lazlam do mojego ulubionego burdello na sajgonky(no nieeeeee, teraz bede glodna na samo wspomnienie, fakjeeeeeeeee) Najczesciej jednak przychodzila do mnie E., spedzalysmy razem nocke i poganialymy w zime dostawcow chinszczyzny, zeby raczyli z Woloskiej na ulice K. zapierdalac nieco krocej niz trzy godziny- listopad, pierwszy snieg, ja ze swiezo ufarbowanym lbem otwieralam okno na osciez (wiecie, co mi sie marzy? Warszawsko-nocne zimowe powietrze i…rozjebane na pelen osciez okno w moim pokoiku ❤ ) Gdy ujrzalam zablakanego Romeo z moim papu, ryknelam “JA TU CZEKAM I MOJ ZOLAD TEZ!”.

A ten-jak to mezczyzna wystepny- pyci przed siebie, niewzruszony, na co mi raczki nieco opadly, bo w trzy godziny to moglabym sobie to zarcie z garnizonu Vietkongu zorganizowac. Ale im dluzej sie przygladalam sposobowi jego jazdy, tym mocniej uderzala mnie mysl, ze gostek bardziej i d z i e w tym skuterku niz jedzie. Jego oponki prawdopodobnie byly inspirowane slickami z F1. Powiedzialam wiec E., ze ma sie nie wyglupiac z marudzeniem i dac panu grzecznie napiwek, bo z narazeniem zycia wiozl nam artefakty zywieniowe, zebysmy sie mogly napchac i miec wiecej energii na ewentualna sisze.

A potem nastala w mym zyciu kulinarna swiatlosc. Co ja bym zrobila w zyciu, gdyby nie motorsport i poznani przy tej okazji ludzie? Coz, miedzy innymi nie wiedzialabym, jak odpalic moja kuchenke gazowa. (ktora uwazam za o wiele lepszy wynalazek dziejowy niz wariant elektryczny, bo w gazowej przynajmniej widze, co to jest maly ogien, a co to duzy, bo skala przy pokretle nic mi niestety nie mowi)

Ktoregos dnia napisalam calkiem ponetnie na fejsie, ze osiagam szczyt upadku, bo sypiam z otwieraczem do butelek ( i kapslem, zablakanym gdzies w odmetach kocyka), “Pninem” (dobry, choc z krotkich strzalow Nabokova najbardziej podobalo mi sie “Sekretne zycie Sebastiana Knighta”), Wysokimi Obcasami (wojujacy feminizm w wydaniu zydokomunistycznym, hehe), notesem (o, i bardzo dobrze, ze to pisze, bo to mi przypomina, ze czas wyjac fioletowego Paperblanksa) i laptopem. Na to odezwal sie moj przyjaciel Marcinek T. stwierdzajac, ze skoro juz tak bardzo upadlam moralnie, to przyjedzie i razem sobie poupadamy. Akurat bylo mi wtedy obojetne, czy upadne ja, czy moze sufit, wiec nie przeszkadzalo mi, ze przyjechal we wtorek z winkiem (choc mialam zasade, ktora dotyczyla prohibicji w dni robocze). Przy okazji wysypalam mu sie, ze totalnie nie wyznaje sie na obsludze kuchenki gazowej, a z drugiej strony mysl o cotygodniowym zakupie mrozonki w stylu “kalafior, brokul, ready to wpierdalanie” powoduje u mnie mysli samobojcze.

Przy nastepnej wizycie Marcinek obdarowal mnie specjalna zapalniczka do kuchenki, z wydluzonym dziobkiem, gdyz slusznie sie obawial, iz posilkujac sie tradycyjna wersja z gola panienka, moge zrobic jebudu na cala dzielnice. Przy okazji zrobil przezajebiste placky ziemniaczane i dal mi “Nim nadejdzie lato” Remarque’a (a ja musze kiedys napisac o Marcinku jakies 500 slow wiecej, bo to jedna z najcudniejszych postaci, ktore bylo mi dane spotkac)

Problem wydawal sie byc rozwiazany. I dopiero wtedy zaczela sie zabawa w czytanie blogow kulinarnych i gotowanie makaronu o trzeciej nad ranem, fan z kuchcikowania i zapraszania wiary na wielkie wpierdalanie. Z tym ze problem z wiara byl taki, , ze ja sie zywie korzeniami, liscmi i innymi podobnymi dziwactwami, a dodajac do tego ciezka reke do przypraw wychodzi na to, ze jest to wszystko dla normalnego czlowieka niejadalne. Chyba, ze lubisz harisse, to wtedy zapraszam.

A tera je was zastrzele i zrobie konkurencje dla WhitePlate, a coo. Majne danie popisowe i piec minut roboty. No dobra, dwadziescia piec. Nosi nazwe “Debiut Kulinarny Przy Rozjebanym DVD Ze Studniowki”.( na odczepnego mozna jednak stosowac nazwe “gulasz”)

Potrzebne beda:

Cycu i jej owczesny luby, znany jako najlepszy polewacz drinow i -przypadkowo sie dowiedzialam- niedaleki sasiad mego wuja Wawrzona. W Wawie Wojtas zwykl byl mieszkac w kwaterze na Bemowie, ktora niegdys byla burdelem. Panowie(czyly Wojtas i jego wspollokatorzy) odnalezli nawet notatnik, w ktorym byli spisani wszyscy klienci i rurke w sypialni, ktora nie byla czescia instalacji hydraulicznej. Za to kocham Wawe; za rogiem mozesz sie natknac na najbardziej luksusowe osiedle w calej Polsce centralnej albo na byly burdel. W niczym to jednak nie przeszkadza, by sie dobrze bawic.

Sok wielowarzywny- jestem fanem soczkow Tymbarku i chuj mnie obchodzi, ze 90% swiata nie jest w stanie ich nawet powachac, bo jak to tak, sok z warzywa?! (to samo z pumperniklem- czy tylko ja jestem zryta, czy jest na sali ktos, kto lubi to niemieckie cudo?) I nie wiecie, co tracicie- krwawa Mary w wersji prozdrowotnej to dobra wymowka do najebki w stylu dietetycznym( “Czesssssssiek, ja nie jesz’em ‘ebany, ja psze’lem witamine A”).

Koncentrat pomydorowy- czyms trzeba zagescic nasz posil; w razie koniecznosci wszamac na gesto, co ja robie nagminnie. I nie uzywac do zageszczania KECZUPU, bo rozgrzany ocet zjebie prosta doskonalosc  dania. A wtedy nie pozostaje nic innego, jak oddac fartucha i zamowic pizze( dzieki E. i Mufinowi dostawcy z lokalnej Telepizzy trafiaja do mnie z zawiazanymi oczami)

Zarcie z puszki, jak na studenta przystalo( a przy okazji stanowiace dobry srodek samoobrony i fundament przyjazni z budowlancami z pobliskiego placu budowy, ktorzy pomagaja taszczyc zakupy)- jakies kukurydze, fasolki, cieciorki, do wyboru, do koloru. I POMYDORY Z PUSZKY. Bym zapomniala. Fak.

Warzywa- co chceta, to szamieta- marchewka, papryka i insze takie tez sa spoko.

W obliczu faktu, iz po domu bedzie sie petal chlop i nie wezmie do papy samych roslin wkroic…KABANOSY!! (maj low) Ewentualnie jakies cos szynkowopodobnego- nie polecam minsa, bo zakladajac, ze ma byc w tempie, to chyba nikt nie bedzie sie pepral w krojenie, usuwanie blonek i inne bezczeszczenie zwlok.

Jak sie ktos upiera- kuskus jest wskazany, jako zageszczacz. To urocze danie po raz pierwszy produkowalam pod koniec lutego, goscie byly wymarzniete, wiec trzeba bylo czegos na rozgrzewke i zapchanie zamarznietych kiszek, czyli dopychacz jest na miejscu.

Przyyyprawy, moja ulubiona czesc zadania- harissa, czyli najlepszy ciapuchowy wynalazek od czasow Ibn-Al Arabiego i Saadiego z Shirazu, nieco soli, jakies ziolko (nie, nie t a k i e ziolko, toz biedni warszawscy licealisci musza leciec na dopalaczach kolekcjonerskich, bo marycha drozeje), moze troche slodkiej papryki? Ja mam taki problem, ze po prostu otwieram szafke, wywalam z niej caly stuff i wrzucam po trochu, wiec pozostaje mi tylko zmilczec.

Przygotowanie:

Otworzyc szafke z garnkami. Wykryc duzy garnek. Wyjebac zawartosc szafki, celem dobicia sie do garnka. Uderzyc sie w duzy paluszek u nogi i przeklnac siarczyscie. Poszukac otwieracza. Znalezc otwieracz gdzies miedzy poduszka, a kocem. Podrapac sie w banie i probowac sobie przypomniec, skad tam sie wzial. Przypomniec sobie, ze podczas odrabiania panszczyzny z matmy cos sie tam jednak otwieralo i nie byl to homar krolewski( ani nie browar- zupa chmielowa byla w uzyciu podczas pisania wypracowania z “Przedwiosnia”, gdyz poniewaz rozkmin takiego kaszana bez browara grozi zwyrodnieniem gabczastym mozgu. Praca byla ponoc ciekawa i zawierala interesujace wnioski) Ucieszyc sie durnie, po czym pootwierac puszki. Odpalic ze swoim nowym nabytkiem pt.” dzyndzel na ogien” kuchenke.

Zastanowic sie, po jaki chuj Sylvia Plath wsadzala glowe do swojej kuchenki. Przypomniec sobie, ze wypada zaczac czytac dzienniki Mrozka, nudne do zajebania (w przeciwienstwie do jego tworczosci) do prezentacji maturalnej. Wlac soczek wielowarzywny i dac mu sie nieco ogrzac. Pilnowac, by nie zaczal sie pienic. Po pierwszym spienieniu wpienic sie. Powoli dorzucac kontent warzywny- na dzien dobry zmrozone rosliny. Zaczac kroic kontent bialkowy. Dzwonek u drzwi. Cycu ante portas. Ucieszyc sie, a w duchu zastanowic sie, czy suchy chleb to aby na pewno dobry aperitif. Odeslac Wojtasa do zabawy z DVD ze studniowki, by raczylo sie wlaczyc. Dorzucic reszte skladnikow i mieszac z ostrozna, bo ponad pol litra plynow- jak wiedza i rozumieja smakosze-moze niezle zawrocic. Wpeprac przyprawy. Zaczac drzec ryja, by mezczyzna przybyl i ze swoim doswiadczeniem w produkcji jajecznicy pomelanzowej o godzinie siodmej rano zapodal odpowiednia termoregulacje. Termoregulacja zapodana, na wszelki wypadek dwie lychy koncentratu pooszly.

Zakryc opus magnum pokrywka i gotowac jakies 15-20 mynut.

Wpierdalac na jednym, mikrusim wyrze typu “katafalk dla szczuplego nieboszczyka” i odkryc, ze DVD ze studniowki trwa piec godzin, bo jakis mlot zapomnial je zmontowac. Bon apetit!

Widzicie, zarcie jest wazne i to nie tylko ze wzgledow odzywczych- zapachy, smaki i kolory przywodza na mysl mile wspomnienia i jest to oczywista oczywistosc, ktorej w sumie nie musialam pisac, ale zeby nikt nie myslal, ze jest obzartuchem, to pozwolilam sobie na ten coelhowski bon-mot.

…A to z kolei przypomina mi moje przygotowania na studniowkowy balet- przygruchalam sobie E. na noc i wlasciwie byla to jedna wielka orgia jedzeniowo-smiechowo- zabawowa- dopiero na jakies dwie godziny przed moim wyjsciem przypomnialo nam sie, ze mialysmy zrobic cos powaznego, ale ciezko bylo zakumac co:)

Zarcie- a raczej pewien produkt-sygnatura sieci “restauracji” na M bywa tez przyczyna upadku mocnych postanowien. Mowa tu rzecz jasna o lodziku z McDonalda!!

Wiosna, E. przyplywa ( nie, nie jestesmy lesbijkami, po prostu lovciamy sie siostrzanie i spedzalysmy ze soba kazdy wolny moment- cos w podobie ostatniej nocy skazanca. Rzecz jasna odwiedzaly mnie tez inne jednostki, ale to wlasnie E. najmocniej kojarzy mi sie z moimi podrozami kulinarnymi), siada na fotelu, ja siedze z odkurzaczem i rozpaczam nad okolicznoscia sprzatania.

-Nieee chceee mi sieee….

Spojrzala na mnie porozumiewawczo.

-E, pierdol to, idziemy na loda do McDonalda.

-Ale ja MUSZE- probowalam przekonywac sama siebie.

-Dobra, dobra, i tak tego nie zrobisz.No, chodz, idziemy.

Wobec takiej sily argumentu nie pozostalo mi nic innego, jak tylko dac sie zataszczyc do okienka w McDonaldzie. Nie musze tez nadmieniac, ze w poszukiwaniu loda najczesciej objezdzalysmy autobusem pol Warszawy, gdyz okolicznosc siedzenia w domu i lapania dziwnych rozkmin nijak mnie nie bawila. Tak oto gastronomia amerykanska uratowala M. od depresji (choc to kwestia dyskusyjna), pospolu z sajgonkami, rycerskimi probami zdobycia wiedzy z zakresu produkcji paraboli i…i za chwile wyszlaby z tego notka pt.”M. Myself and Varsovie” (ej, czy to nie fajne, ze po francusku bylabym “la varsavienne M.”?  Nie dziwi mnie zatem slabosc polowy ludzkosci do ciagniecia druta, bo pewnie mylosc francuska w jezyku oryginalu tez brzmi jakos zaczepiscie)

Tak w ogole to krolestwo za sushi i kuchnie azjatycka- moj pierwszy kontakt z sushi byl traumatyczny, bo Japoniec mniejszy ode mnie (a mialam wtedy ze 14 lat) podal mi do raczki jeden z wlasnorecznie zrobionych kawalkow( juz wtedy nie spuszczalam wzroku z otoczenia, stala czujnosc i te sprawy), ordynujac przy okazji, zeby “cale am!” No to git, jak cale am…aaaaaaaaaaa,damn it, Japoniec zaszalal wtedy z wasabi!! Rozdarlam ryja na caly Wilanow, gdzie akcja dozywiania miala miejsce, az przyleciala do niego wlascicielka przybytku i zaczela rysowac wizje japonskich grozb (Tora,Tora,Tora!) Co nie przeszkodzilo mi pozniej polubic sie z ryzem zawinietym w wodorosta i obrzuconym  rybucha. A najchetniej bym takie sushi obszamala w lokalu podobnym do umarlego niedawno…baru mlecznego “Prasowy”! Nie dosc, ze nazwa wyjebana w chuj jak dla mnie, to te stoliczki z cerata- bialo-czerwona kratka i zielone nozki  stoliczkow snia mi sie po nocach. Lazenie w kierunku pl. Zbawiciela zreszta tez. (BTW- film Krauzego to obok “Wszyscy jestesmy Chrystusami” moja najwieksza trauma filmowa, nie idzie tego obejrzec wiecej niz raz- jest swietny pod wzgledem realizacji, ale ta fabula mnie poraza, dobija i zwyczajnie smuci)

Koncz, wasc! I idz cos zjesc. A kontynuacja watkow kulinarnych zapewne przy innych okazjach.

Advertisements

One Response to “Pani Pieczarka i pan Miodek proszeni do gara”

  1. Joanna Kalinowska December 26, 2012 at 10:56 am #

    Sushi…………..Plac Zbawiciela……………..Wietnamiec na Rakowieckiej…………….spacer po Marszałkowskiej i Nowym Swiecie…………….Stare Miasto……………Foto……………………to na zawsze w nas zostanie, gdziekolwiek nie będziemy ;-)))

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: